Wieszcz

Sir William Crookes o Granicach Percepcji Zmysłowej

Kilka Fascynujących Rozważań

Następujący cytat z niezwykle interesującego przemówienia wygłoszonego przed Society for Psychical Research w styczniu 1897 roku przez sir Williama Crookesa, ówczesnego przewodniczącego, warto poprzedzić wzmianką o osobliwym zbiegu okoliczności. Czytaliśmy właśnie to wystąpienie, zamierzając przygotować z niego fragmenty do przedruku w „Light”, mając szczególnie na uwadze fascynujący opis tego, jak świat jawiłby się istotom myślącym o mikroskopijnie małych rozmiarach. Następnego ranka otrzymaliśmy list od korespondenta oddalonego o pięćdziesiąt mil, który pytał, czy kiedykolwiek czytaliśmy ten właśnie opis. Widział go we francuskim przekładzie, ale nie wiedział, gdzie można znaleźć oryginał. Jeśli byłby dostępny, sugerował, że należałoby go przedrukować w „Light”. Jego list został napisany dokładnie w chwili, gdy właśnie mieliśmy ten zamiar urzeczywistnić.

W toku swojego odczytu sir William Crookes odniósł się do ludzkiej postaci jako do wyniku działania praw grawitacji oraz do „dziwnego, uporczywego i szeroko rozpowszechnionego złudzenia (…), że nasze ziemskie ciała są jakąś normą człowieczeństwa, tak iż ciała eteryczne, jeśli takie istnieją, muszą odpowiadać im kształtem i rozmiarem.” Następnie przeszedł do kilku interesujących spekulacji, które brzmiały następująco:-

Zadziwiające jest to, że ludowe wyobrażenia o istotach złych i złośliwych mają typ, jaki zostałby wytworzony przez zwiększoną grawitację – ropuchy, gady i odrażające pełzające stworzenia – podczas gdy sam Arcydemon przedstawiany jest być może jako ostateczna forma, jaką mógłby przybrać myślący mózg i jego niezbędny aparat, gdyby siła grawitacji została zwiększona do najwyższego punktu dającego się jeszcze pogodzić z istnieniem – jako wąż pełzający po ziemi. Z drugiej strony, nasze najwyższe typy piękna są tymi, które byłyby powszechne przy zmniejszonej grawitacji.

„Córka bogów, bosko wysoka” i skaczący atleta podobają nam się przez to lekkie zwycięstwo nad przyciąganiem ziemi, jakie zakłada ich wzrost lub skok. To prawda, że nie podziwiamy w podobny sposób pchły, której zwycięstwo nad grawitacją, wspomagane skrzydłami, jest tak uderzające. Cudowna, jak jest pchła, jej ciało – podobnie jak nasze – jest ściśle uwarunkowane przez grawitację.

Tymczasem wyobraźnia ludowa zakłada, że istoty duchowe są całkowicie niezależne od grawitacji, zachowując jednocześnie kształty i proporcje, które pierwotnie grawitacja wyznaczyła i które, jak się wydaje, tylko grawitacja może utrzymać.

Kiedy i jeśli istoty duchowe czynią się widzialnymi bądź to naszym cielesnym oczom, bądź naszemu wewnętrznemu widzeniu, ich cel zostałby udaremniony, gdyby nie ukazywały się w rozpoznawalnej postaci; tak więc ich pojawienie się przybierałoby formę ciała i odzienia, do jakich przywykliśmy. Materialność, forma i przestrzeń są, jak zmuszony jestem wierzyć, warunkami przejściowymi naszego obecnego istnienia. Trudno pojąć ideę istoty duchowej posiadającej ciało takie jak nasze, uwarunkowane dokładnie przez siłę grawitacji wywieraną przez Ziemię i wyposażone w organy zakładające potrzebę pożywienia oraz konieczność usuwania produktów odpadowych. Równie trudno jest – osaczeni i opleceni, jak jesteśmy, materialistycznymi pojęciami – pomyśleć o inteligencji, myśli i woli istniejących bez formy lub materii, i nieskrępowanych grawitacją ani przestrzenią.

