Uzasadnienie manifestacji

Wielu dobrze usposobionych ludzi uważa niezwykłe manifestacje, które niedawno pojawiły się pośród nas, za wynik działania sił lub zasad właściwych duchom; inni sądzą, że są one wytworem wyobraźni, naturalnymi zjawiskami, zwodniczymi sztuczkami, błędnym działaniem umysłu albo przemijającą myślą. Jedni zaliczają je do zjawisk nadprzyrodzonych, podczas gdy inni przypisują je jakiejś dotąd nieznanej fazie lub gałęzi mesmeryzmu oraz dlatego jeszcze raz wysuwają tę teorię jako rozwiązanie i pełne wyjaśnienie ich obecności.

Niech będzie tak albo inaczej, albo jeszcze inaczej – usiądźmy spokojnie i rozumujmy wspólnie. Zbadajmy i porównajmy fakty, a następnie starajmy się ukształtować w naszych umysłach uczciwą opinię o tym niezwykle ważnym przedmiocie.

Jeżeli jest on prawdziwy, zasługuje na najczujniejsze badanie i najdokładniejszą uwagę. Wiąże się bowiem z doniosłym znaczeniem. Jeżeli zaś jest fałszywy, z pewnością wymaga najpoważniejszego rozważenia. Ośmieszanie, wyzwiska i pochopne potępienie oraz wykluczenie, stosowane przez uprzedzonych przeciwników, raczej utrwalą błąd, niż go wykorzenią.

Prześladowanie zawsze rozmija się ze swoim celem, a podobnie dzieje się z kpiną, choćby mogła chwilowo przynosić chlubę temu, kto się nią posługuje. Jedyną skuteczną metodą obalenia takich zjawisk jest wskazanie ich fałszu lub ukrytego źródła ich powstawania szczerym ich zwolennikom. Wówczas sami porzucą je i nie będą już dłużej podążać za zwodniczym przedmiotem.

Jeżeli uważasz, że to prawda – nie zniekształcaj prawdy ani nie poniżaj samego siebie, gwałcąc własną deklarowaną uczciwość przez odrzucenie faktu i fałszywe przedstawianie swoich przekonań, postępując jak obłudnik.

Jeżeli zaś zupełnie nie wiesz, czy jest to prawda, czy fałsz, po dokonaniu wystarczającego świadectwa lub należytego badania bądź uczciwy i wyznaj swoją niewiedzę. Autorytet jest bezwartościowy, jeśli nie wspiera go rozum.

To, że takie manifestacje rzeczywiście istnieją, potwierdzają świadectwa tysięcy osób, które wcześniej były dość sceptyczne wobec przekonania o ich realności, podobnie jak wobec każdej z przytoczonych wyżej klas wyjaśnień. Tysiące ludzi zostało zmuszonych – nie z pogłosek, jak bywa to zbyt często wśród naszych ludzi tworzących wyznania, lecz dzięki osobistemu badaniu – do wiary w ich istnienie.

Obserwowali tymi samymi oczami, słyszeli tymi samymi uszami, dotykali tymi samymi rękami, którymi zwykli widzieć, słyszeć i odczuwać wszystkie inne przedmioty oraz zdarzenia, czy to codzienne, zwyczajne, czy też nadzwyczajne. Dla nich przynajmniej oczywiste jest, że z wyobraźnią lub zwiedzeniem łączy się tu coś więcej.

Wychodząc więc z tego punktu, zapytajmy uważnie, jaka może być przyczyna tych zjawisk.

Za pomocą szczególnego sposobu rozumowania matematycy wyznaczają orbity i prawa rządzące planetami, a dzięki temu wskazują dokładne miejsce każdej planety w dowolnym wyznaczonym momencie. Nie ma znaczenia, czy wybiorą jasną Wenus, czy niewidzialnego Neptuna, gwiazdę czy mgławicę; nie ma znaczenia, czy jest dzień, czy noc, ani czy dany obiekt jest widzialny lub dostrzegalny. Zasada pozostaje ta sama.

