autor: A. Horngate
Historia w Waszym numerze z 24 stycznia o starszej pani, której duch widywany był w domu, który później kupiła, przypomina mi podobne zdarzenie opowiedziane przez panią Swynnerton, artystkę.
Jej praca jako portrecistki często prowadziła ją do zamków i dużych wiejskich posiadłości. W jednej z nich powiedziano jej, że kilka lat wcześniej często widywano ducha spokojnej, starszej kobiety; jej twarz wyglądała z balkonu albo jej sylwetka była widziana, gdy bezszelestnie się oddalała. Potem zjawiła się nowa ochmistrzyni i wszyscy ze zdumieniem mówili do siebie: „To nasz duch!”. Była ekscentryczną kobietą, która zwykła zamykać się w swoim pokoju, kiedy nie była na służbie; a gdy ktoś sugerował, że jest leniwa, odpowiadała tajemniczo: „Odchodzę – ale nie spać”. Nie zatrzymano jej tam długo, a duch nigdy więcej się nie pojawił.
Ktoś, kto rzekomo rozumiał takie zjawiska, powiedział im, że ta kobieta musiała mieć swoje ciało psychiczne tak luźno związane z ciałem fizycznym, iż mogło się ono czasem odłączać, zabierając ze sobą tak wiele półfizycznej materii (którą, jak sądzę, dziś nazywamy ektoplazmą), że inni ludzie mogli ją zobaczyć.
Niektórzy ludzie posiadający tę zdolność podróżowania we śnie traktują to jako dowód, że są reinkarnacjami osób, które kiedyś żyły w miejscach, jakie teraz rozpoznają. Pani Violet Tweedale w jednej ze swoich książek w ten sposób tłumaczyła swoje nagłe rozpoznawanie nowych miejsc w Grecji lub gdzie indziej. Ale to raczej nie wyjaśnia przypadku mężczyzny, który w obcym mieście odwrócił się do towarzysza i powiedział: „Mogę ci powiedzieć nazwy wszystkich sklepów na ulicach przed nami”. Nazwy sklepów przecież nie pozostają takie same przez wiele lat.
Dziwne, drobne doświadczenie moje własne, sprzed roku lub dwóch, przekonało mnie, że prawdopodobnie podróżujemy we śnie o wiele częściej, niż pamiętamy – chyba że obudzi nas nagłe wstrząśnięcie.
Uczęszczałam na cotygodniowe wykłady w domu przyjaciół; pewnego wieczoru, po miłym czasie spędzonym na rozmowie przy herbacie i bułeczkach po wykładzie, pożegnałam się jak zwykle i poszłam do domu spać. Następną rzeczą, jaką przeżyłam, był gwałtowny wstrząs! Uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu siedzę u tych samych przyjaciół (ich duży pokój był już uporządkowany, wszystkie składane krzesła pochowane), słuchając z radością ich rozmowy, aż wspomnienie mojego imienia – przekonując mnie, że mnie nie widzą i nie wiedzą o mojej obecności – nie wywołało we mnie ogromnego przestrachu! A więc wróciłam nieproszona i podsłuchiwałam! Co za szokująca pomyłka!
Podrywając się na równe nogi, zawołałam: „Jestem tutaj! Bardzo mi przykro. Nie chciałam wracać” – i uciekłam między nimi do drzwi… budząc się w swoim własnym łóżku w ciemności.
Ale doświadczenie było tak żywe, że następnego dnia wstąpiłam do nich i zapytałam: „Co robiliście zeszłej nocy, kiedy wszyscy już poszliśmy?”
„Najpierw uporządkowaliśmy pokój, a potem usiedliśmy i rozmawialiśmy.”
„A czy przypadkiem wspomnieliście moje imię?”
„Może i tak. Tak, rzeczywiście – pamiętam, że tak było.”
„Słyszałam was” – wyznałam ze śmiechem. – „Czułam się taka zawstydzona, że znów wtargnęłam, po tym jak zjadłam wasze bułeczki i powiedziałam dobranoc.”
źródło: SLEEP TRAVELLING; Light on Spiritualism and Psychical Research, February 7, 1935.