Uczeni musieli już wcześniej mierzyć się z podobnym problemem. W pewnych rozważaniach nad naturą materii Faraday wyrażał się językiem, który, mutatis mutandis, daje się zastosować do moich obecnych domysłów. Ten głęboki filozof spekulował o ostatecznej naturze materii; myśląc o małym, twardym, nieprzenikliwym atomie Lukrecjusza oraz o siłach lub formach energii do niego przynależnych, poczuł się zmuszony odrzucić samo pojęcie istnienia jądra i myśleć jedynie o siłach i formach energii zwykle z nim kojarzonych. Doszedł do wniosku, że pogląd ten nieuchronnie pociąga za sobą przypuszczenie, iż atomy są nie tylko wzajemnie przenikliwe, lecz że każdy atom, by tak rzec, rozciąga się w całej przestrzeni, zachowując jednak własne centrum siły.

Pogląd na budowę materii, który Faraday uznał za lepszy od tego zwykle przyjmowanego, wydaje mi się dokładnie tym poglądem, który usiłuję naszkicować jako budowę istot duchowych. Ośrodki intelektu, woli, energii, mocy – wzajemnie przenikliwe, a zarazem przenikające to, co nazywamy przestrzenią; lecz każdy z tych ośrodków zachowuje swoją własną indywidualność, trwałość jaźni i pamięć. Czy te inteligentne ośrodki rozmaitych sił duchowych, które w swoim zespole składają się na charakter człowieka lub jego karmę, są także w jakiś sposób związane z formami energii, które – skupione – tworzą atom materialny; czy te byty duchowe są materialne, nie w grubym, prymitywnym sensie Lukrecjusza, lecz materialne tak, jak materia została uszlachetniona przez przenikliwy intelekt Faradaya – jest jedną z tych tajemnic, które dla nas, śmiertelników, być może na zawsze pozostaną nierozwiązanym problemem.

Moja następna spekulacja jest trudniejsza i kieruję ją do tych, którzy nie tylko patrzą zbyt ziemsko, lecz wręcz zaprzeczają prawdopodobieństwu – ba, możliwości – istnienia jakiegokolwiek niewidzialnego świata. Odpowiadam na to, że w sposób dający się wykazać stoimy przynajmniej na krawędzi jednego niewidzialnego świata. Nie mówię tu o świecie duchowym ani niematerialnym. Mówię o świecie nieskończenie małego, który wciąż jeszcze musi być nazwany światem materialnym, chociaż materia istniejąca lub postrzegalna w nim jest czymś, czego nasze ograniczone władze nie pozwalają nam sobie wyobrazić. Jest to świat – nie mówię już o siłach molekularnych w przeciwstawieniu do molarnych – lecz o siłach, których działanie leży głównie poza granicą ludzkiej percepcji, w przeciwieństwie do sił oczywistych dla grubszego postrzegania ludzkiego organizmu. Trudno mi jasno ukazać sobie i wam różnicę w pozornych prawach wszechświata, jaka wynikałaby z samej tylko różnicy wielkości obserwatora. Tego obserwatora muszę sobie wyobrazić, jak tylko potrafię. Nie będę próbował dorównać żywości wielkiego satyryka, który przy założonej różnicy rozmiarów o wiele mniej znacznej wydedukował w „Podróżach Guliwera” absurd i czystą względność tak wielu rzeczy w ludzkiej moralności, polityce i społeczeństwie. Lecz odwagi dodaje mi przykład mojego poprzednika na tym stanowisku, profesora Williama Jamesa z Harvardu, od którego później zacytuję nader uderzającą przypowieść dokładnie tego rodzaju, jakiego tu poszukuję.

