Autor: prof. dr D. Schütz
Film dokumentalny „Tajemnica Krzyża” zwraca uwagę na niezwykły przypadek stygmatyzacji. Od XIII wieku w świecie katolickim odnotowano ponad 300 osób, które nosiły na swoim ciele znamiona Męki Jezusa Chrystusa. W większości przypadków były to kobiety i dziewczęta o wyjątkowej wrażliwości, żyjące głęboko duchowo w mistyce Chrystusowej. Tym razem jednak stygmatyzacji doświadczył mężczyzna wyznania ewangelickiego, który nigdy wcześniej nie interesował się Kościołem ani kwestiami religijnymi.
Pojęcie stygmatyzacji
Pod pojęciem stygmatyzacji rozumiemy dziś coś zupełnie innego niż w starożytności. W świecie grecko-rzymskim stygmaty oznaczały litery lub inne znaki wypalane lub wytrawiane na skórze niewolników i jeńców, by oznaczyć ich jako własność właściciela lub zwycięzcy. Były one także piętnem hańby dla tych, którzy dopuścili się ucieczki lub ciężkich przewinień – wypalane na czole, dłoniach lub plecach jako znak potępienia.
Inny charakter miały jednak stygmaty chrześcijan w pierwszych wiekach. Wielu z nich tatuowało sobie na ramionach lub dłoniach znak monogramu Chrystusa (złożenie greckich liter chi i rho) lub krzyż – jako symbol przynależności do swojego Pana, w otwartej opozycji do kultu cesarza. Istniały nawet sekty, jak Jakubici, które wypalały sobie krzyż na czole.
Stygmaty w chrześcijaństwie
Apostoł Paweł w Liście do Galatów chlubił się, że nosi „znamiona Jezusa” na swoim ciele (Gal 6,17). Nie wiadomo jednak, czy miał na myśli rany i blizny odniesione podczas prześladowań ze strony Żydów (2 Kor 6 i 11), czy też był stygmatykiem w dzisiejszym sensie. Tak czy inaczej, to od niego pochodzi użycie tego określenia. Sam termin stigmata w znaczeniu „znaków ran” Jezusa zrodził się dopiero w średniowieczu – od momentu, gdy zaczęto opowiadać i malować historię cudownej stygmatyzacji św. Franciszka z Asyżu (Francesco Bernardone).
Według przekazów, w roku 1224, po tygodniach postu w samotności na górze Alverne w Apeninach Toskańskich, ukazał mu się serafin o sześciu płonących skrzydłach, podobny do ukrzyżowanego Chrystusa. Z jego postaci miały wystrzelić promienie bólu, które przeszyły ciało Franciszka w miejscach, gdzie Chrystus nosił swoje rany – ślady po koronie cierniowej, gwoździach w dłoniach i stopach, oraz szeroką ranę w boku po włóczni. Święty miał przyjąć te „pieczęcie męki” z radością i przez ostatnie dwa lata życia zachować je w sekrecie jako błogosławioną tajemnicę.
Inne przypadki i zjawiska towarzyszące
Po św. Franciszku u wielu innych stygmatyków pojawiały się dodatkowe zjawiska: krwawe smugi na plecach, symbolizujące biczowanie Chrystusa, krwawy pot i łzy z krwi, jak opisano w Ewangelii wg św. Łukasza: „A gdy się modlił, Jego pot stał się jak krople krwi, spływające na ziemię”.
W Kościele katolickim odnotowuje się średnio dziesięciu stygmatyków na każde stulecie. Nie wszyscy byli autentycznymi cierpiącymi; zdarzali się tacy, którzy rany zadawali sobie sami – jedni świadomie, inni w stanie ekstazy, nieświadomi swej autosugestii. Prawdziwe przypadki można rozpoznać po tym, że rany nie ulegają zakażeniu i goją się bez interwencji lekarskiej.
Znani stygmatycy
W historii Kościoła wyróżnia się następujące postacie:
- Katarzyna ze Sieny – XIV wiek,
- Katarzyna z Ricci – XVI wiek,
- Anna Katarzyna Emmerich – XIX wiek,
- Maria Mörl – Tyrol,
- Louise Lateau – Belgia,
- Gemma Galgani – przełom XIX i XX wieku,
- Ojciec Pio z Pietrelciny – XX wiek, klasztor San Giovanni Rotondo,
- Therese Neumann – Konnersreuth, Bawaria.
Współcześnie, w Meklemburgii, żyje jeszcze stygmatyzowany kupiec, który pragnie pozostać w ukryciu.
