Spirytualizm nowoczesnej Muzy

Przez H. H. Clementsa

Pan Bryant

Pan Bryant uważany jest przez swoich rodaków za tego, który stoi na czele chóru minstreli. Jest najwyższym kapłanem Świątyni Muzy.

Jeśli nie jest poetą duchowym w najpełniejszym znaczeniu tego słowa, to z pewnością jest poetą filozoficznym. Przemierza sferę świata idealnego jak bywalec Akademickiego Gaju, krocząc jego krętą ścieżką – spokojny, medytacyjny myśliciel.

Jego refleksja przychodzi tak naturalnie, jak niebo wypłakuje swój deszcz albo jak morze jęczy, aby znaleźć spoczynek po uciszeniu burzy.

Szukając wyniku tej fali myśli i uczucia, znajdujemy perłę – doskonale wypolerowaną i promienną w czystości oraz pięknie – wyrzuconą na brzeg.

Jego domeną jest uczucie, nie namiętność.

Nie ma u niego nagłych błysków duchowego światła, które rozjaśniają dusze ludzi tak, jak światło nieba wkrada się między liście, krzewy i kwiaty, obdarzając je bujniejszym życiem i barwiąc nieustannie zmiennym odcieniem.

Jeśli jednak jest to tylko uczucie, to jest ono uczuciem, które przynosi nam pociechę, ponieważ ma tę naturę i jakość, która przyniosła ulgę jemu samemu.

Uwolniło serce od własnego, wewnętrznego wzruszenia i przyniosło balsam pokoju.

Nie ma w naszym autorze satyrycznej mściwości, a fakt ten pokazuje, że rozumie on właściwe posłannictwo Poezji.

Zdaje się pojmować, że jest ona dzieckiem łagodności, zdolnym zamieszkać w najświętszym miejscu na ziemi, jakie człowiek kiedykolwiek uświęcił myślą albo czynem.

U zdolności poetyckiej obdarzonej szerszym Spirytualizmem cel ten nie byłby tak oczywisty. Byłoby tam więcej ruchu, więcej mocy – i moc ta niekiedy zastosowana do tematów pełnych spustoszenia, a jednak ukazujących pełne urzeczywistnienie zadośćuczynienia po zniszczeniu.

Tak właśnie Bóstwo, stosując swoją wolę do prawa materii, niszczy część stworzonej przez siebie substancji ogniem wulkanicznym, aby wynieść wyspę z głębin i przystosować ją na siedzibę ludzi.

Jeśli Bryant nie posiada owych śmiałych olśnień, które rozświetlają odę pindaryczną tak obfitą w majestat, ma za to attycką delikatność wyrazu, która nadała greckiej liryce jej pociągający urok.

Mamy nadzieję, że zostanie nam wybaczona śmiałość, lecz jego poezja ma ducha człowieka, który dłużej rozważał zamysł albo koncepcję, niż sposób jej ucieleśnienia.

Blok dłużej wydobywał się z kamieniołomu, niż wymagało tego jego zaokrąglenie ku symetrii piękna posągowego.

Nie uważamy tego za wadę, ponieważ cel został w pełni osiągnięty, a to wystarcza. Możemy jednak pozwolić sobie na wniosek, że brak tu owej duchowej zdolności, która umożliwia poecie pisanie bez projektu – tak jak malarz może ucieleśnić rozległe koncepcje bez doskonałej znajomości zasad formy.

W takich utworach nie dostrzegamy procesu dojrzewania, powolnego kiełkowania, które mogłoby zwiędnąć w przerwie, zanim wyda owoc.

Poeta duchowy, jeśli w ogóle jest subiektywny, chwyta swoje tematy z czynów, których człowiek może dokonać, nie zaś z tego, co już uczynił.

I to właśnie jest prawdziwie antycypowaniem dekretów Boga, o których mówiliśmy jako o właściwej dziedzinie ducha duchowego, który ma je odsłaniać.

Taki poeta natychmiast wkłada płaszcz natchnienia i wznosi się – tak jak Percy Shelley – w abstrakcyjny i metafizyczny region ulotnej myśli.

Nie czeka na nastrój: on go chce, a nastrój przychodzi jako posłuszne prawo jego natury.