Pozwólcie mi więc wprowadzić homunkulusa, na którym zawieszę moją spekulację.* Nie umieszczę go faktycznie pośród gry cząsteczek, ponieważ brak mi zdolności wyobrażenia sobie jego środowiska, ale uczynię go tak mikroskopijnie małym, że siły molekularne, których w codziennym życiu prawie nie dostrzegamy – takie jak napięcie powierzchniowe, kapilarność, ruchy Browna – staną się dla niego tak wyraziste i dominujące, iż z trudem będzie mógł uwierzyć, dajmy na to, w powszechność grawitacji, o której my sami, jego stwórcy, mieliśmy mu opowiedzieć.

Umieśćmy go na liściu kapusty i pozwólmy mu wyruszyć samodzielnie.

Powierzchnia liścia kapusty jawi mu się jako bezkresna równina o rozmiarach wielu mil kwadratowych. Dla tej pomniejszonej istoty liść jest usiany ogromnymi, lśniącymi, przezroczystymi kulami, spoczywającymi nieruchomo na jego powierzchni; każda z tych kul przewyższa wysokością wznoszące się piramidy. Każda z tych sfer zdaje się wysyłać z jednej strony oślepiające światło. Pchany ciekawością zbliża się i dotyka jednej z kul. Opiera się naciskowi jak piłka z kauczuku, aż przypadkiem pęka jej powierzchnia, gdy nagle czuje, że został pochwycony, zawirowany i doprowadzony do jakiegoś punktu równowagi, gdzie pozostaje zawieszony na powierzchni kuli, całkowicie niezdolny się z niej wydostać. W ciągu godziny lub dwóch stwierdza, że kula się zmniejsza, aż w końcu znika, pozostawiając go wolnym do dalszej wędrówki.

Opuszczając liść kapusty, błąka się po powierzchni gleby, znajdując ją nadzwyczaj kamienistą i górzystą, aż dostrzega przed sobą rozległą powierzchnię podobną do tej materii, z jakiej utworzone były kule na liściu kapusty. Tym razem jednak, zamiast wznosić się nad podpórką, opada ona w ogromnym łuku od krawędzi i w końcu staje się pozornie pozioma, choć – ponieważ dzieje się to w znacznej odległości od brzegu – nie może być tego całkiem pewny. Załóżmy teraz, że trzyma w ręku naczynie pozostające do jego pomniejszonej postaci w takiej samej proporcji, w jakiej pinta pozostaje do dorosłego człowieka, i że przy zręcznej manipulacji udaje mu się napełnić je wodą. Gdy odwraca naczynie, stwierdza, że ciecz nie wypływa i może zostać usunięta jedynie gwałtownymi wstrząsami. Znużony wysiłkami, by opróżnić naczynie z wody, siada na brzegu i dla zabicia czasu rzuca kamienie i inne przedmioty do wody. Z reguły kamienie i inne mokre ciała toną, podczas gdy te same ciała, gdy są suche, uparcie odmawiają zejścia na dno i unoszą się na powierzchni. Próbuje innych substancji. Wypolerowany stalowy pręcik, srebrna tulejka od ołówka, drut platynowy i stalowa stalówka – przedmioty dwu- lub trzykrotnie gęstsze od kamieni – wcale nie chcą tonąć i pływają po powierzchni niczym kawałki korka. Co więcej, jeśli on i jego przyjaciele zdołają wrzucić do wody jedną z tych olbrzymich stalowych sztab, które my nazywamy igłami, również ona tworzy sobie na powierzchni rodzaj wklęsłego rowka i spokojnie unosi się na wodzie. Po tych i jeszcze kilku obserwacjach zaczyna teoretyzować o własnościach wody i cieczy w ogóle. Czy dojdzie do wniosku, że ciecze szukają swojego poziomu, że ich powierzchnie, gdy są w spoczynku, są poziome, a ciała stałe zanurzone w cieczy toną lub pływają zależnie od większego lub mniejszego ciężaru właściwego? Nie; uzna raczej za uzasadnione, że ciecze w stanie spoczynku przybierają kształty kuliste lub przynajmniej krzywoliniowe, wypukłe albo wklęsłe zależnie od okoliczności trudnych do ustalenia; że nie można ich przelewać z jednego naczynia do drugiego i że opierają się sile grawitacji, która zatem nie jest powszechna; oraz że ciała, którymi może manipulować, zazwyczaj odmawiają tonięcia w cieczach, niezależnie od tego, czy ich ciężar właściwy jest duży, czy mały. Na podstawie zachowania ciała zetkniętego z kroplą rosy wyprowadzi nawet zapewne przekonujące powody, by wątpić w bezwładność materii.