Na przykładzie pięćdziesięciodwuletniej Therese Neumann można prześledzić, jak jej stan stygmatyzacji wyrósł z głębokiej religijnej wrażliwości. U niej zjawisko to było wynikiem intensywnego zanurzenia w płomienną mistykę Chrystusową. Każdego piątku, zwłaszcza w okresie Męki Pańskiej, przeżywała ona cierpienie Chrystusa ze wszystkimi jego szczegółami – aż po śmierć na krzyżu. Wtedy krwawiła ze wszystkich ran, również z rany na ramieniu, spowodowanej, jak twierdziła, wyobrażeniowym ciężarem belki krzyża. Z oczu, zgodnie z opisem Ewangelii św. Łukasza, płynęły jej strumienie krwi. Widok ten wstrząsał do głębi tysiącami świadków.
Arthur Otto Moeck – protestancki stygmatyk
Zupełnie inny charakter ma jednak zjawisko u protestanta Arthura Otto Moecka.
Moeck pochodził z rodziny alzackiej. Był synem urzędnika celnego, urodzonym 13 maja 1902 roku w Hagenau w Alzacji. Rodzina sprawiała wrażenie zdrowej i zrównoważonej; pięcioro dzieci wychowywano prosto, bez szczególnego religijnego rygoru. Arthur dorastał wśród braci i sióstr, a już jako czternastolatek wyjechał do Berlina (lub Hamburga). Został zręcznym i zaradnym kupcem, odbył kilka podróży zagranicznych – do Polski, Rumunii, Holandii i Anglii. W Hamburgu awansował na prokurenta i prowadził nawet własną, dobrze prosperującą firmę.
Podczas pobytu w Turyngii uległ wypadkowi samochodowemu, który zapoczątkował długie lata cierpienia. Nigdy już w pełni nie odzyskał zdrowia i nie mógł powrócić do zawodu. Ostatecznie osiadł w Volksdorfie pod Hamburgiem, żyjąc skromnie, z pomocą niewielkiego wsparcia, wraz z młodszą żoną, która opiekowała się nim z oddaniem. Ich małżeństwo, choć bezdzietne, było szczęśliwe.
Relacja z wizyty u Arthura Moecka
Na początku 1950 roku odwiedziłem państwa Moeck, by osobiście zapoznać się z przypadkiem i uniknąć nieporozumień oraz plotek. Ojca Arthura spotkałem przed domem – był człowiekiem spokojnym, rzeczowym i wzbudzającym sympatię. Opowiedział mi bez emocji o wizjach, jakie nawiedzały jego syna.
Drzwi otworzył sam Arthur Moeck – ostrożnie i nieco nieufnie, ponieważ często nachodzili go ciekawscy. Gdy jednak zorientował się, że nie jestem poszukiwaczem sensacji, ale człowiekiem współczującym, otworzył się i opowiadał z naturalnością. Wnętrze jego domu było zupełnie inne niż surowe, wiejskie mieszkanie rodziny Neumannów w Konnersreuth. U Moecków panowała atmosfera ciepła i prostego komfortu. Nad sofą wisiał obraz autorstwa starszego brata – przedstawiał jesienny las i natychmiast przyciągał wzrok.
Państwo Moeck zaprosili mnie na werandę, a stamtąd do zadbanego ogrodu. Tam, w czasie lata, chory spędzał większość czasu, ponieważ cierpienie bardzo go osłabiało. Wtedy właśnie najczęściej pojawiały się rany – krwawiły nieregularnie: czasem co tydzień, czasem raz w miesiącu, a w okresie Wielkiego Postu nawet kilka razy dziennie. Oprócz ran odpowiadających miejscom Męki Pańskiej, na jego czole widniała rana w kształcie szerokiego krzyża. Gdy się zbliżała Wielkanoc, cienka skóra nad ranami zaczynała się czerwienić i pękać. Moeck bez wahania zdjął buty i skarpetki, by pokazać mi krwawe ślady na grzbietach stóp.
Porównanie z Theresą Neumann
Widziałem Moecka w lutym 1950 roku. Wszystko różniło się od atmosfery panującej w domu Neumannów w Konnersreuth. Gdy przed laty odwiedziłem Theresę, jej ojciec starał się wprowadzać porządek wśród tłumów ciekawskich i pobożnych pielgrzymów, którzy chcieli zobaczyć jej rany. W domu panowała powaga i cisza; na ścianie wisiał napis: „Jezu, Tyś jest tak dobry!”. Matka siedziała przy łóżku, przykładając płótno i watę do krwawiących ran córki, która półleżała, blada jak śmierć, z czerwonymi śladami krwi na twarzy. Widziałem, jak drżącymi rękami unosi się z łóżka i mówi o wizji, którą właśnie przeżyła.
U Arthura Moecka nie było nic z tego rodzaju ekstazy. Choć stracił ponad dwadzieścia pięć kilogramów i cierpiał na bóle głowy, był pogodny, żywiołowy i mówił z jasnością umysłu. Opowiadał o swoim życiu, o bólu, wizjach Jezusa i o posłuszeństwie wobec Boga, do którego doprowadziły go ostatnie doświadczenia. Chciał napisać swoją autobiografię, lecz obawiał się wysiłku. Gdy zachęciłem go do tego, jego żona dodała z uśmiechem: „Powinieneś to napisać, zanim zrobi to ktoś inny!”.
