W moim wystąpieniu przed Kongresem Nauk Psychicznych wspomniałam o pewnym zdarzeniu z moich wcześniejszych doświadczeń z planszetką, sprzed dwudziestu lub więcej lat, które ukazywało wiedzę wykraczającą poza moją własną, przekazaną w pierwszym komunikacie otrzymanym przeze mnie w imieniu obecnego tam niewidomego mężczyzny. W owym czasie byłam bardzo zakłopotana, lecz bynajmniej nie przekonana o duchowym pochodzeniu pisma; napisałam też artykuł do jednej z bostońskich gazet, przedstawiając niektóre wyniki moich eksperymentów. Sądzę, że w niniejszym rozdziale może być interesujące ponowne opublikowanie części z nich, z dodaniem z pamięci jednego czy dwóch dalszych przykładów wiedzy okultystycznej.
Aby ukazać mój ówczesny stan umysłu wobec kwestii spirytyzmu, zacytuję wprost fragment wspomnianego artykułu:
Doskonale zdaję sobie sprawę, na co się narażam, przyznając, że miałam jakiekolwiek do czynienia z tą tajemniczą zabawką czy maszynką. Z jednej strony spirytyści dopatrzą się w tym dowodu działania niewidzialnych duchów, z drugiej zaś nasi materialistyczni przyjaciele zlekceważą całą sprawę szyderczym „phi!” i ogłoszą mnie kolejną ofiarą złudzenia. Aby więc móc przepłynąć między Scyllą a Charybdą, składam tu ukłon zacnym przyjaciołom po obu stronach sporu i oświadczam, że nie dam się wciągnąć w dyskusję ani w jedną, ani w drugą stronę, gdyż nie wierzę w nic ani po jednej, ani po drugiej stronie.
Sądzę jednak, że kiedyś pojawi się jakiś śmiały uczony, który – nie zrażony ani nadmierną łatwowiernością jednych, ani nadmierną niewiarą drugich – spokojnie zbada tę sprawę i, porównując wszystkie fakty podane przez bezstronnych świadków, dojdzie do jakiegoś określonego, naukowego wniosku; z tego chaosu osobliwych zjawisk wydobędzie zaś pewien uporządkowany układ, który umieści wszystkie fakty współczesnego spirytyzmu na właściwym im miejscu, jako naturalne następstwa jakiegoś nieznanego dotąd prawa Natury.
Czyż świat jest tak stary, a ludzie tak mądrzy, że nic już nigdy nie zostanie odkryte? – zastanawiam się. Myślę, że nie; toteż dla pożytku owego przyszłego człowieka Nauki, który ma się w ten sposób wsławić, przedstawiam następujące doświadczenie z planszetką:
Mniej więcej rok temu naszą okolicę ogarnęła gorączka planszetki; to znaczy, pół tuzina osób w sąsiedztwie kupiło ową małą, sercowatą zabawkę i eksperymentowało z nią, a reszta o niej rozmawiała. Każdy, kto wie cokolwiek o planszetce, wie, że jest to kapryśne małe stworzonko, które porusza się tylko w pewnych nieokreślonych i bliżej nieuchwytnych okolicznościach. Świadomość tego faktu skłoniła mnie, zanim sama zaczęłam z nią eksperymentować, do wniosku, że właśnie tu kryje się oszustwo: że poruszają planszetką jedynie ci, którzy chcą nią poruszać, a całość jest mistyfikacją.
Mimo to pragnęłam przekonać się o tym sama. Gdy więc pewnego wieczoru w domu sąsiadów planszetkę wprowadzono jako rozrywkę, położyłam na niej rękę, wraz z innymi, w przepisany sposób. Ku memu zdumieniu poruszyła się i pisała – niezbyt sensownie, lecz być może odpowiedzi były równie sensowne, jak pytania zadawane jej przez pół tuzina wesołych osób.
