Symbole wolnomularstwa i wielkie misteria starożytności

Mistyczne wolnomularstwo.
(Symbole wolnomularstwa i wielkie misteria starożytności. Wstęp.)

Kilka podstawowych nauk z architektury, kilka powszechnie uznawanych zasad moralnych, parę mało istotnych tradycji, których właściwy sens jest nieznany lub błędnie rozumiany – to wszystko nie wystarczy już badaczowi poszukującemu „prawdy” wolnomularskiej.
– Albert Pike, Morals and Dogma

Zamysłem autora poniższych rozważań jest wykazanie powiązań między wolnomularstwem a misteriami starożytności. Wskazuje na to już sam tytuł niniejszej pracy. Fakt, że istnieje zarówno historyczna, jak i filozoficzna więź łącząca te obszary ludzkiej myśli i działania, jest równie dobrze znany inteligentnemu uczniowi wolnomularstwa, jak i studentowi symboliki i mistyki.

Podróżnik donosi o fakcie, iż w dzikiej części Ameryki Południowej natrafił na starą drogę lądową, ciągnącą się setki mil przez góry i doliny. Kto zbudował to dawne dzieło, pozostaje kwestią domysłów. Obecnie, pod wpływem czasu, popadło ono w ruinę: tu i ówdzie widać wielkie ubytki, drogę przecinają drzewa, lecz wszędzie nosi ona ślady ludzkiej ręki.

Podobnie, gdy podejmiemy próbę odnalezienia kamieni granicznych łączących mądrość starożytności z czasami współczesnymi, nie możemy spodziewać się nieprzerwanego szlaku. Pomimo istniejących luk, uważny badacz z pewnością odnajdzie linie ciągłości, a owe przerwy nie przekreślą dowodu przeniesienia wiedzy z epoki w epokę.

Wolnomularstwo zajmuje się w znacznej mierze etyką i symboliką dawnych misteriów. Autor tych słów wierzy, że dzięki odpowiednim wysiłkom wolnomularzy możliwe jest dziś odtworzenie największych osiągnięć ludzkiego poznania, które pierwotnie ukryte były w Wielkich Misteriach starożytności, a z biegiem czasu zostały dla świata utracone.

W ścisłym sensie wiedza ta nigdy nie zaginęła – zawsze bowiem istnieli ci, którzy posiadali wielką tajemnicę. Została ona pierwotnie zasłonięta, aby ukryć ją przed profanami, i spisana w uniwersalnym języku symbolicznym, by mędrcy wszystkich narodów i wszystkich czasów mogli „czytać” ją jakby w swoim własnym języku.

Opisano ją także w przypowieściach i alegoriach, tak aby ludzie prości i niewykształceni również mogli czerpać z jej mądrych pouczeń – budujących charakter, rozpraszających ignorancję i niosących nadzieję. Z tej starożytnej mądrości wyrasta wolnomularstwo.

Prawdziwa nauka symbolizmu jednak z czasem zaginęła; świątynie inicjacji popadły w ruinę lub zostały zniszczone przez kapłanów i władców zazdrosnych o swój wpływ. Przez wieki ludzie próbowali odnaleźć utracony klucz i odtworzyć dawną wiedzę z przypowieści i alegorii, w których została ukryta. Lecz taki postęp, prowadzony w odwrotnej kolejności, musiał być nie tylko powolny i niepewny, lecz także dawał pole fantazji i urojeniach, przynosząc raczej zamęt niż wyjaśnienie.

W rezultacie cała sprawa popadła w niełaskę, a samo słowo „mistycyzm” nabrało dla tych, którzy nie znali jego prawdziwego znaczenia, odcienia mglistego, niepewnego, jeśli nie wręcz niedorzecznego.