Niech praktyczny astronom na przykład zamknie się w zaciemnionym i zasłoniętym pokoju. Dajmy mu tablicę i ołówek. Po szeregu obliczeń natychmiast odczyta z owych gwiazdowych wskazań, ku jakiemu punktowi nieba należy skierować teleskop. Albo też tak dokładnie rozmieści swoje kręgi i noniusze, że przyrząd będzie wskazywał zgodnie z tymi obliczeniami.

Nie widzi niczego na niebie, ponieważ znajduje się w zabarykadowanym mieszkaniu. Lecz aby się przekonać, usuńmy zasłonę albo przebijmy dach. Wtedy spójrzmy przez tubę, a wskazana planeta, gwiazda lub mgławica ukaże się pięknie widzialna w polu teleskopu. Może on oczywiście uczynić to samo za dnia, kiedy wiemy, że gwiazdy są niewidzialne.

Jaki więc rzeczywisty skutek miało bezpośrednie użycie jego oczu?

Po pierwsze, planeta lub gwiazda, z powodu swego oddalenia, znajdowała się poza zasięgiem nieuzbrojonego wzroku. Po drugie, była obiektem widzialnym nocą, podczas gdy w południe była przed wzrokiem zasłonięta. Po trzecie, gdyby za dnia była widzialna jak Słońce lub Księżyc, jej promienie zostałyby wyłączone przez zasłony i pokrycie.

Ów astronom odkrył i wyznaczył z zadziwiającą dokładnością tę samą linię lub drogę, którą planeta miała podążać; a gdyby ta linia lub droga została przypadkowo

opisanej, albo gdyby planeta nie była rządzona przez pewien godny podziwu system z matematyczną precyzją, żaden system obliczeń nie mógłby jej wykryć.

Widzimy więc, że ta sama zasada uczestniczy w rozwiązaniu, jaką posługiwał się autor przy wyznaczaniu jej przeznaczonej drogi. Dowodzi to, że umysły matematyków pozostają w pewnej jednorodności z umysłem wielkiego Prawodawcy, który ustanowił owe prawa, stworzył planety i wyznaczył ich orbity.

Sądzę również, że gdyby te umysły nie działały i nie krążyły na tej samej płaszczyźnie intelektualnego istnienia wraz z mądrym Architektem, nie widziałyby świadomie ani nie doświadczały działania tych praw, ani też ich nie rozumiały. A jednak prawa te zostały najwyraźniej zapoczątkowane i ustanowione przez świadomą mądrość i umiejętność; w ich działaniu odkrywa się je jedynie przez obserwację i cierpliwą refleksję.

Przypadek, ślepy traf, domysł nie mogłyby ich rozwikłać. A ponieważ wszyscy ludzie mają umysły, powyższa uwaga odnosi się zarówno do całego rodzaju ludzkiego, jak i do astronomów oraz matematyków, którzy przecież także są tylko ludźmi.

Planety poruszane są przez siłę rządzącą, zarządzającą i inteligentną, z wielką szybkością oraz cudowną precyzją, po swoich orbitach i osiach; a przecież same planety złożone są z materii grubej. Wydają się również przeniknięte i nasycone tą poruszającą siłą lub energią.

Człowiek zaś, będąc w swej istocie umysłem lub intelektem jednorodnym z Bogiem, ma ciało, organy i członki przeniknięte tym umysłem lub mocą; mocą, dzięki której się porusza, uczestniczy w życiu i działa – tak jak Bóg albo Jego czynnik porusza planety. A ciało to, będąc zbudowane z materii bardziej oczyszczonej niż planety, łatwiej daje się poruszać.

Zatem to umysł albo duch człowieka porusza jego materialne części lub ciało. A ponieważ w kręgu towarzyskim utworzonym dla tego celu obserwujemy stół poruszany przez jakąś niewidzialną, inteligentną siłę, możemy z powyższego rozumowania oraz przez analogię wywnioskować możliwość działania ducha jako przyczyny tego ruchu. Możemy niemal dostrzec niemożliwość, aby przyczyną mogło być cokolwiek innego niż duch.