Mówiono, że młoda dama domu jest geniuszem opiekuńczym tej planszetki; to znaczy, że poruszała się ona tylko pod jej rękami – młodej damy, której najprostszemu słowu w każdej innej sprawie uwierzyłabym bez wahania. A jednak, mając na planszetce jedynie moją rękę i jej rękę, nie mogłam być całkiem pewna, czy jakimś zręcznym ruchem dłoni nie sprawia ona, że planszetka wypisuje odpowiedzi na pytania. Poprosiłam więc o pozwolenie, abym mogła spróbować sama. Ani drgnienia ze strony przekornej planszetki!
Obecna była moja młodsza siostra, w której dobrą wiarę miałam doskonałe zaufanie; poprosiłam ją więc, by położyła ręce na maleńkiej platformie razem z moimi. Ku naszemu obopólnemu zdumieniu planszetka natychmiast zaczęła się poruszać: najpierw zataczała coraz szersze kręgi, potem zaczęła kreślić „haczyki i zawijasy”, wreszcie – pisać. Inni obecni zadawali jej pytania i niektóre odpowiedzi były poprawne, większość jednak mglista i niezadowalająca, przemieszana z kilkoma jawnymi kłamstewkami.
Nie czułam się jednak usatysfakcjonowana ani tym, ani podobnymi doświadczeniami, więc pewnego dnia znajomy powiedział mi: „Otrzymałem niedawno w prezencie planszetkę, lecz nikt z nas nie potrafi nic z nią zrobić. Jeśli chcesz, możesz zabrać ją do domu i poeksperymentować”.
Otóż „w domu” istniało silne uprzedzenie wobec planszetki, ale pomyślałam, że mogę przynajmniej na kilka dni zaryzykować przyjęcie jej w pożyczkę i w ten sposób zaspokoić moją niesłabnącą ciekawość co do jej działania. Mówię o tym, aby było jasne, że nie było w tym żadnej sztuczki, żadnej zmowy ani żadnego tak zwanego duchowego kuglarstwa. Rzeczywiście zabrałam planszetkę do domu i – mimo pełnych uprzedzenia zmarszczeń brwi i wzruszeń ramion na widok niewinnej małej platformy – eksperymentowałam z nią do woli.
Wtedy dopiero naprawdę się zdumiałam, bo nie bardzo wiedziałam, jak uchylić się od świadectwa własnych zmysłów. Nie byłam w najmniejszym stopniu usposobiona do wiary w tajemniczą moc planszetki; jak jednak miałam wytłumaczyć fakt, że bez żadnego aktu woli z mojej strony, i jedynie z moją ręką w jej pobliżu, pisała odpowiedzi na pytania – nie pomyślane, lecz wypowiedziane głośno – zadawane przeze mnie lub przez inne osoby znajdujące się w pokoju? Odpowiadała na nie nie zawsze sensownie, nieczęsto zadowalająco, lecz często, a najczęściej wprost przeciwnie do mojego najgłębszego przekonania.
Otóż z pewnością nie pragnęłabym zaprzeczać samej sobie ani samej siebie obrażać, a jednak – skoro winę można było przypisać jedynie planszetce i mnie – do tego właśnie często sprowadzały się zapisane słowa. Podam jeden czy dwa przykłady ogólnego stylu „komunikatów” planszetki. Gdy pewnego wieczoru zapytano ją, co ma do powiedzenia pewnej obecnej osobie, podczas gdy tylko moja ręka spoczywała na niej, napisała:
„Powiedz jej, że Chrystus umarł za wszystkich”.
„Kogo rozumiesz przez »wszystkich«?” – zapytałam.
„Ciebie” – brzmiała dość nie na temat odpowiedź.
„Bardzo w to wątpię” – powiedziałam.
„Nie masz powodu wątpić” – pisała dalej.
„Planszetko, twoje orzeczenie, niepoparte dowodami, nie znaczy więcej niż orzeczenie kogokolwiek innego. Mówię ci, że mam dobry powód, by wątpić w twoje twierdzenie”.
„Piotr również nie miał powodu wątpić”.
„Mylisz się, moja przyjaciółko. To Tomasz wątpił, nie Piotr – o ile dobrze pamiętam”.
„W takim razie nie czytałaś swojej Biblii właściwie” – upierała się planszetka.