„Pamiętajcie” – mówi brat Albert Pike – „że nauki i ceremonie tych stopni (stopni Loży Niebieskiej) z biegiem czasu, poprzez zniekształcenie i obniżenie do poziomu banału, coraz bardziej dostosowywały się do ograniczonego nieraz umysłu i zdolności mistrza i nauczyciela, jak i do intelektu i potrzeb ucznia oraz inicjowanego; że przeszły do nas z epoki, w której symbole służyły do ukrywania, a nie do odsłaniania; gdy najzwyklejsza wiedza była dostępna jedynie dla nielicznych wybranych, a najprostsze zasady moralne wydawały się nowo odkrytymi prawdami; i że owe dawne, proste stopnie stoją dziś jak złamane kolumny bezsklepionych świątyń druidów, w swej okaleczonej wielkości – w wielu częściach zniszczone przez czas, a przez nowożytne dodatki i absurdalne interpretacje oszpecone.”
– (Morals and Dogma, s. 106)

Mamy więc dwie przyczyny, które utrudniły odkrycie starożytnej mądrości: po pierwsze, jej ukrycie; po drugie, zniekształcenie przez ignorancję lub błędne interpretacje. Do tego dochodzi jeszcze trzecie źródło zniszczenia – bezpośrednie działania zainteresowanych stron zmierzające do unicestwienia wszelkich dokumentów i wspomnień.

„Wystarczy pomyśleć o tysiącach, a może i milionach spalonych rękopisów; o pomnikach sproszkowanych na pył z powodu zbyt niedyskretnych inskrypcji i rzeźbionych symboli; o bandach pustelników i ascetów, którzy po zniszczonych miastach Górnego i Dolnego Egiptu, po pustyni, dolinach i górach błądzili, szukając każdego obelisku i filaru, każdego pergaminu, który mogli zniszczyć, jeśli tylko nosił znak tau lub inny symbol, jaki nowa wiara zapożyczyła bądź bezprawnie sobie przywłaszczyła – a zrozumie się jasno, dlaczego tak niewiele pozostało z dawnych tradycji.”
– (Tajemna Doktryna, t. I, s. 24)

Każdy inteligentny i wolny od uprzedzeń wolnomularz zna w większym lub mniejszym stopniu te fakty i wielką trudność, która stoi na przeszkodzie każdej próbie odnalezienia utraconego słowa i odbudowania Miasta oraz Świątyni Pana – glifu o wielu znaczeniach. Autor tych słów pragnie wspierać to szlachetne i wielkie przedsięwzięcie, na ile tylko potrafi.

Nie jest jednak zamiarem autora wprowadzanie jakichkolwiek nowości do wolnomularstwa w obecnym jego kształcie organizacyjnym. Jeśli wzniosła filozofia, która stanowi dziedzictwo wolnomularstwa, zostanie powszechnie rozpowszechniona i udostępniona wszystkim ludziom inteligentnym – nie tylko samym wolnomularzom, lecz wszędzie – wtedy jej dobroczynny wpływ może stać się udziałem całej ludzkości.

W ten sposób mogłaby wkrótce powstać wielka „Republika”, „w której każdy naród jest jedną rodziną, a każda jednostka dzieckiem”.

Naturalnie nasuwa się pytanie, czy można w ogóle cokolwiek pewnego ustalić w odniesieniu do Wielkich Misteriów starożytności, skoro zawsze były one skrywane, nigdy nie ujawniane profanom, nigdy nie przekazane światu, a jedynie utrwalone w rzeźbach, przypowieściach i alegoriach.

Już wskazaliśmy, że wszelkie próby odkrycia rzeczywistej tajemnicy poprzez wnioskowanie wstecz z przypowieści i alegorii przynosiły jedynie zamęt i zniechęcenie. Interpretacje tak uzyskane były tak fantastyczne i różnorodne, jak różnorodne było usposobienie poszczególnych badaczy. Gdyby którykolwiek z nich posiadał klucz do symbolizmu albo pełną filozofię tajemnej nauki, rezultat byłby zupełnie inny.

Rozwiązanie tej kwestii staje się nie tylko o wiele prostsze, gdy badania prowadzone są przy pomocy takiej filozofii czy też doskonałego klucza, lecz badacz ma wówczas przy każdym kroku pewność, że stąpa po twardym gruncie.

Pozostaje jednak jeszcze o wiele ważniejsza kwestia. Istnieje tradycja na Dalekim Wschodzie – odnajdywana w mniej wyraźnej postaci także na Zachodzie – że Wielka Loża Magów, Adeptów, Doskonałych Mistrzów, znana również pod wieloma innymi nazwami, nigdy nie przestała istnieć; że ta Loża, choć działająca w tajemnicy i nierozpoznana, często wpływała na rozwój królestw i kształtowała losy narodów.

