autor William Fishbough
To, że dni Jezusa i Jego apostołów cechował niezwykły napływ wpływów ze świata duchowego, jest w pełni uznawane przez wszystkich, którzy mają jakąkolwiek wiarę w chrześcijańskie objawienie.
Współcześni teologowie na ogół zakładają jednak, że owe duchowe wpływy, jako jawne manifestacje, miały ustać na zawsze wraz z końcem epoki apostolskiej. Na podstawie tego założenia większość chrześcijan protestanckich z całą pewnością odrzuca możliwość rzeczywistości rzekomych komunikacji duchowych naszych czasów.
W artykule opublikowanym niedawno innym kanałem* wykazałem, że założenie ograniczające jawne przejawy duchowych wpływów do wieku apostołów nie tylko nie znajduje żadnego upoważnienia w wypowiedziach Nowego Testamentu, lecz jest sprzeczne z jasnymi konsekwencjami kilku deklaracji Jezusa.
Wspomniał On bowiem moc wypędzania demonów, mówienia nowymi językami, uzdrawiania chorych oraz obchodzenia się ze szkodliwymi rzeczami bez uszczerbku jako znaki prawdziwie wierzących – bez odnoszenia ich do konkretnej epoki świata, w której mieliby żyć. Obiecał też, że będzie ze swoimi wiernymi naśladowcami „zawsze, aż do skończenia świata”. – Mk 16, 17–18; Mt 28, 20.
Dla potwierdzenia wniosków, jakie można wysnuć z tych i innych fragmentów, mógłbym tutaj przejść do wykazania na podstawie najprostszych świadectw historycznych nieprzerwanej ciągłości duchowego obcowania od apostołów przez pierwsze dwa stulecia ery chrześcijańskiej.
Nie wracając jednak do gruntu, który został już przemierzony w poprzednim eseju, obecnym celem jest rozszerzenie spojrzenia wzdłuż biegu czasu i odnotowanie kilku spośród licznych faktów pokazujących, że światło jawnego wpływu duchowego przetrwało – choć ze stale malejącym blaskiem – przez wiele późniejszych epok, a zaciemniło się dopiero wtedy, gdy Kościół pogrążył się w zmysłowości i materializmie późniejszych dni.
Pod koniec drugiego wieku, kiedy proste obyczaje panujące wśród pierwszych chrześcijan wyraźnie się pogorszyły, pojawił się surowy człowiek imieniem Montanus, pochodzący z Frygii, który podjął zadanie reformatora.
Istnienie proroctwa oraz mocy czynienia cudów aż do tamtego czasu – i jeszcze długo potem – nie było w Kościele kwestionowane. Montanus jednak przypisywał sobie te duchowe dary w stopniu więcej niż zwyczajnym i przekazywał swoje pouczenia w ekstazach oraz transach, pod rzekomym wpływem Parakleta, czyli Pocieszyciela, obiecanego przez Jezusa Jego uczniom.
Wkrótce wsparły go w jego wysiłkach reformatorskich Pryscylla i Maksymilla, dwie zamożne kobiety o prostym i nienagannym życiu, na które spoczął ten sam duch proroczy.
Oprócz nich był jeszcze niejaki Alcybiades, niejaki Teodot z Tracji, a później Proklos albo Proculus w Italii. Wykazywali oni nadzwyczajne dary duchowe tego samego rodzaju i kilkakrotnie byli nakłaniani przez Ducha do uznania prawowitości roszczeń Montanusa oraz do współdziałania z nim w jego reformatorskich wysiłkach.
Dzięki tym pierwotnym propagatorom i „mediom” uczniowie Montanusa szybko się pomnażali. Wkrótce rozprzestrzenili się po kościołach chrześcijańskich w Azji, Europie i Afryce. Wśród nawróconych znajdowały się wielkie rzesze ludzi nazywających siebie wspólnym mianem pneumatikoi, czyli natchnionych.
Podlegali oni ekstazom, wizjom i mimowolnym wypowiedziom, jakby duch przejął władzę nad ich narządami mowy.
„Jednym z głównych objawów” – mówi pewien autor – „tego ducha, który wchodził w ich ciała podczas proroczych napadów, było to, że sprawiał on, iż pęcznieli i ciężeli na piersiach w dziwny sposób. Utrzymywali też stale – zarówno będąc pod działaniem owego ducha, jak i poza nim – że narządy ich ciał są przez niego kierowane, a ich języki zmuszane do wypowiadania tego, co czynili bez własnej wiedzy uprzedniej o treści”.**
Przypisy
* Zob. pierwszy i drugi numer „New Era” z Bostonu, bieżący tom.
