Demon Najdroższy.
Do Blandiny.
Jeszcze jest długo przed świtem. Ledwie dobiegła końca połowa letniej nocy, a ty może właśnie teraz dopiero wracasz z jakiegoś przyjęcia. Znużona zrzucasz bogaty strój i spoglądasz jeszcze raz w lustro, uśmiechając się na myśl o triumfach, jakie odniosłaś. Potem rozpuszczasz włosy i opadasz, już na wpół we śnie, w miękkie poduszki swojego łoża, aby dalej śnić o nowych ucztach, nowych hołdach.
Ja zaś siedzę samotnie w mojej klasztornej celi. Białe i puste są jej ściany, a tylko ukrzyżowany Zbawiciel spogląda na mnie z góry. I myślę teraz tylko o jednym: „Znów minął odcinek czasu, i znów śmierć przybliżyła się do ciebie.” I z proroczym spojrzeniem tych, którzy muszą umrzeć, widzę, jak się zbliża – powoli, lecz nieubłaganie – i uśmiecham się na myśl, że nie jest już daleko.
Nie przerażaj się, Blandino! – Czyż nie powinniśmy nauczyć się umierać za życia, aby samo umieranie stało się dla nas życiem? –
Ale wiem przecież – twojej duszy nigdy nie dręczyły wątpliwości, nigdy te niepokojące przeczucia, które jakby z ciemnych, upiornych głębin wznoszą się ku górze. Jak piękny, barwny motyl fruniesz przez życie, i jak motyl pewnego dnia łagodnie i spokojnie opaść musisz wśród woni kwiatów, gdy nadejdzie czarny wieczór. Rzadko kiedy istniały dwa tak różne istoty, jakimi my jesteśmy, a jednak jesteśmy siostrami. Ale wiem, że mimo to zadumasz się nad moim wyznaniem i pytająco oraz szukająco wznieśniesz oczy ku niebu. –
Kiedy wkraczałam w świat, byłam jak ty; tęskniłam również za tymi rzeczami, za którymi ty tęsknisz i wciąż tęsknisz. Chciwie sięgałam po barwne kwiaty radości, które wonne i nęcące kwitły na mojej drodze. Ale to trwało krótko; bo gdy osiągałam to, za czym tęskniłam, zdawało mi się, że przemienia się to w moich rękach, jakby stawało się brzydkie. Może też chwytałam te urocze rzeczy zbyt mocno; bo przecież widziałam, że inni potrafili się nimi cieszyć, że ty się nimi cieszyłaś, nawet gdy stały się twoje, i że mogłaś wciąż na nowo po nie sięgać. Wtedy pomyślałam, że to musi tkwić we mnie samej, i zaczęłam rozmyślać nad sobą i próbować spojrzeć w swoje wnętrze.
I z przerażeniem musiałam zobaczyć, jak obca byłam samej sobie. Czułam się jak w wirze i czułam, że muszę się gwałtownie wyrwać z sił, które wciąż próbowały mnie w ten wir wciągać i przeszkadzały mi patrzeć spokojnie i swobodnie naprzód oraz iść pewnie do przodu. Była we mnie drżąca tęsknota, tęsknota za czymś, co dałoby mi spokój. Czasem zdawało mi się, że to coś przepływa tuż obok mnie, że czuję szelest skrzydeł, które chciały mnie objąć i osłonić. Ale nie odważyłam się wyciągnąć ręki, by je zatrzymać, zamykałam oczy w oczekiwaniu, a gdy je znów otwierałam, było już zniknęło. –
Wtedy zaczęłam pytać, czy nikt nie wie, czym jest to, co daje spokój; bo myślałam, że przecież inni przede mną musieli już to samo myśleć i szukać tej samej drogi. Może ktoś jednak doszedł do celu. – I jedni mówili: szczęście i spokój daje tylko praca; drudzy – obowiązek; trzeci – miłość. Ale stwierdziłam, że trudno jest znaleźć właściwą pracę, że obowiązek może jak ciężki ciężar ranić ramiona, a to, co oni nazywali miłością, pełzało po ziemi, niskie i nieczyste. – A wielkie pragnienie we mnie rosło coraz bardziej. Tęskniłam za pracą, która uwalnia duszę, za obowiązkiem, który jest słodki, za miłością, która unosi duszę na białych skrzydłach.
„U nas już się nie tęskni” – mówiono mi, gdy, prosząc o przyjęcie, stałam na progu klasztoru. I uwierzyłam, gdy przekraczałam ten próg, że oto osiągnęłam cel mojej tęsknoty. Tu stałam przecież u wrót pokoju, cichego, bezpragnieniowego szczęścia, które jest błogością. Tu niebo oddzielało się od ziemi, a śmierć była tylko cichym prześlizgnięciem się na drugą stronę.
