Wieszcz

Świadomość Magnetyczna i inne

LUCID MAGNETISM, CLAIRVOYANCE,
DOUBLE SIGHT, LUNAR ATTRACTION, ETC.
(Z „Revue Spirite”, w przekładzie dr. Dixona.)

Pod tym nagłówkiem „Revue” zamieściła w trzech ostatnich numerach opowieść hrabiego Henriego Steckiego z Romanowa w Rosji, która przedstawia kilka zagadnień interesujących z psychologicznego punktu widzenia. Jej bohaterką była jego ciotka, księżna L., która w chwili, gdy rozpoczyna się jego relacja, od kilku lat była osobą ciężko chorą wskutek następstw poważnego porodu. Opisuje ją on w owym czasie jako niemal całkowicie pozbawioną władzy w dolnych kończynach, z kolanami trwale przykurczonymi. Miejscowy lekarz, odwiedzający ją codziennie i pragnący wspomóc leczenie, zalecił magnetyzm zwierzęcy i – najwyraźniej wobec braku lepszego rozwiązania – sam został jej magnetyzerem. Tyle wynosi wstęp hrabiego Henriego. Oddajmy mu teraz głos w pierwszej osobie:

Już podczas pierwszego seansu wywołano sen magnetyczny. Powtarzano to codziennie. Pacjentka stała się tak wrażliwa, że po krótkim czasie jej magnetyzer mógł wprowadzać ją w sen na odległość. Następnie stała się jasnowidząca. Kiedy znajdowała się w śnie, nie mogła znieść w pobliżu nikogo prócz swego magnetyzera albo osoby wprowadzonej z nią w rapport przez niego. W czasie snu zdawała się otoczona magnetyczną atmosferą rozciągającą się na około dwa kroki; jeśli ktoś zbliżył się do niej na tę odległość, zanim został wprowadzony w rapport, dostawała konwulsji. Aby wprowadzić kogoś w rapport, magnetyzer, zgodnie z jej wskazówką, wkładał jej w dłonie koniec szala, którego drugi koniec podawał jej przyjacielowi. Somnambuliczka przyciągała swój koniec stopniowo, aż dłonie się stykały – wtedy rapport był ustanowiony.

Podczas snu odczuwała odrazę do metali, toteż gdy tylko sen nadchodził, zdejmowała pierścień. Jeśli magnetyzer musiał dotknąć czegoś metalowego, umieszczał coś pomiędzy metalem a swą ręką. Pewnego dnia, po wprowadzeniu jej w sen, poszedł przynieść coś z innego pokoju; przeszedł przez dwa pomieszczenia, obracając metalowe klamki z zachowaniem wspomnianej ostrożności, używając chustki do nosa, lecz przy kolejnych drzwiach odruchowo dotknął klamki bez niej. Natychmiast został przywołany do pacjentki; kiedy dotknął metalu, poczuła to tak, jakby dotknięta została klamka drzwi jej własnego pokoju, i dostała drgawek.

W pewnej nagłej sytuacji odbyła się narada pomiędzy jej lekarzem a innym lekarzem sprowadzonym z daleka. Zanim sporządzono receptę, pierwszy z nich uznał za słuszne zasięgnąć opinii somnambuliczki. Wprowadził ją więc w sen i położył złożoną receptę w jej ręce; zapytana, przyłożyła ją do dołka podsercowego, a drugą rękę położyła na głowie swego magnetyzera. Zaaprobowała receptę, ale poleciła zmienić ilość jednego ze składników. Przygotowano ją z tą zmianą i uzyskano wszystkie pożądane skutki. Na ogół jednak nie chciała ingerować w leczenie.