„Piotr jednak wątpił” – zauważył ktoś z obecnych. „Czy nie pamiętasz zdarzenia, gdy chodził po wodzie, i tego, co Chrystus mu powiedział?”
Podczas gdy ja, pozorna pisarka, zapomniałam o tym, inteligencja kierująca planszetką miała na myśli wydarzenie zapisane w Ewangelii Mateusza, rozdział 14, wersety od 25 do 31, w następujących słowach:
A o czwartej straży nocnej Jezus przyszedł do nich, krocząc po morzu.
Uczniowie zaś, ujrzawszy Go kroczącego po morzu, zlękli się, mówiąc: „To zjawa”; i krzyczeli ze strachu.
Lecz Jezus zaraz przemówił do nich, mówiąc: „Ufajcie, Ja jestem; nie bójcie się”.
Piotr zaś odpowiedział Mu: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”.
A On rzekł: „Przyjdź!” I Piotr wyszedł z łodzi, szedł po wodzie i zbliżał się do Jezusa.
Lecz widząc gwałtowny wiatr, przestraszył się; a zaczynając tonąć, zawołał: „Panie, ratuj mnie!”
Jezus zaś natychmiast wyciągnął rękę, pochwycił go i rzekł do niego: „O małej wiary, czemu zwątpiłeś?”
Tak więc tym razem planszetka miała rację.
„Powiedz mi” – ciągnęłam dalej – „skoro tyle wiesz, jakim sposobem udaje ci się pisać za pomocą planszetki?”
„Nie masz prawa pytać” – napisała Tajemnica, cofając się na pozycję własnej godności.
„Skoro chcę wiedzieć, sądzę, że mam całkiem stanowcze prawo zapytać” – zauważyłam.
„Wierz, a będziesz zbawiona”.
„Zbyt nieokreślone. W co mam wierzyć – w wiarę hinduską, mahometańską, żydowską czy chrześcijańską?”
„Nie mamy prawa trzymać się dawnych tradycji”.
„Powiedziane niczym wyrocznia, którą jesteś; ale skąd mamy wziąć nowe?”
„To właśnie mamy tu dziś wieczorem. Nie masz prawa wątpić” – wróciła do pierwotnego tematu.
„Proszę wybaczyć, ale sądzę, że mam”.
„Pusta głowo!” – napisane szybko i z dzikim szarpnięciem planszetki.
Pozostali członkowie naszej rodziny, nieco już zainteresowani, próbowali z różnym powodzeniem skłonić planszetkę, by pisała pod ich rękami; lecz, rzecz dziwna, pisała spójnie tylko dla mnie. Gdyby ktoś inny złożył takie oświadczenie, a ja bym go nie znała, skłonna byłabym sądzić, że osoba ta próbuje nadużyć mojej łatwowierności. Nie jest przyjemnie, gdy wątpi się w czyjeś słowo, lecz postanowiłam przedstawić rzeczy dokładnie takimi, jakie były, cokolwiek by sobie o mnie wyobrażano. Dwukrotnie pytałam o przyczynę niepowodzenia planszetki w pisaniu dla innych tak jak dla mnie, ponieważ bardzo zależało mi na tym, by pisała, aby przekonać ich, że pismo powstaje niezależnie ode mnie. Odpowiedź brzmiała:
„Ponieważ nie mają wokół siebie dość elektryczności”.
„A więc elektryczność jest konieczna dla przejawów planszetki?”
„Tak”.
Rozmiary tego artykułu nie pozwalają na próbę podania czegokolwiek poza tymi oderwanymi próbkami osobliwych rozmów, jakie w ten sposób prowadzono. Planszetka zawsze utrzymywała, że jej ruchami kierują „duchy”. Raz odsunęłam ją od siebie, mówiąc przy tym:
„Och, planszetko, wprawiasz mnie w zakłopotanie! Wcale cię nie rozumiem!”
Gdy tylko moja ręka znów jej dotknęła, nakreśliła pospiesznie następujące zdanie:
„W godzinie śmierci będziesz wiedziała”.