– Ale zostałam oszukana. Wszystkie pożądania i namiętności, które myślałam, że na zawsze zostawiłam za sobą tam, na świecie – znalazłam tu znowu. Jeszcze gorętsze, jeszcze dziksze występowały, karmione samotnością, którą znieść potrafi tylko ten, kto samego siebie zwyciężył. Jemu samotność staje się błogosławieństwem, innym – przekleństwem. Zatrwożyłam się, gdy po raz pierwszy zajrzałam w taką biedną duszę, i pomyślałam o ucieczce. Ale cóż znalazłabym na zewnątrz? To samo! I tak zostałam. –
I nauczyłam się rozumieć, że to nie miejsce może nam dać spokój, i że kto nie potrafi znaleźć pokoju w samym sobie, nie znajdzie go nigdzie. – Gdy to pojęłam, zapanował we mnie spokój. Ale nie byłam spokojna, bo byłam zadowolona, lecz tylko dlatego, że na coś czekałam – coś cudownego, potężnego – i miałam przeczucie, że to musi przyjść, że moja dusza musi się na to przygotować.
Za klasztorem, otoczony wysokimi murami, leży
miejsce, w którym Oblubienice Chrystusa składa się do wiecznego spoczynku.
Lubiłam tam przesiadywać, zwłaszcza nocą, kiedy czarne
kształty drzew stały nieruchomo niczym olbrzymi strażnicy
i zdawały się strzec tego cichego miejsca. –
Kiedy potem wracałam, moja suknia była jeszcze wilgotna
od nocnej rosy, a w członkach czułam świeżość chłodnego
poranka. – –
Tak wyszłam tam znowu, zanim jeszcze rumieniec młodego dnia
zabarwił niebo, aby na godzinę prowadzić rozmowę
z umarłymi, nim obudzi się życie. Samotna siedziałam tam
pod drzewami, które pochylały się nad nagrobnymi kamieniami
i nad modlącymi się postaciami aniołów. Ich gałęzie są tak
gęste, że wiatr nigdy nie przenika ich tajemniczego gąszczu.
Przelatuje tylko nad nim i porusza lekko liście.
Księżyc zaledwie rzuca tam promień, a za dnia panuje
zielonkawy półmrok, w którym ledwie da się odczytać
imiona tych, co spoczywają pod białymi nagrobnymi kamieniami.
Straszliwa cisza panuje w tym miejscu, jakby każdy dźwięk
życia cofał się z lękiem przed tą świętą siedzibą zmarłych,
którzy wybrali sobie życie mające być jedynie powolnym
przygotowaniem do śmierci. –
I gdy tak siedziałam, czułam się już jak martwa
wśród umarłych. Fale nocnego powietrza
przemykały nade mną, zimne i wilgotne, a mgła
unosiła się, rodząc cienie.
Siedziałam jak skamieniała; tylko moje ciepłe serce
biło głośno i gwałtownie w piersi, a gorące łzy
spływały, niemal nieuświadomione, po moich zimnych policzkach.
Dawna tęsknota wznosiła się gorąco i dziko
pośród całej tej ciszy śmierci wokół mnie. –
„Jakże jestem samotna, tak samotna” – krzyczało we mnie –
„że muszę szukać towarzystwa umarłych, by nie czuć się
zbyt osamotnioną. Gdzie jest dusza, która cieszyłaby się
ze mną radością, która cierpiałaby ze mną w bólu?
Która byłaby jednością ze mną – gdzie jest ona,
dusza mojej duszy?”
Wtedy wydało mi się, że otwierają mi się oczy,
abym mogła zobaczyć to, czego nigdy dotąd nie oglądałam,
i że zostaję wyniesiona ponad samą siebie.
I chociaż wiedziałam, że moje ciało pozostaje w tym samym miejscu,
przemierzałam jednak krainy, których nigdy nie widziałam,
przestworza bez barwy, bez dźwięku i bez szmeru.
Oślepiające światło jaśniało wokół mnie, lecz przede mną
stała jakby ściana – mroczna, tajemnicza ciemność,
która zdawała się cofać przed tym światłem.
Leciałam dalej i dalej, aż dotarłam do miejsca,
gdzie światło oddzielało się od ciemności. –
Żałosny ton, bolesne jęczenie przeniknęło wieczną ciszę,
która mnie otaczała, i doszło do mego ucha;
z ciemności powoli, falując, wznosiły się mgły
i nagle przede mną stanęła postać,
oddzielona ode mnie ciemnymi masami mgieł,
które wokół niej się kłębiły,
i wyciągnęła ku mnie ramiona, jakby błagając.
Czy to był Bóg – człowiek – demon?
Rosła olbrzymia, a jej oblicze było piękne
ponadziemsko, lecz spoczywał na nim wyraz głębokiego bólu. –
Potężna siła zdawała się porywać mnie ku temu stworzeniu,
lecz nie mniej potężna odrywała mnie od niego.