Podczas następnej mojej wizyty – nie mieszkałem tam bowiem stale – zastałem owe jasnowidzące sny już odmienne w swoim charakterze. W czasie snu wywołanego wyznaczała późniejszą godzinę na seans, na który nakazywała ciemność. O wyznaczonej porze jasnowidzący sen przychodził już bez żadnego działania ze strony magnetyzera. Siedzieliśmy wokół niej półkolem, a gdy rozmawiała, jej oczy nagle się zamykały; wówczas zdejmowała swój pierścień. Był to znak, aby usunąć światło, czemu służyły grube, ciemne zasłony. Wkrótce głęboką ciszę przerywały odgłosy ruchu na sofie, a somnambuliczka zwracała się do nas łagodnym głosem, powoli, z częstymi pauzami; jej mowa trwała godzinę albo dłużej; była poważna, elokwentna, utrzymana w wybornym, poetyckim języku, zupełnie obcym jej zwykłemu sposobowi mówienia. Podczas tych seansów nie lubiła, by czyniono wzmianki o jej zdrowiu. Wszystkie jej przemowy miały charakter moralny i psychologiczny. Z tych snów sama dawała znak, kiedy należy ją obudzić, czyli przywołać z powrotem, a także wskazywała sposób. Niekiedy kazała przynieść trochę świeżej ziemi z ogrodu i budziła się, gdy kładła na niej rękę; innym razem prosiła, aby przyniesiono zapaloną świecę, i biorąc ją do ręki, otwierała oczy z lekkim zdziwieniem i śmiechem. Kiedy indziej prosiła, by dwoje obecnych stanęło z dala od niej i rozmawiało o jej przyjaciołach; mieli zbliżać się do niej coraz bardziej, wymieniając po drodze osoby coraz jej bliższe, aż wreszcie, stając tuż przy niej, wymawiali imię jej męża, po czym przebudzenie się dopełniało. Mówiła, że gdy dusza oddaliła się daleko od ciała, tym sposobem przywołuje się ją do niego stopniowo z powrotem. Podczas tych seansów mówiła, że widzi swoje zmarłe dziecko w stanie wielkiej szczęśliwości; widziała też innych, których znała za życia w ciele. Było to w latach 1840–1843, zanim zaczęto mówić o nowoczesnym spirytyzmie.

Podczas jednego z naszych seansów zaciemniliśmy pokój jak zwykle, ale powiedziała, że wciąż jest w nim światło, i odkryliśmy szczelinę, którą następnie zasłoniliśmy. Powiedziała: „Najmniejszy promień ziemskiego światła razi mnie; jest on innej natury niż światło duszy. Podczas jasnowidzącego snu ciało jest odrętwiałe, a dusza może odlecieć, ale łączy je świetlista nić; gdyby została przerwana, nie znaleźlibyście mnie już pośród was. O, jak wysoko się unoszę! Wydaje mi się, jakbym spoczywała na promieniach księżyca. Wyobraźcie sobie, że znajdujecie się na wysokiej wieży, a wzrok obejmuje cały horyzont! Lecz zdaje się, że wzrok duszy nie jest nawet i tym ograniczony.”

Z czasem odkryliśmy, że rozwija się u niej drugie widzenie. Pewnego wieczoru, będąc w stanie czuwania, okazywała wielki niepokój. W końcu powiedziała niecierpliwie: „Niech ktoś odpędzi tego kota spod bzu jaśminowego; nie mogę tego znieść!” Jej sofa stała przy ścianie, w której nie było żadnego okna. Wyszedłem z lokajem do ogrodu i rzeczywiście pod krzewem znajdował się kot, którego odpędziliśmy.

Innym razem zauważyłem, że księżyca jeszcze nie widać. Powiedziała: „Masz słaby wzrok, mój drogi; widać go doskonale.” Poszedłem znów na dziedziniec. Wróciłem, mówiąc, że go nie widzę. Uśmiechnęła się i odrzekła: „W takim razie sądzę, że jesteś ślepy; ja widzę go zupełnie wyraźnie.” Wyszedłem ponownie i, pamiętając kierunek jej spojrzenia, dostrzegłem wreszcie ślad księżyca, ale bardzo słaby, gdyż dzień jeszcze nie zgasł; sufit i ściana domu nie przeszkadzały jej widzeniu.

Pewnego razu jej mąż był nieobecny, minęło południe, a ja czułem niepokój, pozostając główną osobą odpowiedzialną. Zapytałem ją, czy ma jakieś przeczucie, że zaraz zapadnie w sen; jeśli tak, posłałbym po lekarza. Dom lekarza nie był widoczny z miejsca, w którym byliśmy, lecz zwracając się w jego stronę, powiedziała, że nie trzeba po niego posyłać; mimo to czułem niepokój i wysłałem służącego, który zastał go właśnie przygotowującego się do wyjścia.

Pewnego dnia, będąc w śnie, powiedziała, że w następny czwartek, o określonej godzinie i minucie, dostanie ataku omdlenia, podczas którego – jeśli nie użyje się najwyższej energii – umrze. Lekarz zapytał, jakie środki najlepiej będzie zastosować. Odpowiedziała: „Pan studiował medycynę i musi o tym rozstrzygnąć; ale jeśli chcecie mnie przy sobie zatrzymać, będziecie musieli działać energicznie.” W tajemnicy przed nią poczyniono wszelkie przygotowania. Mąż pozostał w jej pokoju; lekarz zajął na tę okazję sąsiednią komnatę; ja dotrzymywałem mu towarzystwa. Dokładnie o przepowiedzianej porze atak nastąpił, omdlenia następowały jedno po drugim, sądziliśmy, że każde będzie ostatnim; stopniowo jednak stawały się coraz mniej długotrwałe, aż ostatecznie odzyskała siły.