Dotąd cytuję z mojego artykułu sprzed dwudziestu lat. Dodam tu jeszcze jeden czy dwa przypadki, które pamiętam z tamtego okresu. Pewnego razu, gdy zapisane zostało imię mojej szkolnej przyjaciółki, zmarłej młodo na suchoty, zapytałam, czy może przypomnieć sobie jakieś zdarzenie, które dowiodłoby jej tożsamości. W tej chwili miałam w myśli pewien szczególny incydent, do którego – jak miałam nadzieję – nastąpi odniesienie, lecz zamiast tego pojawiły się słowa:
„Czy pamiętasz, że ostatni raz spotkałyśmy się pewnego dnia na moście, a ty zatrzymałaś się i zapytałaś mnie, jak się czuję?”
Dopiero wtedy to sobie przypomniałam. Była już wówczas bardzo słaba, lecz odbywała krótki spacer, a działo się to zaledwie kilka tygodni przed jej śmiercią.
Gdy planszetka zapisała imię krewnej, z którą – z powodu odległości, w jakiej mieszkała od nas – nie byłam wcale blisko związana, spodziewałam się tylko jakiejś przyjaznej wiadomości; zamiast tego jednak raz po raz pojawiały się słowa: „Oczyść moje imię!” „Oczyść moje imię!” Wtedy niewyraźnie przypomniałam sobie, że z jej imieniem wiązał się jakiś skandal, którego szczegółów nigdy w pełni nie rozumiałam, toteż nie mogłam spełnić tej żałosnej prośby. Uderzyło mnie jednak jako osobliwe, że była to jedyna wiadomość, jaką od niej otrzymałam.
Wkrótce odkryłam, że spośród różnorodnego grona przyjaciół i znajomych z nowoangielskiej wioski, w której wówczas mieszkałam – a którzy jako „sąsiedzi” wiedzieli o doświadczeniach z planszetką i pragnęli brać w nich udział – tylko jedna osoba, pewna dama mieszkająca po drugiej stronie ulicy, mogła współdziałać ze mną i z planszetką najbardziej harmonijnie. Przez kilka więc tygodni prowadziłyśmy badania razem, przeważnie same, w jej domu.
Miała ona wielu przyjaciół w świecie duchów, wśród nich matkę oraz zamężną siostrę, która za życia była moją bliską przyjaciółką, a także liczne rodzeństwo, braci i siostry znacznie od niej młodsze, ona bowiem była najstarszym dzieckiem w rodzinie swego ojca. Toteż większość wiadomości była przeznaczona dla niej, a ich treść zatarła mi się w pamięci; wiem jednak, że głęboko ją poruszały, tak że wkrótce pojawiły się komunikaty rzekomo pochodzące od jej matki i siostry, nakłaniające ją, by zaprzestała używania planszetki, gdyż nadmiernie obciążało to jej organizm i układ nerwowy.
Jeden przypadek pamiętam jednak wyraźnie, gdyż w owym czasie bardzo mnie zaintrygował. Dama ta miała jednego syna, wówczas mniej więcej dziesięcio- lub dwunastoletniego. Rok czy dwa wcześniej zmarła jej najmłodsza siostra, mniej więcej w tym samym wieku co jej syn. Chłopiec i jego dziewczęca ciotka byli serdecznymi przyjaciółmi i towarzyszami zabaw; często odwiedzał on dom swego dziadka, który mieszkał w Springfield w stanie Massachusetts, jakieś szesnaście mil dalej. Pewnego wieczoru, gdy eksperymentowałyśmy z planszetką, chłopiec siedział w pewnej odległości od nas, całkowicie pogrążony w lekturze. Niebawem zapisane zostało imię małej siostry: „Ida przesyła miłość Frankiemu”, to znaczy chłopcu, który czytał. Jego matka powiedziała: „Jeśli to naprawdę nasza mała Ida, czy nie wspomni czegoś, co zdarzyło się, gdy była z nami, a o czym wiedzieli tylko ona i Frank, abyśmy mogły być pewne, że to ona?”