Mistrzowie ci zawsze bowiem znają drogę najmniejszego oporu, wiedzą, kiedy i jak działać, a mają tylko jeden cel – postęp ludzkości i braterstwo ludzi. Ponieważ cenią sobie mało sławę i honory doczesne, pracując „bez nadziei na podziękę i nagrodę”, swoje działanie ukrywają, oddziałując na tych, którzy nie wiedząc o ich istnieniu wykonują ich pracę, albo też działając przez agentów, którzy ślubowali nawet ukrywać sam fakt ich istnienia.

Dla ogółu takie rozważania mogą mieć niewielkie znaczenie, bo jedynym kryterium, wedle którego należy oceniać pracę, jest jej rzeczywisty charakter. Dla wolnomularza jednak powinno to być sprawą doniosłą, gdyż pozwala mu zrozumieć, co naprawdę znaczy być budowniczym. Ukazuje bowiem sens i cel rozwoju ludzkości, a także daje absolutną pewność, że ewolucja ta jest obecnie kierowana przez tych, którzy wiedzą – tak, jak od wielu stuleci nie było to możliwe.

Działanie takie stało się teraz możliwe, gdyż nastał cykl wolności i oświecenia, w którym robotnicy nie są już tak łatwo składani w ofierze Molochowi bigoterii i zabobonu.

Przyjmując, że tacy Mistrzowie istnieją, że posiadają wzniosłą wiedzę i że są gotowi nieść światu pomoc – świat musi być przygotowany i chętny, aby tę pomoc przyjąć, jeśli ma mu ona rzeczywiście służyć, a nie niszczyć ich wysłanników.

Kierowani przez rozwiniętą filozofię, wyposażeni w klucz do symbolizmu i wspierani przez tych wielkich Mistrzów, możemy na nowo odtworzyć utracone misteria starożytności, aby objawiły nam swe pradawne tajemnice ku pożytkowi przyszłych pokoleń.

Celem niniejszej pracy jest nakreślenie zarysu takiej działalności; ma ona charakter wprowadzający i w pewnej mierze objaśniający, ale w żadnym wypadku wyczerpujący. Nie opiera się na żadnym autorytecie wyższym niż poważne przekonanie autora i jego zdolność uchwycenia przedmiotu. Wolnomularzowi, który gotów jest kopać głębiej i wypełnić szkic, jaki tu nakreśliłem, polecam – jeśli jeszcze tego nie uczynił – przeczytać wielkie dzieło Alberta Pike’a Morals and Dogma.

Chociaż w tej książce podane są fakty historyczne, to jednak przy jej pisaniu i gromadzeniu materiału nie zastosowano metody badań historycznych. O wiele mniej istotne jest bowiem wiedzieć, skąd wywodzi się wolnomularstwo, niż co ono właściwie naucza.

Odpowiadając na to pytanie, można autora słusznie oskarżyć, że zawarł własne poglądy – nie wbrew faktom czy historii, ale w świetle tego, co można by uznać za niewystarczający dowód historyczny.

Na taki zarzut odpowiedziałby: po pierwsze, że nie wiadomo nic o istnieniu autentycznej historii wolnomularstwa; istnieją jedynie niespójne fakty lub fragmenty świadczące o istnieniu pewnych organizacji lub ruchów w określonych czasach i o ich znikaniu wskutek sporów wewnętrznych bądź prześladowań zewnętrznych. Od czasu do czasu pojawiał się w innym miejscu i pod inną nazwą nowy ruch, działający w tym samym kierunku, lecz napotykający podobny los.

Jeden z pisarzy twierdzi, że w ten sposób do rzemiosła wolnomularskiego wprowadzono aż osiemset różnych stopni. W żadnym przypadku nie istnieje wiarygodna, ciągła historia tych ruchów.

Ale nawet gdyby taka historia istniała, byłaby ona dla celu obecnej pracy niewielką pomocą – co łatwo zrozumieć na podstawie tego, co wyżej powiedziano o próbach odkrywania utraconego słowa poprzez „czytanie wstecz” zewnętrznej formy symbolizmu. Taka historia mogłaby być osobliwa i ciekawa jako świadectwo możliwości ludzkiej wyobraźni i jej skłonności, by cenić wszystko, co dziwne i fantastyczne tylko dlatego, że jest ukryte.

