Teologia sztuki – „Sąd Ostateczny”

Przez C. D. Stuarta

Nie najmniej zachęcającym spośród duchowych znaków naszych czasów jest wyraźna skłonność sztuki do wyzwalania się z duszącego uścisku teologicznych formuł i wyznań.

Weźmy choćby malarstwo. Przez całe wieki wielkich mistrzów, aż po dzień dzisiejszy, malarz – czy to z powodu wymogów epoki, czy też wskutek wychowania, edukacji i środowiska – godził się, jeśli wręcz nie pragnął, być sługą teologicznych dogmatów.

Przedstawiał historię i tradycję, idealizując fakty i wydarzenia w taki sposób, że w znacznym stopniu przyczyniał się do utrwalania błędu i fałszu. Nadając surowym nieporozumieniom wdzięk i blask uwodzicielskich form oraz barw, uczynił wiele nienawistnych kłamstw Kościoła łatwiejszymi do przyjęcia.

Splendor jego sztuki, doprowadzony ręką geniuszu do najwyższego wyrazu, sprawił, że rzeczy, które obnażone byłyby odrażające, a które sam rozum i osąd z trudem akceptują, stały się miłe dla oka i serca.

Wejdźcie do Bryan Gallery w tym mieście, gdzie rozwój sztuki chrześcijańskiej ukazany jest w zbiorze obrazów od XII do XIX wieku. Poszczególne dzieła oddziela od siebie mniej niż jedno pokolenie, a mimo to wyraźnie widać, że malarz był potężnym sprzymierzeńcem Kościoła w narzucaniu jego wpływu ludzkiemu umysłowi.

Nieustannie powtarzał na płótnie kazania mnichów i wykładnie twórców wyznań wiary. Utrwalał i sankcjonował urojenia, legendy oraz wierzenia fanatycznych teologii, które hańbiły Boga.

Czy przemawia Angelo, Rafael czy Rubens – historia pozostaje ta sama. Zamiast wzniosłej i wielkodusznej wizji, odpowiadającej prawdziwemu duchowi i posłannictwu sztuki, malarz zadowalał się ukazywaniem w najpiękniejszych barwach i najbardziej efektownych formach wyłącznej, nietolerancyjnej i podporządkowanej dogmatom wizji Kościoła.

Cóż bowiem można powiedzieć o „Sądzie Ostatecznym”, tak jak pojmowali go Angelo czy Cornelius?

Angelo, co prawda, nie był tak głęboko uwikłany w służbę popularnej teologii jak niektórzy późniejsi artyści, ponieważ wybuch Reformacji nie zmusił jeszcze katolicyzmu do przedstawiania Lutra, Kalwina czy Husa jako strącanych z nieba przywódców złych duchów.

Mimo to scena Sądu Ostatecznego stworzona przez Angela nie jest niczym więcej ani niczym wyższym niż niegodnym nauczaniem Kościoła, któremu podporządkował swoją sztukę.

Któż uwierzy, że wierzył on dosłownie w teologię przedstawioną na tym wielkim obrazie – gdzie z jednej strony zmysłowi mnisi wstępują do chwały, a z drugiej najwybitniejsze umysły (ponieważ były znienawidzone przez Kościół) zostają wrzucone pomiędzy odrażające, kopytne i rogacze istoty, płonące w wiecznych ogniu?

Nie była to wizja godna geniuszu, którego naturalnymi cechami są wielkoduszność i miłosierdzie. Był to fanatyczny, namiętny, ludzki osąd, sczerniały od goryczy i żądzy odwetu.

Cornelius, malujący już po Reformacji, posunął ten smutny duch Kościoła jeszcze dalej. Wyraźnie umieścił wielkich reformatorów pośród potępionych.

Był gorliwym wyznawcą Kościoła, co przyczyniło się do zubożenia jego geniuszu. Kościół uczynił z jego talentu narzędzie skazywania swoich przeciwników na malarskie piekło, jeśli nie mógł uczynić nic więcej.

Jednak wobec tysięcy widzów osiągnął znacznie więcej. W ich niewiedzy i przesądach utrwalił przekonanie, że oto oglądają Boży sąd nad światem, a nie jedynie efekt fascynującej sztuki służącej błędnym założeniom teologii dla doczesnej korzyści.

O wiele szlachetniejsza jest wizja współczesnego malarza – amerykańskiego artysty, który odważył się przedstawić „Sąd Ostateczny” zgodnie z bardziej liberalnym duchem epoki.

Mamy na myśli obraz Rembrandta Lockwooda, amerykańskiego malarza, który przez osiem lat pracował nad kompozycją „Last Judgment” („Sąd Ostateczny”). Niezależnie od tego, czy sama idea okaże się prawdziwa czy błędna, dzieło to wolne jest od sekciarskiego fanatyzmu i nietolerancji, a jego wymowa przemawia do rozumu, współczucia i osądu widza.

Jest to wielki obraz dzieło ogromnych rozmiarów z artystycznego punktu widzenia.

Nie rości sobie ono prawa do rozstrzygania w imieniu Najwyższej Istoty ani do zbawiania czy potępiania ludzi na podstawie ich sekt albo wyznań wiary. Jego teologia jest powszechna i bezstronna.

Przedstawia jedynie wywyższenie cnót oraz potępienie występków i złych namiętności.

Nie czyni różnicy między człowiekiem dzikim a cywilizowanym, między Żydami a poganami, ani między poganami a chrześcijanami. Jeśli posiadają ducha dobroci, prawdy i cnoty, który ich poleca, wówczas jednakowo wznoszą się ku światłu i pięknu. Tylko to, co złe, zostaje odrzucone w dół i na bok, w „ciemności zewnętrzne”.

Szatan jest tu jedynie olbrzymim uosobieniem człowieka opanowanego przez złego ducha. Nie jest demonem, diabłem ani chochlikiem.

Taki sąd pozostaje zgodny z wyrokiem refleksyjnego rozumu. Jest jedynie nieskończonym rozszerzeniem tego, co wszyscy nazwalibyśmy sprawiedliwym ludzkim osądem.

Wierzymy, że dobro jest pszenicą, którą należy ocalić, a zło plewami, które trzeba odrzucić.

Nie jesteśmy wstrząśnięci, gdy widzimy, że morderstwo, zemsta, nienawiść, żądza, ucisk, oszczerstwo, fałsz i chciwość zostają surowo osądzone.

Dopiero wtedy, gdy człowiek zostaje wyróżniony ze względu na swoje wyznanie albo wiarę i strącony, aby zaspokoić mściwą teologię, nagle wołamy:

„To fałsz! Bóg nie sądzi tak ciasno, namiętnie i osobiście”.

Pan Lockwood nie ukończy swego obrazu wcześniej niż za rok. Nie wahamy się jednak przewidzieć, że jego „Sąd Ostateczny” dorówna każdemu z poprzednich dzieł sztuki, a jako szlachetna, wielkoduszna i sprawiedliwa koncepcja przewyższy je wszystkie.

Artysta pracuje nad nim w Newark, na płótnie o wymiarach siedemnaście na dwadzieścia siedem stóp. Gdy dzieło zostanie ukończone, odda światu przysługę, a swojej sztuce przyniesie zaszczyt.

źródło: Theology of Art – The Last Judgment;  „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.