Nastąpiła krótka pauza, jakby na przypomnienie sobie. Potem planszetka napisała: „Frank, czy nie pamiętasz, jak pewnego dnia, gdy odwiedziłeś nas w Springfield, ty i ja huśtaliśmy się na furtce, a jakiś mężczyzna przechodził i dał nam patyk” – tu jakby moc ustała i nic więcej nie zostało napisane.
Ponieważ nie miałyśmy tego w żaden sposób w myślach i nic nam to nie mówiło, matka zapytała Franka, czy przypomina sobie takie zdarzenie. Początkowo, mając myśli wciąż przy książce, nie przypominał sobie nic podobnego. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się wyraz przypomnienia.
„Ależ tak” – powiedział. „Ostatnim razem, gdy odwiedziłem dziadka, kiedy Ida jeszcze żyła, bawiliśmy się z nią na podwórku przed domem; ona huśtała się na furtce, gdy ulicą przechodził jakiś mężczyzna. Zatrzymał się, odezwał się do nas i dał każdemu z nas duży lizak na patyku, a nam wydało się to bardzo zabawne, bo nie wiedzieliśmy, kim był ten człowiek”.
Wydawało mi się wtedy, że planszetka została celowo zatrzymana przy mylącym słowie „patyk”, aby sam chłopiec przypomniał sobie zdarzenie i dostarczył klucza, ujawniając, że chodziło o „lizak na patyku”. I dziś nie widzę, jak telepatia mogłaby to wyjaśnić, skoro tylko Frank znał ten incydent, a gdy był on zapisywany, nie zwracał uwagi na to, co się działo, pochłonięty swoją książką, i nie mógł od razu przypomnieć sobie okoliczności – okoliczności, która zresztą najpewniej musiała silnie utkwić w dziecięcym umyśle dziewczynki.
Pewien dziwny incydent z doświadczeń z planszetką od tamtej pory nieustannie powracał w moich myślach, ponieważ nigdy nie znalazłam do niego klucza. Gdy wciąż jeszcze interesowało mnie działanie tego małego przyrządu, pojechałam na dzień czy dwa z wizytą do krewnego, który niedawno przeniósł się do Westfield w stanie Massachusetts – miejscowości, w której byłam zupełnie obca. Zastałam żonę mego krewnego mocno zaniepokojoną wyborem miejsca zamieszkania dokonanym przez jej męża, gdyż dom, który pośpiesznie wynajął przed przeprowadzką z innego miasta, nie przypadł jej do gustu. Choć był obszerny i położony w dość przyjemnej okolicy, był to dom całkiem stary, pozbawiony nowoczesnych wygód.
Aby odwrócić jej myśli od tej przykrości, pierwszego wieczoru, jaki tam spędziłam, zaczęłam opowiadać jej o poczynaniach planszetki u nas w domu. Tak się tym zainteresowała, ponieważ wszystko to było dla niej nowe, że powiedziała, iż wie, że jedna z jej bliskich sąsiadek posiada coś takiego; przeszła więc przez ulicę, aby to pożyczyć.
Wkrótce planszetka zaczęła się poruszać, potem pisać – najpierw jakąś mało ważną wiadomość dla mojej przyjaciółki. Następnie zaczęła wypisywać nieznane mi nazwisko, którego inicjały brzmiały H. H. H. Podane zostały jedynie inicjały imion, a nazwisko nazwę tu Husk – nie jest to prawdziwe nazwisko, jakie zostało zapisane; powiedzmy więc: „H. H. Husk”. Potem raz po raz pisane było: „krew”, „moja krew”. Nazwisko to było również nieznane mojemu krewnemu i wkrótce nużące stało się to, że planszetka pisała tylko owo nazwisko i słowo „krew”; poprosiłam ją więc, by przestała. Ponieważ tego nie uczyniła – a naprawdę nie miałam żadnych ponurych myśli w związku ze słowem „krew”, sądząc, że to jeden z kaprysów planszetki – zapytałam półżartem:
„Cóż jest nie tak z twoją krwią – może potrzebujesz jakiejś wiosennej gorzkiej nalewki?”