Lecz zwykła ciekawość i tajemniczość nigdy nie były hasłami wiodącymi do sanktuarium prawdziwej inicjacji.

Z drugiej strony taka historia, gdyby naprawdę istniała, musiałaby być przesycona nutą patosu poprzez smutne doświadczenia, jakie miałaby do przekazania w przypadkach, gdy prawdziwie poważne dusze, które szczerze i uczciwie poszukiwały „Zaginionego Słowa Mistrza”, ostatecznie zostawały przytłoczone nieszczęściem albo publicznie stracone jako przestępcy i wrogowie Kościoła i Państwa.

Takie opowieści, które rzeczywiście istnieją, zasługują w wielu przypadkach na miano „zmyślonej bajki” i niemal bez wyjątku, z jednakowym brakiem faktów, przekazują jedynie opinie tych, którzy wobec owych ruchów byli przychylni lub wrodzy.

Z tego powodu autor nie starał się nadać niniejszej pracy szczególnie historycznego charakteru; położył natomiast szczególny nacisk na wyciąganie logicznych wniosków z faktów, które są znane jako istniejące, oraz z ogólnego przekonania, że – jak powszechnie przyznaje się – starożytne misteria przenikała ich pierwotna jedność.

Że takie organizacje istniały przez wszystkie czasy, a jednak pozostawały bez historii – wydaje się na pierwszy rzut oka paradoksem. Wrogowie wolnomularstwa starają się tę okoliczność wykorzystać, aby odrzucić wszystko, co ono zawiera, nie wiedząc przy tym, iż niewiele historii narodów czy epok jest lepiej ugruntowanych.

Najczęściej wśród tych oszczerców i zaprzeczających znajdziemy bigoteryjnego sektariusza albo nowoczesnego materialistę. Z obiema tymi postawami prawdziwy geniusz wolnomularstwa pozostaje w nieustannej walce.

Dla pierwszego – uniwersalne i nieograniczone braterstwo ludzi jest jedynie martwą literą, ponieważ wierzy on, że tylko on sam i wybrani bracia jego wspólnoty mogą być zbawieni.

Dla drugiego – materialisty – uznanie w wolnomularstwie Boskiego Budowniczego Świata jako „zasady zasad” oraz wiara w nieśmiertelność duszy są jednakowo kamieniem obrazy.

Na szczęście liczba fanatycznych sektariuszy i zatwardziałych materialistów jest stosunkowo niewielka. Wspomniany brak historycznych dowodów nie jest bynajmniej zjawiskiem odosobnionym.

Ta nadbudowa, którą nazywamy chrześcijaństwem, ma wprawdzie wiele historycznych faz, wzajemnie sprzeczne dogmaty, nauki głoszone w jednym czasie i siłą narzucone przez władców, obłożone surowymi karami za zaprzeczenie i niewiarę – a wszystko to tylko po to, aby w innym wieku zostały napiętnowane jako „godna potępienia herezja”.

Tymczasem jednak pochodzenie tych nauk i osobowość „Męża Boleści”, wokół którego te tradycje się zgromadziły, nie otrzymują żadnego zadowalającego potwierdzenia w postaci autentycznych faktów historycznych.

Cóż więc mamy wnioskować co do prawdziwego geniuszu chrześcijaństwa? Czy jest ono tylko bajką, rozgłaszaną i podtrzymywaną przez pewnych ludzi w celu poparcia ich dążeń do panowania? Czy tylko fakty historyczne i osobista biografia mają prawo stanowić świadectwo? Czy odwieczne zasady, boska dobroczynność i ofiara jednego życia dla innych w ogóle się nie liczą?

Czy to, co przez wieki podtrzymywało nadzieję uciśnionych i zrozpaczonych, co rozjaśniało ich życie – jest jedynie fantazją, podstępnym kłamstwem?

Odejmijmy każdy skrawek historii z życia Chrystusa i dowiedźmy, wbrew wszystkim sprzeciwom, że nigdy nie istniał – a ludzkość z głębi swego serca odtworzyłaby go nazajutrz na nowo i usprawiedliwiła to stworzenie całą intuicją duszy ludzkiej i potrzebą codziennego życia człowieka.