Znałam je, to piękne, smutne oblicze.
W moich snach często pochylało się nade mną;
wiedziałam, że znałam je już w czasie,
gdy ziemia jeszcze nie oderwała się
jako płonąca kula od chaosu.
A jednak pytałam drżąc jednocześnie z tęsknoty i strachu:
„Kim jesteś?”
Wtedy postać skłoniła smutnie głowę
i patrząc w dół, powoli osunęła się z powrotem w ciemność,
z której się wynurzyła. –
A w moim sercu szarpał dziki ból;
wydawało mi się, że odbierają mi cząstkę samej siebie.
I wyciągnęłam rozpaczliwie ramiona ku zapadającej się postaci
i błagałam:
„O, zostań, zostań – kimkolwiek jesteś,
mogłabym oddać moje szczęście,
by cię wybawić z ciemności, w której cierpisz.
A jeśli jesteś upadłym duchem, którego Ojciec w niebie
odrzucił w gniewie, będę za ciebie błagać w płaczu
przed bramami nieba, do którego nie chcę wejść bez ciebie.”
Wtedy postać podniosła oblicze i uśmiechnęła się do mnie,
a potem czarne cienie znów się nad nią zamknęły.
Mnie zaś w szalonym wirze porwano z powrotem
do miejsca, które opuściłam.
Dziewice znalazły mnie nieprzytomną, leżącą na nagrobnym kamieniu.
Zaniesiono mnie z powrotem do mojej celi, gdzie długo leżałam w gorączce.
Gdy stopniowo ustąpiła, pozostała we mnie słabość, która z czasem wciąż się
wzmagała. Było tak, jakby wewnętrzny ogień trawił życie we mnie.
Wszyscy mówili, że przeziębiłam się na cmentarzu w wilgotną noc –
i teraz widzę, że wiedzą, iż wkrótce umrę. – –
Pierwszy brzask dnia przegania noc. Światło w mojej celi wygląda tak
blade i zmęczone, jak oko, które smutno czuwało przez całą noc.
Słyszę śpiew dziewic, którymi witają nowy dzień. Kroczą teraz parami
przez krużganek, w którym jeszcze migocze i mrocznieje lampa.
Przez śpiew przebija się jeden głos, jaśniejszy niż inne –
może tylko dla mojego ucha: to głos młodej zakonnicy,
która była mi najdroższa spośród towarzyszek.
Nigdy już nie pójdę, śpiewając, u jej boku naprzeciw budzącego się poranka.
Tylko z daleka nasłuchuję pieśni sióstr, które mi oznajmiają,
że wkrótce przyjdą zobaczyć, czy jeszcze nie umarłam.
Jeszcze nie – ale wkrótce – wkrótce moja dusza wzniesie się i poleci,
z tęsknotą z powrotem, przez owe przestworza bez barwy i bez dźwięku,
aż znów stanę w tym miejscu, gdzie światło walczy z ciemnością.
Jak płomień będzie moja tęsknota, i ona znów przyciągnie ku górze
to Istnienie, za którym tęsknię, do którego należę
i należałam odwiecznie, a które tylko mroczne, zagadkowe
przeznaczenie oddzieliło ode mnie. Będę dosyć silna,
by zmagać się z ciemnością!
A potem razem będziemy wędrować przez światy, aż usłyszymy
i ujrzymy to, czego nie słyszało jeszcze żadne ucho,
nie widziało żadne oko, aż odnajdziemy ten spokój,
który jeszcze istnieje. Poszukując będziemy wędrować,
aż dojdziemy do źródła Światła, które odpycha ciemność,
aż znikniemy w wielkiej Jedności i błogo się rozwiejemy,
rozproszymy w przestrzeni wszechświata,
która nie ma końca – tylko wieczne Bycie,
w którym nie ma spoczynku, a przecież jest wieczny spokój.
A kiedy spojrzysz w górę na gwiazdy, pomyśl, że to moje oczy
spoglądają na ciebie. A gdy lekki wiatr będzie igrał w twoich włosach,
pomyśl, że to oddech moich ust cię owiewa.
Żegnaj, Blandino!
Ludmilla von Rehren
„Im bardziej nasze ideały się doskonalą, tym większa jest liczba rzeczywistości, które dopuszczają; a im bardziej nasza dusza rośnie, tym mniej obawia się, że nie spotka innej duszy swojego rodzaju.
Bo dusza, która wzrasta, to dusza, która zbliża się do prawdy, a w pobliżu prawdy wszystko uczestniczy w samej prawdzie.”
(Maeterlinck)
źródło: Dämon Liebster; Neue Metaphysische Rundschau – Band X, Januar 1903 bis Dezember 1903. (6 Hefte.)