Planszetka poruszyła się gwałtownie, jakby rozgniewana moją lekkomyślnością, po czym napisała:
H. H. Husk – Krew – jest tutaj, w tym domu.
Pyt. – Czy nie możesz mi powiedzieć, czego sobie życzysz?
Odp. – H. H. Husk – krew – trzech ludzi – za pieniądze i za zapłatę.
Pyt. – Gdzie jest twoja krew?
Odp. – Pod schodami do piwnicy.
Czytałam odpowiedzi mojej przyjaciółce w miarę, jak się pojawiały; lecz gdy ujrzałam to upiorne stwierdzenie – w które zresztą ani trochę nie wierzyłam – natychmiast przemknęło mi przez myśl, że skoro ona już nie lubi tego domu i ma lękliwą naturę, nie można pozwolić, by się o tym dowiedziała. Powiedziałam więc, niedbale przesuwając ołówkiem planszetki po słowach, aby je zetrzeć:
„Napisane jest tu coś, co jest czystym nonsensem. Nie rozumiem tego i nie mogę wydobyć z tej planszetki nic zadowalającego. Równie dobrze możemy dać sobie spokój”.
Zgodziła się, a ja nigdy nie powiedziałam jej, co zostało napisane.
Następnego ranka wyszłam sama na spacer, aby zobaczyć coś z miasta. Nie uszłam daleko, gdy przypadkiem spojrzałam na szyld zakładu krawieckiego i ze zdumieniem zobaczyłam nazwisko: „Pani Husk, krawcowa”.
Nieco dalej natrafiłam na to samo nazwisko na drzwiach gabinetu lekarskiego, co zaskoczyło mnie, ponieważ świadczyło, że podane nazwisko było w tym mieście pospolite. W ciągu dwudziestu lat, które minęły od owego wieczoru w starym domu w Westfield – z którego mój krewny wkrótce się wyprowadził – dowiedziałam się z wzmianek w miejscowych gazetach, że podane nazwisko jest w tym mieście bardzo częste. Widziałam nawet pełne inicjały należące do pewnego mężczyzny z tego miasta: H. H. H.; nazwisko, które podaję tu jako Husk, jest fikcyjne z oczywistych powodów.
Lecz właśnie ten fakt każe mi się zastanawiać, ile prawdy było w zasugerowanej historii, przekazanej w owym starym domu w Westfield, o H. H. Husku, którego trzej mężczyźni napadli dla „pieniędzy i zapłaty” i którego „krew” była „pod schodami do piwnicy”. Zastanawiam się też, jak dawno mogło się to wydarzyć i dlaczego błąkający się duch miałby skorzystać z wiedzy obcej osoby o porozumiewaniu się za pomocą planszetki, aby napomknąć o swojej zapewne nieznanej lub zapomnianej opowieści o nieszczęściu. A może była to jedynie „historyjka” zmyślona przez „psotnego” ducha po to, by mnie zaintrygować, gdy później dowiem się, jak pospolite było to nazwisko w tym mieście?
Zamykam ten rozdział o poczynaniach planszetki pod moimi rękami wyjątkiem z wcześniej cytowanego artykułu, ukazującym moje ówczesne wnioski – wnioski, które moje późniejsze doświadczenie z pismem automatycznym nieco zmieniło:
„Pragnąc mieć wyższe mniemanie o moich zmarłych przyjaciołach i nie troszcząc się o odnowienie z nimi znajomości, przynajmniej dopóki sama nie zostanę sprowadzona do ich najwyraźniej rozcieńczonego stanu umysłu i ciała, nie mam najmniejszej wiary w duchowe pochodzenie rzeczy opisywanych przez spirytystów. Muszę jednak złożyć moje bezstronne świadectwo, że takie rzeczy istnieją – z jakiegokolwiek źródła by pochodziły – i gorąco wyczekuję dnia, w którym wszystko to zostanie wyjaśnione naukowo i rozumnie”.
źródło: CHAPTER XV. EARLIER EXPERIENCES WITH PLANCHETTE; „Automatic or Spirit Writing, with Other Psychic Experiences” autorstwa Sary A. Underwood, wydana w Chicago w 1896 r.