Ponieważ stół, złożony z materii organicznej, czyli drewna – produktu ziemi, a więc materii wyraźnie bardziej oczyszczonej niż surowa ziemia – łatwiej poddaje się działaniu niż materia nieprzetworzona, a także ponieważ jasno pojmujemy i przyznajemy, że Bóg, będąc – według powszechnego uznania wszystkich prawdziwych teistów – wiecznym, nieskończonym, bezcielesnym Duchem, działa na materię grubą, wynika stąd, że duch może tak działać.

Pojmujemy również, że duch człowieka może działać na materię oczyszczoną lub udoskonaloną, taką jak jego własne ciało, członki, mięśnie i nerwy. Łącząc te stanowiska z dwoma pozostałymi, mianowicie z jednorodnością natury oraz z jego krążeniem na tej samej płaszczyźnie z Bogiem, wyprowadzamy wniosek, że bezcielesny duch człowieka jest ową poruszającą mocą, o którą tu chodzi.

Ta szczególna siła lub zasada przejawia inteligencję w większości swoich działań – w swej poruszającej energii, w swych manewrach, w precyzji, w komunikatach, w ogólnym zachowaniu i w charakterystycznych znakach. Nosi ona znamiona człowieka.

To, że stół jest przeniknięty czymś, co zdaje się go ożywiać, obdarzać życiem każdą jego włókninę i wypełniać każdy jego por, tak iż dotknięcie nabiera cech dotyku żywego ciała, jest oczywiste dla każdego, kto potrafi uważnie badać naturę martwej sosny, buku czy mahoniu, sezonowanych, bejcowanych albo lakierowanych przez miesiące i lata.

Równie oczywiste jest, że pewne dźwięki odpowiedzi obiecują wyrwać go z waszych rąk, unieść na pewną odległość od ziemi, sprawić, by upadł na podłogę, a następnie ustawił się na jednej z czterech nóg. Tak samo oczywiste jest, że obietnica ta zostanie spełniona bez względu na to, jak mocno będziecie go chwytać i jak czujna będzie wasza uwaga.

Niewidzialna istota będzie czekała, aż nadejdzie dogodna chwila, albo aż będzie gotowa zastosować sprytny podstęp – gdy nagle, podczas gdy wszyscy są zajęci ożywioną rozmową i nie kierują żadnego wysiłku woli ku temu wydarzeniu, silny cios zostaje wymierzony w kolano albo ciało z narożnika stołu, albo też wykonany zostaje inny niespodziewany coup de main. W tej samej chwili wasza uwaga zostaje przyciągnięta do zagrożonego miejsca, a stół zostaje wyrwany z miejsca, w którym spoczywał, i rzucony na podłogę przed wami, wijąc się na boku niczym mocno związany czworonóg, usiłujący się podnieść, aż wreszcie ustawia się zgodnie z obietnicą.

Albo też wasze zdumione oczy ujrzą go zawieszonego i unoszącego się w powietrzu nad waszą obawiającą się czegoś głową. W tym przypadku towarzystwo myślało o różnych sprawach i nie wywierało żadnej woli. Wasza własna wola najwyraźniej sprzeciwiała się usunięciu i upadkowi stołu – była oczywiście nie wasza, gdyż w przeciwnym razie nie zaskoczyłby was ani was nie przechytrzył.

Nie mogło to zostać dokonane przez połączenie wiary

wiemy, że one istnieją. Ta sama niewidzialność dla nieuzbrojonego oka dotyczy gwiazd za dnia, choć możemy optycznie dowieść ich obecności, kierując ku nim teleskop. Blask światła słonecznego zalewa oczy, obezwładnia światło gwiazd i zasłania je przed wzrokiem. Ich kształty lub obrazy niewątpliwie padają na siatkówkę, choć w porównaniu z promieniami słońca są tak słabe, że stają się zupełnie niedostrzegalne. Noc albo wielkie zaćmienia są konieczne, aby mogły stać się widzialne.