W tamtym okresie mojego życia byłem zakochany. Pewnego razu, myśląc o nieobecnym przedmiocie mej miłości, zapytałem ciotkę, czy ona, która tyle widzi, mogłaby zobaczyć także ją; nigdy jej nie widziała ani miejsca, gdzie mieszkała, lecz powiedziała mi, abym udał się do niej myślą, a ona spróbuje mi towarzyszyć. Uczyniłem to, a moja ciotka, pozostając w zwykłym stanie czuwania, towarzyszyła mi w myśli. W ten sposób opuściliśmy w wyobraźni dom, obraliśmy trakt, od jednej stacji pocztowej do drugiej, aż dotarliśmy do miasta odległego o osiemnaście mil, a następnie szliśmy ulicą po ulicy do domu owej młodej damy. Moja ciotka opisała ją i jej ubiór; powiedziała, że czyta, siedząc u stóp starszej pani, swej matki, spoczywającej w fotelu i robiącej na drutach; opisała również bardzo szczegółowo całe otoczenie obu pań. Zwróciłem uwagę na książkę, z której młoda dama czytała, a moja ciotka odczytała tytuł wydrukowany u góry strony. Podczas następnej wizyty u tych pań sprawdziłem dokładność całej wizji mojej ciotki.

Pewnego dnia przy obiedzie książę L. powiedział nam, że pacjentka wprawiła go w zdumienie; mówiła bowiem, że ściana jej pokoju jest dla niej przezroczysta, że widzi po drugiej stronie swoją pokojówkę układającą bieliznę, potem bibliotekę, potem dziedziniec, pola, lasy; potem dalsze pola, rzeki, miasta, i tak po linii prostej aż do oceanu; a dalej, wciąż na wodzie, statki, jakby walczące ze sobą. Na niektórych z nich byli ludzie w czerwonych kurtkach; część okrętów miała kształt, jakiego nigdy przedtem nie widziała. Na moją prośbę książę zanotował to, co mówiła, gdyż pomyślałem, że może to się odnosić do jakiegoś odległego wydarzenia. Po pewnym czasie przeczytaliśmy w gazetach wiadomość o starciu pomiędzy Anglikami a Chińczykami, w którym ci pierwsi zwyciężyli, czego skutkiem było otwarcie niektórych chińskich portów dla handlu. Gdy porównaliśmy tę wiadomość z notatką księcia, stwierdziliśmy, że – uwzględniając różnicę długości geograficznej – czas tego starcia i czas wizji się zgadzały.

Księżna zwykła prosić, by w piękne noce podwożono ją do okna, a zwłaszcza podczas nocy księżycowych. Mówiła, że blask księżyca napełnia ją żarem i szczęściem. Pewnego cudownego wieczoru promienie księżyca rozlewały po pokoju łagodne światło; jej sofa stała przy oknie; drobna postać, ze stopami podciągniętymi przez kalectwo, zajmowała nie więcej niż połowę długości sofy; skrzyżowawszy ręce na piersi, patrzyła na księżyc, a wkrótce na jej twarzy odmalowało się uczucie błogości; była w ekstazie. Leżała tak przez kilka minut, po czym ona, która zwykle nie mogła ani usiąść, ani znowu się położyć bez pomocy, nagle uniosła się do pozycji siedzącej, z rękami nadal skrzyżowanymi, wciąż wpatrzona w księżyc, i w jakiś sposób przesunęła się ku końcowi sofy; doszedłszy do krawędzi, zsunęłaby się, gdyby jedno z nas jej nie podtrzymało. To przerwało czar i opadła z powrotem, w zwykłym stanie, na poduszki, które podciągnęliśmy.

Doszedłem do końca mej opowieści. Z dziesięciu lat choroby księżnej L. niemal całe ostatnie cztery lata były naznaczone zjawiskami, jakie tu opisałem; zanotowałem jednak tylko te, które sam żywo pamiętam. Po poważnym namyśle postanowiono wówczas przewieźć ją na Wschód. Tam nowy klimat, nowe widoki i nowi ludzie zdawały się przynieść wpływy potrzebne do dopełnienia dobrego skutku, jaki magnetyzowanie mogło zapoczątkować; gdyż, choć już tam nie była magnetyzowana, stopniowo odzyskała zdrowie, a w miarę jak zdrowie wracało, utraciła swe jasnowidzące sny i zdolność widzenia na odległość.

źródło: LUCID MAGNETISM, CLAIRVOYANCE, DOUBLE SIGHT, LUNAR ATTRACTION, &c.; LIGHT – A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter, SEPTEMBER 3, 1881.