Stygmaty nie pozwalają Arthur’owi O. Moeckowi spać spokojnie. Wkrótce po północy budzą go dotkliwe bóle głowy. Często siedzi wtedy w ciszy, pogrążony w myślach. W ogóle potrzebuje bardzo mało snu – to zresztą zjawisko typowe dla większości stygmatyków. Sam mówi: „To jak płynny ołów, jakby lewa półkula mózgu puchła.” Zdjęcie rentgenowskie nie wykazało jednak żadnych nieprawidłowości.
Cierpienie obejmuje całe jego ciało, spotęgowane przez niepokój i natręctwo licznych odwiedzających, przez badania medyczne i psychologiczne, reportaże prasowe, a nawet ataki ze strony przedstawicieli Kościoła. Wskutek tego gwałtownie stracił na wadze. Obecnie jego organizm wspomagany jest glukozą, aby utrzymać go przy siłach.
Przemiana duchowa
Początkowo Moeck dążył do uwolnienia się od swojego cierpienia poprzez leczenie. Był nieszczęśliwy i zbuntowany przeciw losowi, który wydawał się go nieuchronnie przygniatać. Wtedy jednak pojawiły się wizje – niespodziewane, przynoszące mu pociechę i duchowe wzmocnienie. Z czasem przestał szemrać przeciw Bogu i doszedł do przekonania, że jego stygmatyzacja jest zadaniem, a nawet misją do wypełnienia. Jak mówił: „Bóg sam mi ją nałożył i sam zakończy czas cierpienia, gdy nadejdzie jego chwila.”
„Choroby daje Bóg” – mówi Moeck – „ponieważ chce przez nie coś osiągnąć; musimy je więc znosić.” W swoich wizjach słyszy słowa pociechy i napomnienia z ust pojawiającego się Jezusa, dlatego niesie teraz cierpienie z pokorą jako Boże posłannictwo. „Przez stygmaty nauczyłem się pokory” – wyznał.
Rozmowa o pokorze
Podczas jednej z naszych rozmów pokazałem mu książkę Franka Buchmanna „Dla nowego świata” i zauważyłem, że do czterech zasad Buchmanna należałoby dodać także pokorę. Na te słowa Moeck niemal się wzdrygnął i odrzekł z przejęciem: „Tak, pokora jest konieczna!” Rozmawialiśmy też o Albercie Schweitzerze – Moeck pochodzi z Alzacji, niedaleko rodzinnych stron Schweitzera. (Nie sądzę, bym mógł prowadzić takie rozmowy z Theresą Neumann – jej myślenie tkwiło całkowicie w katolickiej mistyce.)
Wczesne życie i wypadek
W 1906 roku Moeck jako czteroletni chłopiec przeniósł się z rodziną w okolice Hamburga. Zaskakująco dobrze pamięta swoje najwcześniejsze dzieciństwo – jego pamięć sięga bardzo daleko, co ma znaczenie dla naukowego badania jego przypadku. Wrażenia z pierwszych czterech lat życia mogą bowiem mieć decydujący wpływ na całe dalsze losy człowieka. W swojej planowanej autobiografii Moeck zamierza opowiedzieć o tych wspomnieniach, lecz nie chciałem uprzedzać jego relacji.
W 1917 roku został konfirmowany, lecz nie wykazywał większego zainteresowania Kościołem. Jako kupiec wiele podróżował – dotarł nawet na Bliski Wschód i nad Morze Czarne. Przez pewien czas pracował jako kierowca ciężarówki, przewożąc towary po całych Niemczech. Prowadził aktywne życie zawodowe, nie mając czasu na refleksję nad własnymi duchowymi przeżyciami. Jak sam przyznał, niektóre rzeczy lepiej pozostawić w ukryciu, dopóki nie nadejdzie odpowiedni moment, by ujrzały światło dzienne.
Katastrofa drogowa – początek cierpienia
W maju 1928 roku Moeck prowadził ciężarówkę z wysokim ładunkiem skrzyń z papierem pergaminowym. Według dokumentów waga ładunku wynosiła dwanaście ton, w rzeczywistości jednak było to siedemnaście ton. Ta różnica doprowadziła do tragedii. Na stromym zjeździe w pobliżu Erfurtu zawiodły hamulce, pojazd wymknął się spod kontroli, zaczął się chwiać i w końcu runął z nasypu. Towarzysz podróży zginął na miejscu, a Moeck został wyrzucony z kabiny, przygnieciony przez koło i częściowo przysypany.