Zawiera przymierze ze swoim geniuszem, a ten zaczyna szemrać do ucha stworzenia swoją wieczną pieśń.

Przedmiot Poezji oraz czar, pod którego wpływem powstaje, są w naszych czasach całkowicie odmienne od tych z epoki wcześniejszej.

Liryczni poeci Grecji układali swoje ody z powodu jakiegoś wielkiego wydarzenia albo ku czci wybitnej osoby. Wówczas prestiż tkwił zarówno w temacie, jak i w sposobie jego opracowania. Pindar, Symonides i Anakreon byli wyroczniami wielkich okazji.

Jakże inaczej jest w przypadku takiego poety jak pan Bryant!

Korzysta on z jakiegoś krótkiego odstępu, niechętnie wyrwanego uciążliwym i surowym obowiązkom, aby spokojnie płynąć z prądem Czasu swoim „mruczącym barkiem wiersza”.

Nikt poza poetą nie może powiedzieć, jak głęboko niezadowalające jest takie tworzenie. Pozwalamy sobie wysunąć przypuszczenie, że bard sam czuje, iż nigdy nie napisał niczego, co dałoby mu wewnętrzną pewność, że duch objawił całą swoją moc.

Ciemność musi nawiedzać okolice takiej duszy – ogromna i czarna jak noc rozciągająca się nad obliczem wód.

Gdybyśmy wzięli wszystkie poematy pana Bryanta i ocenili je jako całość, jaki byłby skutek?

Jeśli nie byłby to obraz silnie skontrastowany, ośmielamy się twierdzić, że utworzyłyby one bardzo piękny obraz.

Nie byłoby to słońce, które w południu dzierży płomienne berło, lecz słońce, które zachodzi w sennej mgiełce piękna, wznosząc fiołkowy cenotaf nad dniem, który umarł.

Nie byłby to głos wielkiej Niagary, karcący „nagie niebiosa” i unoszący swe białe ramię w gniewnym oskarżeniu własnej męki, lecz jezioro w świetle księżyca, nad którym skrzydło wodnego ptactwa odbywa wieczorną podróż, by spocząć tam, gdzie westchnące trzciny drżą na mokradłach.

Jest jednak u niego jeszcze inna cecha – bardzo wysoka – która być może zapewni mu wielką nieśmiertelność.

Natura wybrała go na swego tłumacza.

Kiedy mgły czasu i zmysłów usuną pozostałości życia, które dziś nas otaczają; kiedy lasy znikną, a różnobarwna szata, w którą jesień je ubiera, będzie żyła jedynie w tradycji – wszystko to rozkwitnie w jego pieśni.

Naszym zamiarem nie było jednak pisanie krytyki ani pochwały, lecz jedynie osobiste zastosowanie naszego tematu.

Spirytualizm nowoczesnej muzy – oraz poeta, do którego się odnosimy – wybaczą nam, podobnie jak jego czytelnicy, jeśli przeceniając wagę tematu, nie docenimy geniuszu autora.

Powstawanie idei poetyckich w umyśle duchowym może być nieograniczone w rozwoju, lecz przedmiot nigdy nie powinien być niewypowiedziany.

Cel i zamiar mogą być zasłonięte razem, lecz dla umysłu pokrewnego nie byłoby tu niejasności, niczego nieokreślonego ani ukrytego.

Jest rzeczą bardzo problematyczną, czy istotny czar Tennysona nie jest wyciągnięty z jego bogactwa i świetności – ze sposobu, w jaki przedstawia rzecz, raczej niż z samej rzeczy przedstawianej, jeśli wolno nam użyć wyrazistego potocznego zwrotu.

Tak samo z panem Bryantem. Przypuśćmy, że pozbawimy każdy jego poemat tytułu – czy my, jako wdzięczni czytelnicy, bylibyśmy kiedykolwiek zagubieni co do ustalenia jego znaczenia?

Z tego punktu widzenia traktujemy całą poezję, jaka kiedykolwiek została napisana, jako jeden nieprzerwany strumień ze źródła pieśni. Każdy nowy poeta podejmuje zdanie tam, gdzie poprzedni je przerwał, i w ten sposób płynie ono na zawsze uroczystą falą ku Bogu.

