Sabat – poemat

Dla A. E. W.

Ukryte, zakazane światła
poruszają się w królewskich rytuałach;
przejrzyste, tańczą
ponad duszami pogrążonymi w transie,
które zdobyły swe niewypowiedziane dziedzictwo.

Ponad mistyczną maską,
niczym pióropusze na hełmie,
falują purpurą i czerwienią
nad każdą posępną głową.
Są jak klejnoty zrodzone z korzeni węży, jak legowisko bazyliszków.

Tutaj zastawiano stoły
dla Baala i Bafometa;
tutaj stał ołtarz przybrany
ogniem i alkahestem
dla niejednej świętej hostii i niejednego godnego gościa.

Tutaj była zasłona, a tutaj
miecz i sztylet trwogi.
Tutaj nakreślono krąg
i ustawiono filar
dla Tego, który jest całkowicie niezgłębiony i czysty.

Tutaj narastał ponury pomruk
cicho mruczanego hymnu;
tutaj rozbrzmiewał płomień dźwięku
z mrocznego brzęczenia hańby —
świat odbijał echem niewysłowione Imię!

Astarte, wyrwana z transu,
z miłością rzuciła się do tańca,
witając jako pierwsza
wirujących czcicieli.
Cała jej radość była ich, a całe ich szaleństwo — jej!

Tak! Ty i ja, którzy walczyliśmy
o mistrzostwo w miłości,
okrążając kamień ołtarza
labiryntowym krokiem i magicznym jękiem,
natychmiast uczyniliśmy to najboskie przeznaczenie naszym.

Przez całe to gwałtowne czuwanie
tkaliśmy burzliwy sygnet;
nasze twarze miały popielate wargi
od krwi naszych serc, która kapała
na uzbrojone talizmany księżycowo sklepionej krypty.

Wtedy z otchłani nektaru
wynurzyło się posępne widmo;
tak, z lodowatej Północy
wyszła wielka wizja —
olbrzym przedzierający się przez znużoną sieć gniewu.

A potem, pośród mgły — spójrz! —
ów blask polerowanego złota,
niezniszczalny, osadzony
diamentem i jachontem;
i przez obsceniczną głowę pozdrowiliśmy go jako Bafometa.

Chwała Mistrzowi, chwała!
Panu Sabatu! Baalowi!
Całuję twe stopy, całuję
twe kolana — i to — i to —
aż zostaję uniesiona ku bezcielesnej Otchłani.

Aż tutaj, samotna i wywyższona,
spoglądam spod sklepionego
Czoła, w głąb oczu,
w których kryje się takie cudowne bogactwo —
niezmierzony zysk, pogańska nagroda.

My jesteśmy ich księżycami i słońcami,
twymi wiernymi rycerzami i mniszkami,
którzy tańczą wokół
rzadkiego ołtarza, przy dźwięku
śmiertelnych łkań odbijających się echem w bezpamiętnej ziemi.

O, radości! Jaką cenę trzeba zapłacić!
Przysięgnijmy oddać nasze dusze!
A wtedy zdobędziemy cel,
do którego wszyscy mędrcy wzywają —
świat, ciało i diabła, zważone wobec jednej duszy.

Wiatr wieje z południa!
Zmiażdżeni przez tę płonącą paszczę,
zwabieni tym żarem,
topniejemy w jej wnętrzu;
a wszystkie demony tracą władzę i wszyscy bogowie się cofają!

Na kamieniu ołtarza
jesteśmy sami — sami!
W żywej czerni spleceni
z sinymi błyskawicami jak perłami —
krople potu na czole Boga, gdy stwarza świat!

Siostro, słowo zostało wypowiedziane!
Siostro, czar został przełamany.
Pochodnie Sabatu migoczą;
serce Sabatu bije szybciej;
wypiliśmy kielich Sabatu aż do najbardziej cierpkiego dna.

Opuszczona jest sala;
uczta dobiegła końca.
Moja wiedźma i ja leżymy
martwi na kamieniu ołtarza,
porzuceni przez pogardliwego boga, który uczynił naszą duszę swoją.

Chodź! Chodź! Musimy odejść.
Wydaj ostatni krzyk!
Zaśpiewaj ostatni lament!
Przyjmij ostatni sakrament,
ostateczne namaszczenie, Zbawicielu, gdy dusza gaśnie!

Chodź! Spieszmy przez noc,
smugą udręczonego lotu!
Orzeł i pelikan
stają się zwykłą kobietą i mężczyzną
aż do następnego Sabatu — a dni mijają niczym lewiatan!

Nie! Podnieś omdlałą głowę!
Przyjmij to wino i chleb!
Wizja się cofa;
jezioro woła, a świt nadchodzi;
nasza miłość będzie wędrować w szarych godzinach poranka!

Ethel Ramsay

źródło:  The Sabbath by Ethel Ramsay; The Equinox: The Official Organ of the A∴A∴. The Review of Scientific Illuminism, Vol. I, No. V, An VII, March MCMXI, London: The Office of The Equinox, printed for and published by Aleister Crowley, 1911.