Spór historyczny można porzucić, zignorować – a cały charakter, geniusz i misja Jezusa Chrystusa pozostaną mimo to prawdziwe, dobroczynne i wieczne, ze wszystkimi swoimi ludzkimi i dramatycznymi epizodami.

Nazwijmy to, jak chcemy – nie można tego obalić: charakter pozostaje, a czy jest historyczny, czy idealny, jest rzeczywisty i wieczny.

To dygresja ma na celu zilustrowanie zasady interpretacji. Tradycje i symbole zawdzięczają swoją rzeczywistą wartość nie danym historycznym, lecz prawdom uniwersalnym i wiecznym, które ucieleśniają.

Gdyby były jedynie epizodami historycznymi, świat już dawno rozwiałby je w swoich cyklicznych przemianach i pogrzebał w wiecznym zapomnieniu.

Te wielkie prawdy, które w jednym wieku zostały przyćmione i zagubione przez błędną interpretację albo prześladowania, odradzają się niczym Feniks, odmłodzone w następnym. Są to nieśmiertelne ideały, które nie znają ani rozkładu, ani śmierci.

Są jak boski wizerunek ukryty w bloku kamienia (w surowym ciosie); wielu artystów dłutem i młotkiem, kątownikiem i cyrklem obrabia go, tworząc być może jedynie zniekształcony bożek. Tylko doskonały Mistrz potrafi obrobić kamień tak, aby boski ideał w całej swej wielkości i pięknie się objawił i został przeniknięty oddechem życia.

To jest budowla charakteru.

Baśń o Pigmalionie i Galatei jest zatem prawdziwsza niż historia. Nić dziejów nie polega na pojedynczych faktach, wiązanych przypuszczeniami i dopasowanych do niewiedzy, bigoterii czy powierzchownej opinii.

Prawdziwa nić leży raczej w temacie, który rozbrzmiewa przez symfonię stworzenia, w ulotnych ideałach, które inspirują życie człowieka i unoszą go z prochów ziemi i nizin, gdzie błąkają się duchy zabobonu i strachu, ku wyżynom światła, na których na wieki zamieszkują natchnienie i pokój.

Takimi ideałami są Chrystus, Hiram i Doskonały Mistrz.

Wątpliwe jest, czy którąkolwiek część obecnej organizacji wolnomularskiej jako takiej da się prześledzić dalej niż do połowy XVII wieku. Wielka rewolucja masońska z roku 1717 oraz Konstytucje z lat 1723 i 1738 zdają się powołać do istnienia współczesne organizacje, które – choć nie rozprzestrzenione równomiernie na całym świecie – mają ze sobą wiele wspólnego. Istniały wprawdzie wcześniejsze organizacje, działające nieznane i niekwestionowane pod różnymi nazwami, a jednak posługujące się tymi samymi glifami i symbolami; nie wykazano jednak jasno żadnego bezpośredniego związku między tamtymi organizacjami a obecnymi. Ponieważ jednak nasze wnioski mają raczej charakter filozoficzny niż historyczny i odwołujemy się bardziej do rozumu niż do autorytetu, nie ma potrzeby wchodzić w te sprawy dalej niż jest to konieczne dla wyznaczenia kierunku w podążaniu naszym filozoficznym wątkiem.