Już wcześniej ten nasz homunkulus był zapewne nieco zaniepokojony ciągłym i kapryśnym bombardowaniem przez ciężkie przedmioty, niczym walizki, latające w powietrzu; bo wesołe pyłki tańczące w promieniu słońca będą poruszały się dość nieprzyjemnie dla mikroskopijnego homunkulusa, który nigdy nie może przewidzieć, skąd nadlatują. Co więcej, to, co słyszał o trudnościach, jakie żywe stworzenia napotykają przy odrywaniu się od ziemi bez użycia skrzydeł, zacznie mu się wydawać absurdalnie przesadzone. Ujrzy bowiem straszliwe stworzenie, Behemota „w zbroi z płyt”, skaczącego po niebie w szalonym poszukiwaniu zdobyczy; i po raz pierwszy właściwy hołd zostanie oddany majestatowi zwyczajnej pchły.

Dręczony wątpliwościami, spojrzy nocą w jakąś zupełnie spokojną sadzawkę. Tam, bez wiatru marszczącego powierzchnię i bez dopływu ciepła powodującego prądy lub zmieniającego napięcie powierzchniowe, dostrzega małe nieożywione przedmioty zanurzone i nieruchome. Ale czy naprawdę są nieruchome? Nie! Jeden z nich się porusza; drugi także się porusza. Stopniowo dociera do niego, że ilekroć jakiś przedmiot jest dostatecznie mały, zawsze jest w ruchu. Być może nasz homunkulus mógłby lepiej od nas wyjaśnić te tak zwane ruchy Browna. Albo też mógłby zostać zmuszony do przypuszczenia, że ten, kto ogląda ten widok, zyskuje mgliste przebłyski ostatecznej budowy materii, a te ruchy są szczątkowym wynikiem wewnętrznego zamętu molekularnego, który nie zniósł się jeszcze do zera, jak to nieuchronnie musi się dziać w skupieniach materii większych niż najmniejsze rozmiary mikroskopijne.

Nasze małe stworzenie napotkałoby bez wątpienia rzeczy jeszcze bardziej dręcząco zagadkowe. A te zmiany w jego interpretacji zjawisk wynikałyby nie z uświadomienia sobie jakichś sił dotąd pomijanych, a tym bardziej nie ze zniknięcia praw obecnie uznawanych, lecz po prostu z faktu, że jego przypuszczalne zmniejszenie rozmiarów ciała wydobyłoby kapilarność, napięcie powierzchniowe i tym podobne na względną wyrazistość, jakiej obecnie nie posiadają. Dla dojrzałych istot rozumnych skutki tych sił należą do zjawisk resztkowych, przyciągających uwagę dopiero wtedy, gdy nauka osiągnęła pewien rozwój. Dla homunkulusów, jakich sobie wyobraziliśmy, te same skutki miałyby znaczenie zasadnicze i byłyby słusznie interpretowane nie jako coś uzupełniającego działanie powszechnej grawitacji, lecz jako wynik siły niezależnej, a być może nawet przeciwstawnej.