Poezja nie jest całą dziedziną umysłu duchowego. Rzuca nowe labirynty światła i sugestii na wszystko, czego dotknie, i oddziałuje na świat intelektu znacznie bardziej przez swój rozum i wgląd niż przez swoje muzyczne potomstwo.

Nie tylko dla jednego wyznania, lecz dla wszystkich wiar, staje się ona powszechnym czcicielem w wielkiej świątyni wszechświata. Zaznacza szczególności potężnego dzieła Bożego, odkrywa nowe ścieżki filozofii, odsłania wielkie prawdy i przenikliwym spojrzeniem wpatruje się w „życie rzeczy”.

Taki umysł nie wzdycha w odosobnieniu nad błędami upadłego świata, lecz podnosi go ponownie, gdy upadł, i stoi jako strażnik ołtarza wolności, gdy grozi mu obalenie.

Nie może zadowolić się samym przodowaniem w jakiejś szkole poezji, nowej czy dawnej, choćby w niej potwierdzony był pierwiastek boski.

Działanie jest jego właściwą sferą, tak samo jak myśl. A gdy przywdzieje szatę dojrzałości, wychodzi ku zmaganiom świata.

Jeśli poetyckie emanacje takiego intelektu nie poruszają wrażliwości innych umysłów, dają im światło.

Jak nowa planeta płynąca przez rozległą bezmiarowość, mają nie tylko blask, lecz także substancję, a ich prawo ruchu oddziałuje na wszystkie sfery, które przyciągają ich uwagę.

Mierzą orbitę innych umysłów własną orbitą, a wszystkie idą naprzód swoją majestatyczną drogą, krążąc w kręgu rozbieżnym, lecz zależnym.

Cała poezja ma pociągający czar, który oddaje nam nasze własne wzruszenia, nie myśli. Jest to jedna z wielkich prób poetyckiej sławy: czytelnicy lubią czuć, a nie myśleć nad poematem.

Nie zdradza to jednak żadnej nieprawości smaku, ponieważ uczucia pokrewne nadają życiu jego romantyczny urok.

– Ten pisarz – woła student… – jest tłumaczem mojego życia. Jeśli mam przyjaciela o pokrewnych upodobaniach i uczuciach, zawsze istnieje niebezpieczeństwo rozpadu przyjaźni; lecz między moją książką a mną samym nie może być niezgody ani sporu.

Duchowemu intelektowi należy przypisać bardzo wysoką dziedzinę. Towarzyszy mu zwykle abstrakcyjna i pełna idealnego piękna świadomość. Mądrość i filozofia również obfitują w nim, jak u Shakespeare’a; jego dydaktyzm bardziej przypomina proroctwo – bardziej objawienie nadejścia niż truizm; bardziej wypowiedź tego, kto widział i rozmawiał z duchem oraz poznał tajemnice Wiecznego.

Nie ma większego znaczenia, jakich wpływów poeta używa, by poruszyć myśli, uczucia i wyobrażenia ludzi. Jest jasne, że jego rzeczywistą misją jest rozsiewanie na ścieżce naszego życia tych świątecznych kwiatów nadziei, pokoju i przyjemności, które nigdy nie więdną i których zapach nigdy nie przemija.

Jasne jest również, że musi posiadać taką zdolność jak ta właśnie wymieniona, inaczej ani on sam, ani jego dzieła nie utworzą w pełni pierwiastka poetyckiego.

Potrzebne są nie tylko manifestacja emocjonalna, nie tylko piękno, nie tylko dydaktyczna filozofia, lecz także tworzenie – asymilujące pokrewieństwo wielkiego, twórczego Ducha wszystkich rzeczy. Wtedy cud intelektualny staje się doskonały.

Czytelnicy mogą zapytać: kto tego dokonał?

Odpowiadamy: wszyscy, w pewnym stopniu spełnienia. Dante posiadał to w stopniu tak wysokim jak każdy pisarz, a Milton – w swoim charakterze poetyckim, nie purytańskim – John Milton, Książę Poetów!

Te harmonijnie złączone zasoby ogromnego umysłu Dantego dały mu polityczne proroctwo. A dzieci Italii wiedzą dziś, że gdyby jego głos został usłyszany, szczęśliwy czas – tempo felice – kiedy nessun meseria nie zaciemniałaby kart jej dziejów, zostałby urzeczywistniony w jego wspaniałych słowach, płonących żarem i ogniem gorliwości Bożej.