Wyraźnie chrześcijański charakter został obecnie nadany stopniom masońskim w Europie i Ameryce. Nie wysuwając najmniejszego sprzeciwu wobec religii chrześcijańskiej jako takiej, łatwo wykazać, że wszelka sekciarska tendencja, jakiegokolwiek rodzaju, jest nowinką całkowicie nieuzasadnioną i w zupełnej sprzeczności z duchem wolnomularstwa. Wolnomularstwo, oparte na szerokiej zasadzie tolerancji i braterstwa, nie może wykluczać ze swego rozległego kręgu ani Żydów, ani pogan, Parsów czy buddystów. Wolnomularstwo zawdzięcza w głównej mierze francuskim jezuitom wyraźnie chrześcijański charakter niektórych swoich stopni. Stopnie templariuszy są czysto sekciarskie i w żadnym znaczeniu nie mogą wykazywać tego uniwersalnego charakteru, który uznaje zbratanie wszystkich religii i widzi w każdym bliźnim brata wspólnej ludzkości. Żaden poważny mason przeniknięty duchem wolności nie będzie prześladował jakiejkolwiek religii drwiną i pogardą ani wykluczał z wspólnoty brata, który wierzy w istnienie Boga, w braterstwo ludzi i w nieśmiertelność duszy. Ten katolicki (to znaczy powszechny) duch stanowi właściwą podstawę wolnomularstwa, a każde odejście od niego jest niewolnomularskie i niszczące dla dawnych „landmarków” i geniuszu wolnomularstwa. Jeśli kapłani katoliccy mają prawo uczynić wolnomularstwo chrześcijańskim, to Żydzi, buddyści lub mahometanie mają takie samo prawo przekształcić je tak, by było dostosowane do ich własnej wiary; a takie transformacje w każdym przypadku pozbawiają wolnomularstwo jego uniwersalnego charakteru. Nie przynosząc korzyści wierze, do której wolnomularstwo próbuje się dostroić, ostatecznie samo wolnomularstwo niszczą. Wolnomularstwo przez stulecia dzierżyło wysoko pochodnię tolerancji, bezstronności i braterstwa. Fanatyczny sektariusz – kimkolwiek by był – dzieli świat na dwie klasy: na tych, którzy z zapałem i ślepą wiarą przyjmują jego dogmaty, i na tych, którzy tego nie czynią. Tych pierwszych nazywa swymi „braćmi”, na drugich patrzy jak na przyjaciół, jeśli nie wrogów.

Tymczasem wolnomularstwo nie przyjmuje żadnej religii ani żadnych dogmatów czy form wiary jako takich – w tym kształcie, w jakim formułuje je jakakolwiek religia – uznaje natomiast pewne zasady podstawowe, które ucieleśniają etykę nauczaną we wszystkich religiach. Każdy mason może kształtować swoją wiarę, jak mu się podoba, i ustanawiać dla siebie formy czci, jakie uzna za pożądane lub użyteczne. Teraz, gdy dawne formy wiary wszędzie tracą oparcie i się rozpadają, bardziej niż kiedykolwiek trzeba wskazać, że żadna z nich nigdy nie była uprawnioną częścią wolnomularstwa; że wolnomularstwo, nie sprzeciwiając się żadnej, nie może przyjąć żadnych innych niż masońskie. Ten bezpartyjny duch stanowi podstawę tej bezstronnej sprawiedliwości, która nigdzie nie jest zilustrowana wyraźniej niż w masońskim stopniu.

„Różnica między naukami ezoterycznymi a egzoterycznymi (różnica czysto masońska) była zachowywana zawsze i od najdawniejszych czasów u Greków. Sięga ona z powrotem do mitycznej epoki Orfeusza… A po czasach Aleksandra gromadzili się oni, aby czerpać nauki, dogmaty i misteria dla wszystkich szkół; zarówno Egiptu i Azji, jak też dawnej Tracji, Sycylii, Etrurii i Attyki. Prawdziwym źródłem starożytnej mądrości była Persja oraz dawne Indie – matka cywilizacji i religii – oraz mądrość ezoteryczna.”

W niniejszej pracy nie podejmuje się próby wyjaśnienia wszystkich symboli wolnomularstwa ani pełnego odsłonięcia filozofii tajemnej nauki. Takie przedsięwzięcie przerastałoby czas i możliwości autora. Jego zamiarem jest raczej wskazać pewne punkty powiązań, naszkicować metody interpretacji, przekonać bezstronnego czytelnika, że w dawnych misteriach spoczywa kopalnia mądrości, która wartością daleko przewyższa wszystkie nowożytne osiągnięcia; pozyskać współdziałanie masonów, aby te dawne prawdy zostały zachowane. Odzyskać „zaginione słowo” znaczy wskrzesić pradawną mądrość – a to bardziej niż wszystkie inne środki, jakie mamy pod ręką, posłuży powszechnemu zbrataniu ludzi i uniwersalnemu postępowi.