** Zob. An Historical Account of Montanism, anonimowe, lecz przypisywane dr. George’owi Hicksowi.
Czytelnik zaznajomiony ze współczesnym duchowym objawianiem się zjawisk zauważy dokładne podobieństwo między tymi dawnymi fenomenami a tymi, które często ukazują się dziś za pośrednictwem mediów piszących, mówiących i transowych. Jeśli jedne z tych manifestacji odnosi się do źródła duchowego, to i drugie muszą być odnoszone do tego samego źródła.
Pomijając wiele, co można by powiedzieć o wspomnianej tu klasie proroków, przechodzimy do faktów bardziej szczegółowych.
W pierwszych trzech ćwierciach IV wieku żył pustelnik imieniem Hilarion, który przez swoje umartwienia i pobożne ćwiczenia stał się podatny na niezwykłe dary duchowe. Miejscem jego narodzin i wczesnego pobytu było małe miasteczko zwane Tabitha, niedaleko Gazy w Palestynie. W wieku piętnastu lat wycofał się jednak w samotność pustyni, aby jego pobożnych skłonności nie zakłócały wtargnięcia świata.
Po dwudziestu latach życia w tych samotniach, nieustannego ujarzmiania ciała i pielęgnowania ducha, troje dzieci niejakiego Elpidiusza z Gazy – który później został prefektem pretorium – zachorowało na gwałtowną gorączkę. Gdy znalazły się już najwyraźniej w ostatnim stadium choroby i zostały uznane przez lekarza za nieuleczalne, ich matka pobiegła jak obłąkana do Hilariona i ze łzami błagała go, aby je odwiedził.
Hilarion udał się do ich łoża i modlił się, wzywając imienia Jezusa. Wtedy wszystkie troje dzieci wybuchło obfitym potem, co bardzo je odświeżyło. Odzyskały też poprzednio zaburzone zmysły, rozpoznały matkę i ucałowały rękę świętego.
Sława tego cudu sprawiła, że do Hilariona zaczęli przybywać ludzie dotknięci rozmaitymi dolegliwościami. W podobny sposób otrzymywali oni dobrodziejstwa, które za jego pośrednictwem przychodziły do nich jako przez „medium uzdrawiające”.
Wśród nich była kobieta z Facidii, miasta w pobliżu Rinocorury w Egipcie, niewidoma od dziesięciu lat, której Hilarion cudownie przywrócił wzrok.
W tamtych czasach było wiele osób podatnych na podobne wpływy, jak w dniach Jezusa i Jego apostołów. Ciała takich osób bywały opanowywane albo poddawane wpływowi niskich i nieuporządkowanych duchów z innego świata, co nieraz sprawiało im wielką uciążliwość. Ci spośród nich, którzy udawali się do Hilariona, byli szybko uwalniani.
Wśród nich był pewien mieszkaniec Frankonii w Niemczech, jeden ze strażników Konstancjusza, wysłany przez cesarza z listami do namiestnika Palestyny. Usłyszawszy o Hilarionie, wyruszył z Gazy z licznym orszakiem, aby go odwiedzić.
Znalazł pustelnika chodzącego po piaskach i odmawiającego modlitwy. Hilarion, ujrzawszy go, natychmiast poznał cel jego przybycia i nakazał nieuporządkowanemu duchowi opuścić go. Frank został natychmiast uwolniony.
Z wdzięczności za tę przysługę ofiarował pustelnikowi dziesięć funtów złota jako nagrodę, lecz Hilarion podał mu jeden ze swoich jęczmiennych bochenków, mówiąc, że ci, którzy zadowalają się takim pokarmem, gardzą złotem jak błotem.
Ponieważ jego samotność była nieustannie zakłócana przez licznych gości, którzy teraz do niego przybywali, opuścił swoje miejsce, aby szukać doskonalszego odosobnienia w Egipcie.
Przechodząc przez Brutium, przedmieście Aleksandrii, gdzie mieszkało kilku mnichów, został przez nich nakłoniony do pozostania. Odszedł jednak tego samego wieczoru, mówiąc, że dla ich bezpieczeństwa konieczne jest, aby ich opuścił.
Tej samej nocy przybyło tam kilku uzbrojonych ludzi z rozkazem zabicia go – rozkaz ten uzyskali mieszkańcy Gazy, rozgniewani na niego za wystąpienia przeciw ich bogu Marnasowi.