W „Rivulecie” pana Bryanta, „gdzie poważny nieznajomy wraca, by zobaczyć miejsce zabaw swego dzieciństwa”, nakreślona jest scena czysto pasterska w swej domowej prostocie, a jednak autor nie jest poetą pasterskim.

W „Ages” dał nam nowicjuszowi historii, wymowną i poważną we wszystkich swoich naukach.

Godność jest przewodnim geniuszem jego rozmyślań i wieńczy go nagrodą trwałej oraz uszlachetniającej myśli i dykcji.

Dla tego, kto poświęcił tak wiele godzin swego życia lasom, wodom i polom, takie myśli, splecione z opisem, skłaniają nas do głębokiego szacunku dla jego mocy. Śledząc dzieło ręki Nieskończonego, mówi:

„To widzialny znak podtrzymującej Miłości,
Która jest duszą tego wielkiego wszechświata”.

Rozważając to piękne błogosławieństwo i sankcję rządzącej mocy Boga, czujemy skłonność zapytać: kto przewyższył je zasięgiem albo wspaniałością wskazania?

Właśnie takie oderwane myśli, takie oddzielone części umysłu, tworzą dobrze skonstruowaną mozaikę i pozwalają nam ocenić jego wartość – podobnie jak oceniamy Miltona raczej na podstawie „Lycidasa” niż „Raju utraconego”.

Jak strumień nawadniający pustynię jałowej i bezowocnej duszy człowieka, pieśń spływa szeroką przestrzenią wieczności.

Nie tylko dostarcza pouczenia, lecz także napomnienia, i stanowi mocny fundament Filozofii oraz Religii.

Jako strażniczka historii i tradycji, w językach wymarłych razem z rasami, które się nimi posługiwały, utrzymuje nasze umysły w aktywności i doskonali je przez zanurzanie się w odległe głębie ich niemal zapomnianej wiedzy.

Aby pokazać, jak silna jest ta skłonność, jak uwodzicielska świetna i dumna przepowiednia poety, wystarczy wskazać ogrom pracy, jaką komentatorzy poświęcili takim pisarzom jak Dante, Homer i Shakespeare.

Więcej wersów napisano dla objaśnienia ich znaczeń, niż oni sami napisali.

Tak samo z niewyczerpanymi skarbami Biblii – podstawą Prawa i Ustawodawstwa, Poezji i Proroctwa.

Jeśli jednak istnieje stopniowanie między manifestacją emocjonalną a doświadczeniem duchowym, jak wielka jest między nimi różnica? Jakie jest właściwe medium doświadczenia duchowego? Jaką wierność powinien zachować głos ducha wobec potwierdzeń emocjonalnych emanacji serca?

Dla celów jedności konstrukcyjnej konieczna wydaje się czynna i równoważna przewaga obu właściwości.

Tego brakuje lordowi Byronowi. Jego emocja przytłacza nas tak bardzo, jak on sam jest przez nią przytłoczony. Gdyby nie została odkupiona wzniosłością i intensywnością, czytelnik zawołałby: to tylko majaczenie – westchnienie bez smutku – coś zbyt nienaturalnego, by było prawdziwe – mroczne rozmyślanie rozpaczy  bez ani jednego promienia ulgi.

Wiemy, że Życie jest dzieckiem Nadziei, dlatego bycie beznadziejnym jest nienaturalne.

Byron jednak – który był wielkim Poetą, ponad wszelkie cyniczne zaprzeczenie – złagodził tę zbyt dominującą cechę uczuciem splecionym ze wzniosłym opisem oraz odrodzeniem tematów dostojnych w swej dawnej godności.

Jest pełen siły, świeżości i ruchu, niczym szeleszczące wichry rozwijające swój wolny sztandar w niebiańskim powietrzu lata.

Czy słuszny, czy błędny w filozofii albo moralności, staje się pociągający dzięki obfitości indywidualnego uczucia, którym nasyca swoją dziką pieśń.