W rytuałach i pouczeniach wolnomularstwo nie uczy niczego w dziedzinie moralności, nauki, religii czy jakiejkolwiek innej gałęzi ludzkiego poznania lub ludzkich zainteresowań, czego nie uczono by skądinąd w rozpowszechnionych formach myśli albo przez mędrców starożytności. Pod tym względem nie ma ono wcale tajemnic. Za dawnymi symbolami wolnomularstwa kryją się jednak rzeczywiste tajemnice i są one dla masona równie ściśle zasłonięte jak dla każdego innego, dopóki nie będzie studiował nauki o symbolizmie w ogólności i symboli masońskich w szczególności. Zamiast „mistyczne” wolnomularstwo moglibyśmy może lepiej powiedzieć „symboliczne” wolnomularstwo – lecz właśnie tu spoczywa całe misterium, głęboka tajemnica – i niewielu masonów aż do dnia dzisiejszego miało dość zainteresowania czy cierpliwości, by podjąć taki namysł. To po prostu fakt – nie krytyka ani zarzut. Jeśli masonom brak znajomości głębokiego znaczenia symbolizmu masońskiego i jego najwyższej doniosłości, należy im jednak zarzucić, że nie tylko powstrzymali postęp całej organizacji, lecz doprowadzili ją samą do degeneracji.

Liczba osób dopuszczonych do członkostwa różnych stopni nie może odpokutować tej degeneracji – przeciwnie, jeszcze ją nasila. Autorowi niniejszej pracy wiadomo dobrze, że tego rodzaju rozprawa nie będzie miła pewnej klasie masonów. Z pewnością potraktują ją z pogardą i będą usiłowali ją stłumić. Wysuną twierdzenie – całkowicie zresztą prawdziwe – że nigdy dotąd nie wyjaśniono im takiego znaczenia, i że w przepisach pracy loży nie znajduje się taka filozofia. Nie można więc zasadnie zarzucić autorowi, iż bezprawnie ujawnia jakiekolwiek tajemnice loży. Większość najwyższych tajemnic wolnomularstwa w ogóle nie jest ujawniana w loży. Należą one tylko do nielicznych. Jeśli uzna się to za fakt, może się to znowu wydać niesprawiedliwością. Lecz tych tajemnic musi poszukiwać samo indywiduum, a kandydat zostaje wyłączony z posiadania tajemnic wyłącznie przez własną nieuwagę na wskazówki, które wszędzie w rytuale loży są mu dane, lub przez obojętność na przedmiot. Jeżeli woli traktować całą sprawę z pogardą i zaprzeczać, jakoby taka rzeczywista wiedza istniała, okaże się, że nie tylko sam zamyka drzwi przed możliwością jej posiadania, lecz staje się także nieprzystępny na jakiekolwiek przejawy jej istnienia, które ukazują się mu wciąż. Winien jest tylko on sam, jeśli pozostaje w ciemności.

Z drugiej strony, wśród masonów istnieje wielka i stale rosnąca liczba osób, które naprawdę pragną więcej światła; są przekonane, że poza rytuałem i ceremoniami loży kryje się inne, głębsze znaczenie. Niektórzy pojęli wskazówkę i udali się na Wschód, „aby szukać światła”.

Gra na słowie „światło” w Royal Arch i niemal w każdym innym stopniu, trzy wielkie światła i trzy mniejsze – wszystko to powinno uczyć każdego inteligentnego masona, że światło, a zwłaszcza troistość światła, musi posiadać doniosłe znaczenie, chyba że cały rytuał miałby być bezsensowną farsą. Oprócz pożytku, jaki pojedynczy mason może znaleźć w tym przedmiocie dla własnego oświecenia, oczywiste jest jego obowiązkiem – przy niezmiennym zachowaniu zwyczajów i „landmarków” swego Zakonu – wspierać interesy i dobrą sławę wolnomularstwa wszelkimi słusznymi i pożytecznymi środkami, jakie ma do dyspozycji. Imiona, które w tradycjach loży i w dziejach Zakonu są czczone, należą do tych, którzy zdobyli trwałą sławę, i są w rytuale loży podnoszone jako godne naśladowania. Czy jednak teraźniejszość lub przyszłość nic do tej listy nie dołączą? A jeśli zajdzie potrzeba – również do listy męczenników? Czy dni szlachetnych czynów wraz z wolnomularstwem odeszły na zawsze? Czy konieczność ofiarności i oddania to już tylko rzecz przeszłości? Nigdy nie było to potrzebniejsze niż teraz; nigdy nie było korzystniejszej sposobności dla masona, by zajął należne miejsce wśród instytucji ludzkich i zyskał uznanie prostą mocą braterskiej miłości, pomocy i prawdy – opartej na filozofii, jaka nie istnieje nigdzie indziej poza jej dawnymi symbolami. Jeśli większość masonów nie uznaje prawdziwego znaczenia i wartości swych skarbów, tym bardziej konieczne jest dla tych, którzy je uznają, by – nawet wobec zniechęcenia i potwarzy – wypowiedzieli prawdę i dali jej świadectwo.