Podczas późniejszego odosobnienia na Sycylii, jak powiadają, wypędził wiele nieuporządkowanych duchów i cudownie uzdrowił wielu chorych.
W Dalmacji modlił się, a duchową siłą zmusił ogromnego węża, aby wpełzł w środek stosu drewna, który przygotowano, a następnie podpalił go.
Nie znajdując doskonałego odosobnienia, którego pragnął, ani w jednym, ani w drugim miejscu, udał się następnie na Cypr. Tam, jak powiadają, w ciągu trzech tygodni od jego przybycia osoby opanowane przez nieuporządkowane duchy w każdej części wyspy były przez te duchy zmuszane do wołania:
„Hilarion, sługa Jezusa Chrystusa, przybył”.
Ci spośród nich, których przyprowadzano do niego, byli uwalniani od swoich dręczących nawiedzeń.*
Trzeba przyznać, że opowieści o dokonaniach Hilariona – wraz z wieloma podobnymi rzeczami relacjonowanymi o innych „mediach” dawnych czasów – byłyby całkowicie niewiarygodne, gdyby nie liczne niezaprzeczalne przykłady podobnych zdarzeń w naszych własnych czasach.
Przypis
* Butler, Lives of the Saints, t. IV, s. 251 i nast.
Jak twierdzono, działo się to dzięki pomocy duchowej siły otrzymywanej z wysoka, że dawni chrześcijańscy męczennicy byli zdolni znosić z niewzruszoną stanowczością gwałtowne tortury i okrutne egzekucje, zadawane im przez pogańskich prześladowców. Nierzadko tym cierpieniom towarzyszyły zdumiewające zjawiska duchowe.
Przytoczymy teraz jeden przykład tego rodzaju.
Gdy Julian, wuj cesarza Juliana, sam będący odstępcą od chrześcijaństwa, był namiestnikiem Wschodu, którego stolicą była Antiochia, kazał pojmać pewnego Teodoreta, chrześcijańskiego kapłana z Antiochii. Bito go po podeszwach stóp i rozciągano na kole tortur, aż jego członki zdawały się niemal gotowe do rozerwania.
Widząc jego pozorną obojętność wobec zadawanych mąk, Julian powiedział:
„Widzę, że nie odczuwasz dostatecznie swoich cierpień”.
Męczennik odpowiedział:
„Nie odczuwam ich, ponieważ Bóg jest ze mną”.
Julian rozkazał wtedy przyłożyć zapalone pochodnie do ran na jego bokach. Gdy ciało dosłownie się spalało, męczennik podniósł oczy ku niebu i modlił się.
Kiedy oprawcom wypadły pochodnie z rąk na ziemię, Julian kazał im zbliżyć je ponownie do męczennika. Usprawiedliwiali się jednak, mówiąc, że widzieli przy Teodorecie czterech aniołów w bieli.
Na to Julian, wściekły, rozkazał wrzucić ich do wody, gdzie utonęli.
Wtedy duch proroctwa zstąpił na Teodoreta, który powiedział:
„Ty, Julianie, umrzesz w swoim łożu, w najdotkliwszych mękach, a twój pan – cesarz, który ma nadzieję zwyciężyć Persów – sam zostanie pokonany. Nieznana ręka pozbawi go życia. Już nigdy nie wróci na ziemie Rzymian”.
Oba te proroctwa rzeczywiście w pełni się spełniły.
Julian, namiestnik, wkrótce potem został dotknięty nieznaną chorobą. Robaki toczyły jego wnętrzności, a on umierał w największej agonii, błagając chrześcijan o wstawiennictwo.
Cesarz zaś, podczas wyprawy perskiej, został faktycznie ugodzony strzałą wypuszczoną przez nieznaną rękę. Rzucając część własnej krwi ku niebu, miał powiedzieć:
„Nawet tutaj, Galilejczyku, ścigasz mnie! Nasyć się moją krwią i chlub się, że mnie zwyciężyłeś”.
Zmarł kilka godzin później.*
Święty Marcin, biskup Tours, urodził się w roku 316, a zmarł w roku 397. Można by przytoczyć wiele faktów z jego życia, aby dowieść jego związku z duchowym źródłem mocy i inteligencji, lecz mamy miejsce tylko na następujące.
Pewnego razu, wracając z podróży do klasztoru Locociagum, którego był przełożonym, zastał swoich mnichów w wielkim smutku z powodu nagłej śmierci katechumena, przyjętego do domu kilka dni wcześniej.