Tak samo jest z duchami. Ich formy są niewidzialne dla materialnego, zewnętrznego oka. Blask i szorstkość materialności zacierają ich powietrzne, przezroczyste zarysy przed naszym wzrokiem. Oko może widzieć, ucho może słyszeć, dotyk może odczuwać skutki, jakie wywierają one na materię, tak jak zmysły poznają działanie elektryczności, choć nie samą elektryczność.

Nie możemy ich zobaczyć w oślepiającym świetle życia fizycznego. Aby oglądać je wyraźnie, potrzebne jest zawieszenie naszej zwyczajnej świadomości oraz ciemność abstrakcji. Wyostrzcie oko mesmerycznym snem, a ich obecność stanie się namacalna. Zahipnotyzowany człowiek opisze ich postacie i wygląd ku waszemu zadowoleniu, tak że identyfikacja będzie pełna.

Dla niego są one obce; wy również jesteście dla niego obcy. A przecież, gdy przypuszczacie, że wszelka prawda jest prawdziwie ogłaszana w świecie duchów, macie sądzić o wierności opisu. Poproście zahipnotyzowanego o dane dotyczące pewnej osoby w odległym mieście, której nie widział od miesięcy. Otrzymacie dokładną i uważnie udoskonalaną relację, która potwierdzi ten opis. Sprawdźcie śpiącego wieloma takimi doświadczeniami; potem, bez rumieńca, zaprzeczcie, że może widzieć. Zaprzeczcie, że widzi przez ściany i wypukłość ziemi; albo zaprzeczcie, że widzi cokolwiek.

Równie dobrze możecie kwestionować jego prawdomówność i zaprzeczać prawdzie jego pozytywnej demonstracji, jak twierdzić, że równie trafnie widzi istoty duchowe.

Teraz zastosujmy do tego doniosłego przedmiotu metodę rozumowania indukcyjnego, gromadząc zaobserwowane fakty jako podstawę. Będzie mała szansa ucieczki od wniosku, że bezcielesny duch człowieka jest żywy, potężny i inteligentny; że może zbliżać się do nas, a nawet wchodzić z nami w kontakt; że działa jednorodnie i na podobnej płaszczyźnie z Bogiem, poruszając stoły, wydając dźwięki, przekazując inteligencję, tak jak Bóg porusza planety wraz z ich grubą zawartością, wywołuje elektryczne wstrząsy i natchnieniem obdarza człowieka informacją.

A ten pośmiertny byt pozostaje w ścisłej zgodzie z wyznawaną wiarą szczerego chrześcijanina. Jakikolwiek zaś argument lub sofizmat może zostać użyty, aby usunąć tę doktrynę ze społeczeństwa, w równym stopniu zaważy on na losie chrześcijaństwa. Należy pamiętać, że zaufanie do nieśmiertelności duszy nie może być zbyt mocno utrwalone w naszym rodzaju ani zbyt wyraźnie ukazane – niezależnie od tego, jak różnorodne mogą być drogi i środki użyte do obudzenia przekonania.

W każdym razie nie wierzymy, że te manifestacje są urojonymi chimerami albo zwodniczymi oszustwami. Przeciwnie, uważamy, że są one całkowicie naturalne i zgodne z rozumem oraz analogią. Jeśli ktoś wątpi, niech nie odmawia uwagi i niech sam zbada sprawę – tak jak nieustraszeni wrogowie Galileusza, którzy utrzymywali istnienie satelitów Jowisza, a następnie z gorącą prośbą zwrócili mu teleskop jako dowód i przekonanie.

Ich uporczywa odmowa spojrzenia zdradzała lęk przed przekonaniem. Czy tak jest i z wami?

Charlestown, Mass.

źródło: “Rationale of the Manifestations” by William Williams;  „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.