Wizja Karola XI, Króla Szwecji

Karol XI, ojciec słynnego Karola XII, był jednym z najmądrzejszych monarchów, jacy kiedykolwiek panowali nad Szwecją. Ograniczył monstrualne przywileje szlachty, zniósł władzę Senatu i ustanowił własne prawa; słowem – zmienił dotychczas oligarchiczną konstytucję państwa i zmusił Stany do nadania mu władzy absolutnej. Był ponadto człowiekiem odważnym, oświeconym, mocno przywiązanym do religii luterańskiej, obdarzonym charakterem zarazem niewzruszonym, chłodnym, rzeczowym i całkowicie pozbawionym wyobraźni.

Późnym jesiennym wieczorem siedział w szlafroku i pantoflach przed dużym kominkiem w jednej z komnat pałacu w Sztokholmie. Towarzyszyli mu jego ochmistrz, hrabia Brahe, cieszący się dużym królewskim zaufaniem, oraz nadworny lekarz Baumgarten, o którym można było powiedzieć, że chlubił się sceptycyzmem – i zalecał tę postawę we wszystkim, z wyjątkiem medycyny. Tego wieczoru król wezwał go z powodu drobnej dolegliwości.

W miarę upływu wieczoru król, wbrew zwyczajowi, nie dał przyjaciołom do zrozumienia, że pora się rozstać. Z pochyloną głową i oczyma utkwionymi w arras milczał uparcie, zirytowany obecnością dwóch towarzyszy, a jednocześnie – nie wiedzieć czemu – obawiając się zostać samemu. Sam hrabia Brahe wyraźnie dostrzegał, że jego obecność nie jest królowi miła, i kilkakrotnie ośmielał się wspomnieć, że odpoczynek byłby wskazany, lecz gest monarchy zatrzymywał go na miejscu. Z kolei lekarz wspomniał o szkodliwości nocnych czuwania, lecz Karol odparł przez zęby:

– Zostańcie. Nie mam jeszcze ochoty spać.

Król przez kilka minut wpatrywał się w okna, nagle zaś spostrzegł jasne światło w przyległym salonie. Hrabia Brahe sięgnął po sznur od dzwonka, by wezwać pazia i zbadać przyczynę tego niezwykłego blasku, lecz król powstrzymał go mówiąc:

– Sam pójdę do tego pokoju.

Wypowiadając te słowa, wyraźnie pobladł, a jego twarz przybrała wyraz religijnej trwogi (sic). Mimo to wyszedł stanowczym krokiem; za nim ruszyli ochmistrz i lekarz, każdy z zapaloną świecą.

Odźwierny, który przechowywał klucze, zdążył już udać się na spoczynek. Baumgarten obudził go i nakazał, w imieniu króla, natychmiast otworzyć wielką salę audiencyjną. Zaskoczenie odźwiernego było ogromne; ubrał się prędko i stawił się z pękiem kluczy. Najpierw otworzył drzwi galerii prowadzącej do wielkiej sali stanu. Król wszedł – po czym zdumiał się, ujrzawszy ściany całkowicie obwieszone czarnym suknem.

– Kto wydał rozkaz, by tak udekorować salę? – zapytał gniewnie.

– Nikt, o ile wiem, Wasza Królewska Mość – odrzekł przerażony odźwierny. – Ostatnim razem, gdy to pomieszczenie sprzątano, było wyłożone dębową boazerią, jak od zawsze. Te czarne draperie z pewnością nie pochodzą z królewskiego magazynu.

Zanim odźwierny skończył mówić, król szybkim krokiem ruszył ku końcowi galerii. Hrabia i odźwierny podążali za nim tuż obok; lekarz Baumgarten szedł nieco z tyłu, rozdarty między lękiem przed samotnością a obawą przed konsekwencjami tej dziwnie rozpoczętej przygody.

– Proszę nie iść dalej, Wasza Królewska Mość! – zawołał odźwierny. – Na duszę moją, jest tu czary. O takiej godzinie – i od śmierci królowej, Waszej najłaskawszej małżonki – mówi się, że jej duch przechadza się tą galerią. Niech Bóg nas chroni!

– Wejdźmy – odparł monarcha stanowczym głosem, zatrzymując się przed drzwiami wielkiej sali. – A ty, odźwierny, otwieraj prędko!

Uderzył drzwi stopą, a echo pod sklepieniem zabrzmiało niczym wystrzał z armaty.

Odźwierny trząsł się tak bardzo, że klucz brzęczał w zamku, nie mogąc go otworzyć.

– Stary żołnierz, który drży? – rzekł Karol z pogardą. – Chodź, hrabio, otwórz te drzwi.

– Sire – odparł hrabia cofając się – każcie mi stanąć naprzeciw duńskiej lub niemieckiej armaty, a spełnię rozkaz bez wahania; ale tutaj każe mi się wyzywać samo Piekło.

Król wyrwał klucze z rąk odźwiernego.

– Widzę jasno – powiedział – że to dotyczy tylko mnie.

Zanim jego towarzysze zdołali zareagować, otworzył ciężkie dębowe drzwi i wszedł do wielkiej sali, wypowiadając słowa:

– Z pomocą Boga!