Mniej jednak ukazuje abstrakcyjnej i subtelnej mocy niż ta, którą obserwujemy w „Queen Mab” Shelleya albo w „Hyperionie” Keatsa.

Wrażenia Byrona pochodzą przede wszystkim z otaczających go przedmiotów, które same w sobie są poetyckie i uświęcone przez historię.

Wrażenia Shelleya wynikają z tematu, który w takim utworze, jaki wymieniliśmy, jest zbyt odległy i zbyt słabo związany z rzeczywistym życiem, aby pozwolić na pełną ilustrację twórczej mocy Poety.

Nie ma nic twórczego w koncepcji „Childe Harolda”. Jest jednak coś takiego w „Manfredzie” – utworze, który zachował prawo Poety do miejsca pośród Nieśmiertelnych.

W tych monologach jest tajemnicza muzyka, jakby „język innego świata”.

Odeszli – Byron, Keats i Shelley, a na końcu wszystkich błyskotliwy Thomas Moore, przyjaciel i towarzysz ich wszystkich – odeszli, przeminęli i stali się częścią ziemi, powietrza i światła słońca, prawdziwymi obrazami tego, czym byli tutaj.

Shelley spoczywa pod prostą marmurową płytą pośród ruin Wiecznego Rzymu; prochy Byrona leżą daleko w Grecji; Moore’a na wyspie uświęconej światłem jego geniuszu; a Keats blisko Shelleya, w dawnej stolicy świata –

„Ich dusze przyzywają jak gwiazda
Z siedzib, gdzie przebywają Wieczni”.

Przekroczmy teraz Kanał La Manche ku brzegowi, gdzie przodkowie tych wielkich poetów niegdyś mieszkali – ku dostojnej Francji, ukoronowanej sławą tylu stuleci.

W zenicie sławy lorda Byrona Francuzi czuli, że część jego blasku spływa także na nich, gdy przypominali sobie, że był potomkiem rodu sławnego w ich własnych rocznikach.

Jak rozbity hełm z równin Troi przypominałby Ateńczykowi chwałę należącą do Grecji, tak zerwane więzy pokrewnej krwi prowadziły ich z powrotem ku duchowi tych dni, gdy czyny jego przodków zdobiły ich historię. Taka jest powszechność ducha Literatury.

Victor Hugo pisze „widzącym okiem”, lecz jego umysł lubi zatrzymywać się przy sprawach ludzkich i wędrować niczym powiew własną, swobodną drogą.

Któż nie lubi zatrzymać się nad postacią Esmeraldy, uznaną przez kompetentnego krytyka za najbardziej naturalną i wykwintną bohaterkę, jaką kiedykolwiek nakreśliła sztuka malarza umysłu?

Biedny André Chénier był prawdziwym Poetą, żywym wobec wszystkich wpływów – widzialnych i niewidzialnych.

Lamartine, kimkolwiek byłby jako polityk, jako pisarz posiada bogate i pełne przepychu wyobrażenia. Niech czytelnik przypomni sobie potężną opowieść „Graziella” z jego „Wspomnień mojej młodości”. Jego poezja jest złotym labiryntem sentymentalnego piękna, ozdobionym cienistą wspaniałością wyobraźni.

Wszyscy ci panowie ukazują postęp wobec starszej szkoły pisarzy francuskich. Jeśli nie dorównują im siłą myśli i surową wzniosłością, mają większą subtelność, piękno i wykończenie.

Są ozdobicielami życia, a także nauczycielami.

Béranger, czymś więcej niż Burns, jest człowiekiem zadziwiających mocy; w istocie jest sui generis w wyjątkowym porządku swojego rozwoju poetyckiego.

Delikatność i elegancja, dzieci nowoczesnej muzy, przenikają francuską szkołę literatury. I chociaż jej język nie ma siły angielszczyzny, ma większą giętkość, a w rękach prawdziwie wielkich jest bardzo szczęśliwy, bardzo wyrazisty, zdolny uszlachetnić myśl Mówcy, Poety albo Filozofa, a także wynagrodzić czytelnika – takiego, jakiego Horacy opisuje słowami:

„Aut par indocti melior grege.”

„Albo równy niewykształconemu tłumowi – lecz lepszy od niego”.

źródło: Spiritualism of the Modern Muse;  „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.