Czy inteligentny mason mniema, że cech praktycznych murarzy sprzed półtora wieku założył Zakon Wolnych Mularzy? Byli wśród nich rzeczywiście architekci i budowniczowie, lecz ogromna większość masonów jako rzemieślników była znacznie mniej uczona niż większość z nich dzisiaj. Wolnomularstwo ukształtowane jest na gruncie dawnych misteriów, ich rzeźb i alegorii – i nie jest to tylko przypadkowa zbieżność. Paralele są zbyt gęsto nakreślone. Brat Pike po długim i cierpliwym badaniu doszedł do wniosku, że pewni filozofowie hermetyczni mieli swój udział w konstrukcji Wolnych i Przyjętych Mularzy; a jeśli w ich symbolach zawarli więcej, niż jawi się na powierzchni, i o wiele głębsze prawdy niż uczeń powierzchowny od razu pojmuje, to było rzeczą oczywistą, iż zamierzono, by nadchodzące pokolenia rozpoznały te wyższe tajemnice i z nich skorzystały. Świadectwo w tym względzie jest nie tylko rozstrzygające, lecz i przygniatające, choć tutaj można przytoczyć jedynie jego fragmenty. Krótko mówiąc: prawdziwe tajemnice wolnomularstwa spoczywają w jego symbolach, a znaczenie symboli odsłania wzniosłą filozofię i naukę uniwersalną, jakiej człowiek nigdy nie przewyższył.

Autor niniejszej pracy nie jest na tyle zarozumiały, by rościć sobie pretensje do wyczerpującego ujęcia czy choćby pełnego pojęcia tej dawnej filozofii w całej jej wielkości. Odnalazł jednak w jej studium takie zainteresowanie, a ono samo otworzyło przed nim taką pełnię bogactw, objawiało na każdym kroku tak wspaniałe skarby, że zapragnął podzielić się tymi kosztownymi klejnotami ze swymi braciami rzemieślnikami, aby i oni mogli posuwać się dalej naprzód i wynosić z tych skarbców inne, jeszcze większe odkrycia. Klejnoty te nie zostały ukryte przypadkiem, lecz umyślnie – aby w nadchodzących wiekach znów je odnaleziono. Nawet kamień, który odrzucono i w gruzowisku zaginął, nie tylko nosi godło i zawiera znak – on sam, od początku do końca, wraz ze swym otoczeniem, sposobem i ponownym ożywieniem oraz ostatecznym pożytkiem, jest symbolem. Jest środkiem pięcioramiennej gwiazdy, która jest kabałistycznym znakiem człowieka. W swym ukierunkowaniu symbolizuje pięć zmysłów człowieka, które zaginęły w gruzowisku namiętności i egoistycznych przyjemności. Gdy ten odrzucony i utracony kamień zostaje na nowo odnaleziony i posłany do Króla Świątyni (wyższe Ja człowieka), rozpoznany i przywrócony – Pan jest doskonały, a brama zmysłów daje wstęp do „Pałacu Króla”. Rezultatem jest światło, czyli oświecenie. Tacy są „oświeceni”.

Spisanie tego dzieła jest pracą z miłości. Ma ono być nie mniej hołdem dla bohaterów i męczenników wolnomularstwa w przeszłości niż skromnym darem dla braterstwa teraźniejszości.
Dr med. J. D. Buck.
(Ciąg dalszy nastąpi.)

źródło: Mystische Maurerei. (Die Symbole der Freimaurerei und die grossen Mysterien des Altertums. Einleitung.); Neue Metaphysische Rundschau – Band X, Januar 1903 bis Dezember 1903.
(6 Hefte.)