Stojąc przy zwłokach, św. Marcin poczuł w sobie boski impuls, aby dokonać cudu. Rozkazał pozostałym opuścić izbę, a następnie – jak dawny Eliasz – wyciągnął się nad martwym ciałem i z wielką żarliwością modlił się przez pewien czas.
W końcu zauważył, że ciało zaczyna wracać do życia. Wstał więc i stanął obok, a w mniej niż dwie godziny zmarły zaczął poruszać członkami i otworzył oczy.
Przywrócony w ten sposób do życia, opowiedział, że po odejściu z ciała jego dusza zdawała się stanąć przed boskim trybunałem i została skazana na ciemny loch. Dwaj aniołowie przedstawili jednak sędziemu, że św. Marcin modli się za niego. Wtedy sędzia rozkazał im ponownie przywrócić go ciału.
Innym razem święty w podobny sposób przywrócił do życia sługę pewnego bogatego sąsiada, który się powiesił.
Cuda te tak bardzo powiększyły sławę św. Marcina, że wkrótce potem został powołany na biskupstwo Tours.
Niedługo po objęciu urzędu biskupiego musiał, w pewnej sprawie dotyczącej Kościoła, odwiedzić dwór cesarza Walentyniana I, który zwykle przebywał w Galii.
Cesarz, dowiedziawszy się o jego przybyciu i domyślając się celu wizyty, rozkazał, aby nie dopuszczono go do jego obecności.
Widząc, że jego starania zostały udaremnione, biskup pościł i modlił się. Po siedmiu dniach trwania w tym błagalnym nastroju ukazał mu się anioł i nakazał, aby śmiało udał się do pałacu.
Uczynił tak, jak mu polecono. Znalazł drzwi pałacu otwarte, a nikt go nie zatrzymał. Wszedł więc i zbliżył się do cesarza.
Ten, ujrzawszy go z daleka, rozgniewany zapytał swoje sługi, dlaczego wpuścili go do środka. Odmówił powstania na przyjęcie biskupa, lecz jego krzesło nagle wydało się całe w ogniu, co zmusiło go do zerwania się z miejsca.**
Dzięki temu psychologicznemu albo duchowemu wrażeniu cesarz – niewątpliwie pod wpływem tego psychologicznego albo duchowego wrażenia – usposobił się przychylnie wobec biskupa i spełnił jego prośby.
Zamierzaliśmy wspomnieć jeszcze kilka faktów z życia Grzegorza Cudotwórcy, św. Ambrożego, św. Franciszka z Asyżu, św. Teresy, św. Franciszka Ksawerego i innych, lecz musimy pominąć je, ograniczając się do krótkiej uwagi o ostatnim z nich.
Ten człowiek, nazywany cudotwórcą późniejszych wieków, urodził się w Nawarrze w roku 1506, a zmarł w 1552.
Wiarygodnie opowiada się, że w ciągu swego życia przywrócił do życia kilka osób zmarłych – albo pozornie zmarłych – dzięki działaniu niezwykłej mocy duchowej, która często była mu dana.
W jednym czy dwóch przypadkach niebezpieczeństw na morzu miał nawet rozkazywać wiatrom i falom, a one natychmiast były mu posłuszne.
Podczas swej wspaniałej misji w Indiach Wschodnich dwukrotnie został obdarzony darem języków i przemawiał do tubylców z wielką mocą w ich własnym języku, którego jednak nie rozumiał. Dar ten w obu przypadkach trwał krótko i ustawał, gdy znikała okazja do jego użycia.
Fakty podobne do powyższych – które można by przytaczać w dowolnej liczbie z zapisów przeszłości – dowodzą, że świat duchowy zawsze był blisko człowieka. Wymagał jedynie odpowiedniego sposobu użycia oraz odpowiedniego stopnia podatności ze strony człowieka, aby objawiać swoją moc i inteligencję w cudownych i nadnaturalnych zjawiskach.
To, co zostało powiedziane, samo przez się wystarcza, aby podważyć założenie, że manifestacje duchowe ustały wraz z końcem epoki apostolskiej.
Wystarcza także, by na gruncie prawdopodobieństwa uzasadnić duchowe roszczenia niezwykłych zjawisk naszych czasów – zwłaszcza że zarówno sposoby duchowego rozwijania się, jak i podatność ludzkości na ich wpływ, wydają się dziś większe niż w jakiejkolwiek wcześniejszej epoce.
źródło: Spiritualism Among the Saints and Martyrs; „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.