Trzej towarzysze, pchani ciekawością silniejszą niż strach – być może również wstydem przed opuszczeniem monarchy – weszli za nim.

Wielka sala audiencyjna była oświetlona niezliczoną ilością pochodni. Czarne kotary zastąpiły dawną tkaną tapiserię. Na ścianach, jak zwykle, rozmieszczone były duńskie, niemieckie i moskiewskie chorągwie – trofea zwycięstw żołnierzy Gustawa Adolfa. Wśród nich widniały też sztandary szwedzkie, okryte żałobnym krepem.

Ławy wypełniało ogromne zgromadzenie. Cztery stany Królestwa siedziały każde na swoim miejscu.

Na wyniesionym tronie, z którego król zwykł przemawiać do zgromadzonych, spoczywał zakrwawiony trup, odziany we wszystkie insygnia królewskie. Po jego prawej stronie stało dziecko z koroną na głowie i berłem w dłoni; po lewej – starzec, a raczej widmo, oparte o tron. Ubrany był w ceremonialny płaszcz dawnych administratorów Szwecji, noszony jeszcze przed tym, zanim Waza uczynił z niej królestwo.

Naprzeciw tronu, przy stole, na którym leżały wielkie folianta i pergaminy, siedziało kilku ludzi o surowych obliczach, ubranych w długie czarne szaty – na wzór sędziów. Między tronem a ławami zgromadzenia znajdował się pieniek katowski pokryty czarnym kirem, a na nim leżała siekiera.

Nikt z tego nadprzyrodzonego zgromadzenia nie zdawał się dostrzegać obecności Karola ani jego towarzyszy. Po wejściu usłyszeli najpierw jedynie niewyraźny pomruk, z którego nie dało się wyodrębnić słów, aż w końcu najstarszy z sędziów – ten, który wyglądał na przewodniczącego – wstał i trzykrotnie uderzył dłonią w otwarty foliant przed sobą. Zapadła całkowita cisza.

Kilku młodych ludzi o znakomitych rysach, bogato odzianych, ze związanymi za plecami rękami, weszło do sali przez drzwi naprzeciw tych, którymi wszedł Karol. Ich głowy były uniesione, wyraz twarzy – pewny. Za nimi szedł krzepki człowiek w brązowym skórzanym kaftanie, trzymający końce lin krępujących więźniów.

Ten, który szedł na przedzie – najwyraźniej najważniejszy z pojmanych – zatrzymał się pośrodku sali, przed pniem katowskim, patrząc na niego z najwyższą pogardą.

W tej chwili zwłoki na tronie zadrżały, jakby w konwulsjach, a z ich ran popłynął nowy strumień krwi. Młodzieniec ukląkł i wyciągnął szyję; siekiera zalśniła w powietrzu i runęła z ciężkim odgłosem. Krew trysnęła na podwyższenie i zmieszała się z krwią zmarłego, a głowa skoczyła po zakrwawionej posadzce i zatrzymała się u stóp Karola, barwiąc je krwią.

Do tego momentu osłupienie odbierało mu mowę; lecz na widok tej straszliwej sceny podszedł do podwyższenia i, zwracając się do postaci w płaszczu administratora, wypowiedział śmiało znaną formułę:

– Jeśli jesteś od Boga – mów; jeśli od innego – zostaw nas w pokoju.

Widmo odpowiedziało wolno, uroczystym tonem:

– Królu Karolu, ta krew nie popłynie za twoich rządów…
(tu głos stał się mniej wyraźny)
…lecz za pięć panowań później. Biada, biada, biada krwi Wazów.

W tej chwili postacie zgromadzonych stały się mniej wyraźne, przypominając barwne cienie; wkrótce zniknęły całkowicie. Pochodnie zgasły, a te, które trzymali Karol i jego towarzysze, oświetlały już tylko starą tapiserię, lekko falującą od przeciągu.

Przez chwilę słychać było dźwięk melodyjny, który jeden ze świadków porównał do szumu wiatru w koronach drzew, a drugi – do pękania strun harfy podczas strojenia. Wszyscy byli zgodni co do tego, że cała wizja trwała około dziesięciu minut.

Czarne draperie, odcięta głowa, krew na posadzce – wszystko zniknęło wraz z widmami. Jedynie pantofel króla zachował krwawy ślad, który sam w sobie mógłby wystarczyć, aby utrwalić w jego pamięci sceny, których był świadkiem – choć i bez tego były już trwale wyryte w jego umyśle.

Po powrocie do prywatnej komnaty monarcha polecił spisać relację z wydarzeń i podpisał ją wraz ze swymi towarzyszami.

Pomimo podjętych prób utrzymania dokumentu w tajemnicy, jego treść szybko przedostała się do opinii publicznej – jeszcze za życia Karola XI. Dokument istnieje nadal i dotąd nikt nie ośmielił się podważyć jego autentyczności.

– Prosper Mérimée

źródło:  THE VISION OF CHARLES XI  OF SWEDEN by Prosper Mérimée;  LIGHT – A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter, SATURDAY, MARCH 25, 1882.