Po leczeniu w szpitalu toczył się proces, w którym musiał tłumaczyć się przed prokuratorem z zarzutu nieumyślnego spowodowania śmierci. Tłumaczył, że nie miał możliwości zważenia towaru i zaufał dokumentom przewozowym. Został uniewinniony, ale stracił stanowisko prokurenta i pozostał bez pracy. Co gorsza, dwa kręgi kręgosłupa uległy przesunięciu – uraz ten, jak się przypuszcza, uszkodził nerw współczulny i stał się bezpośrednią przyczyną późniejszych stygmatów.
Podobne uszkodzenie odniósł kiedyś św. Franciszek z Asyżu, a także Therese Neumann – gdy wspinała się z wiadrem wody podczas gaszenia pożaru, doznała kontuzji kręgosłupa. Moeck do dziś musi nosić poduszkę wspierającą plecy i ma trudności z poruszaniem się.
Stygmaty Arthura O. Moecka – Część II
Dopiero po siedmiu latach, w marcu 1935 roku, pojawiły się rany na dłoniach, stopach, głowie i w okolicy serca. Wystąpiła też kolejna – na czole, lekko rozcięta. Początkowo lekarz nie przywiązywał do tego zjawiska większej wagi i uznał je za otarcia od kapelusza. Zalecił maść, po czym rany zanikły. Jednak po czterech tygodniach krwawienie powróciło – tym razem w formie wieńca wokół całej głowy. Ponownie zastosowano leczenie, i znów nastąpiło zagojenie. Po miesiącu sytuacja się powtórzyła.
Wówczas zauważono coś niezwykłego: rany goiły się samoczynnie, bez żadnej interwencji medycznej. Nie wydzielały ropy ani nie wykazywały oznak zapalenia – podobnie jak u innych znanych stygmatyków. Krew usuwano dopiero po jej skrzepnięciu. Opieka nad Moeckiem spoczywała wyłącznie w troskliwych rękach jego żony.
Kolejne objawy i czas wojny
Po następnych czterech tygodniach powróciły silne bóle głowy. Wokół czaszki uformował się wyraźny wieniec z wypukłych ran. Krwawienia powtarzały się trzy–cztery razy do roku. Potem nadszedł czas wojny.
Podczas jednego z nalotów bombowych na Hamburg Moeck został porwany falą uderzeniową na klatce schodowej i przysypany gruzem. Na jego czole pojawiła się wtedy druga blizna, która wraz z wcześniejszą utworzyła krzyż. Gdy doszła jeszcze rana w boku, uznano wszystkie obrażenia za stygmaty Chrystusa.
Wizje i duchowe doświadczenia
W ostatnich latach Moeck doświadcza coraz częściej wizji. Od października 1949 roku wielokrotnie widzi Jezusa w błękitnym płaszczu, zbliżającego się z daleka. W dłoni trzyma coś, co przypomina księgę. Kiedy się przybliża, Moeck słyszy słowa: „Bądźcie święci! Zjednoczcie się! Także w wyznaniach! Chodzi o jedną wiarę!”
Opowiadając o tym przeżyciu, Moeck otwiera gazetę „Die Welt” z 11 lutego 1950 roku i wskazuje na notatkę, w której informowano, że papież zezwala na rozmowy międzywyznaniowe. Uważa to za potwierdzenie swojej wizji.
Wizja Bożego Stołu
W okresie Bożego Narodzenia 1949 roku rany znów zaczęły krwawić. W jednej z wizji Moeck zobaczył, jak Jezus podchodzi do niego, siada obok, wyjmuje z szaty chleb i podaje mu. Moeck przyjął ten dar – sakramentalnie spożył chleb i poczuł niezwykłe wzmocnienie. Gdy postać znikła, krwawienie ustało. Jak twierdzi, przez kolejne cztery dni nie spożywał żadnego pokarmu, a mimo to przybrał na wadze o kilka funtów.
Dotyk Chrystusa
W innej wizji Jezus Chrystus pojawił się nocą przy jego łożu. Moeck poczuł, jak ramię Zbawiciela spoczywa na jego ramieniu. Zanim zdążył się poruszyć, ułożył poduszkę i zapytał żonę: „Nie widzisz Go? Tu jest Chrystus.” Wtedy usłyszał słowa: „Pozostań, jaki jesteś, i milcz.” To zdanie stało się dla niego duchowym drogowskazem. Dzięki niemu znosi teraz cierpienia, docinki i niepokoje, które nieustannie go spotykają. Trwa w spokoju i wierze.
(ciąg dalszy nastąpi)
źródło: Der stigmatisierte Arthur O. Moeck (Fortsetzung) – Prof. Dr. D. Schütz; Neue Wissenschaft. Zeitschrift Fur Parapsychologie / Zeitschrift fur kritischen Okkultismus – v1 1950.