Fizyka tych homunkulusów różniłaby się od naszej w najwyższym stopniu. W badaniu ciepła napotkaliby trudności zapewne nie do przezwyciężenia. W tej gałęzi badań fizycznych niewiele można zrobić, jeśli nie ma się możliwości dowolnego podnoszenia i obniżania temperatury ciał. To zaś wymaga panowania nad ogniem. Prawdziwy człowiek, w pierwotnym stanie cywilizacji, potrafi rozgrzewać i zapalać pewne rodzaje materii przez tarcie, uderzanie, skupianie promieni słonecznych itd.; lecz zanim te działania wywołają rzeczywisty ogień, muszą zostać wykonane na dość znacznej masie materii, inaczej bowiem ciepło przewodzi się lub promieniuje tak szybko, jak jest wytwarzane, i punkt zapłonu rzadko zostaje osiągnięty.

Podobnie musiałoby być z chemią tych małych ludzi, jeśli w ogóle da się wyobrazić sobie dla nich taką naukę jako możliwą.

Trudno zaprzeczyć, że podstawowymi zjawiskami, które po raz pierwszy wprowadziły ludzkość w badania chemiczne, były zjawiska spalania. Lecz, jak właśnie widzieliśmy, istoty zmniejszone nie byłyby w stanie dowolnie wytwarzać ognia, z wyjątkiem niektórych reakcji chemicznych, i miałyby niewiele okazji do badania jego natury. Mogłyby od czasu do czasu obserwować pożary lasów, erupcje wulkaniczne itp.; lecz tak wielkie i katastrofalne zjawiska, choć pozwoliłyby naszym wyobrażonym liliputom rozpoznać istnienie spalania, nie nadawałyby się do spokojnego badania jego warunków i produktów. Ponadto, biorąc pod uwagę niemożliwość przelewania przez nie wody z jednej probówki do drugiej, zwykłe operacje chemii analitycznej oraz wszelkie manipulacje zależne od użycia koryta pneumatycznego pozostałyby dla nich na zawsze księgą zamkniętą. …

Po opisaniu równie osobliwych rezultatów, które wynikałyby z wrażeń, gdyby nasz obserwator był istotą o kolosalnych rozmiarach, sir William Crookes wskazuje na oczywistą lekcję płynącą z tych wyobrażeń w następujących słowach:

Jeśli możliwa – ba, rozsądna – zmiana tylko jednej z sił warunkujących rodzaj ludzki, mianowicie grawitacji, mogłaby tak odmienić naszą zewnętrzną postać, wygląd i proporcje, że uczyniłaby nas praktycznie inną rasą istot; jeśli sama różnica rozmiaru może sprawić, że niektóre z najprostszych faktów chemii i fizyki przybierają tak odmienną postać; jeśli istoty mikroskopijnie małe i potężnie wielkie byłyby, właśnie jako takie, poddane złudzeniom, które tu wskazałem – i wielu innym, o których mógłbym się jeszcze rozwodzić! – czy nie jest możliwe, że i my z kolei, choć zajmujemy, jak się nam zdaje, złoty środek, również przez samą tylko cnotę naszego rozmiaru i ciężaru popadamy w błędne interpretacje zjawisk, od których byśmy się uwolnili, gdybyśmy my sami lub zamieszkiwana przez nas planeta byli więksi albo mniejsi, ciężsi albo lżejsi? Czy nasza chełpliwa wiedza nie może być po prostu uwarunkowana przypadkowymi okolicznościami i przez to zawierać wielki pierwiastek subiektywności, dotąd niepodejrzewany i z trudem dający się usunąć?

* Nie trzeba chyba dodawać, że w tym fantazyjnym szkicu, ułożonym wyłącznie dla celów ilustracyjnych, wszelkiego rodzaju problemy – takie jak własna budowa i zdolności homunkulusa – pozostają nietknięte, a rozmaite kwestie, które należałoby naprawdę opracować matematycznie, zostały celowo pozostawione w nieokreśloności.

źródło: SIR WILLIAM CROOKES ON THE LIMITS OF SENSE PERCEPTION. Some Fascinating Speculations;  LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, August 14, 1915.