Niebezpieczne ziele

Klasyczny esej Aleistera Crowleya opublikowany pod pseudonimem Oliver Haddo, poświęcony psychologicznemu i mistycznemu działaniu haszyszu. Autor analizuje odmienne stany świadomości, medytację, samadhi, wizje astralne, skandhy buddyjskie oraz możliwość naukowego badania doświadczeń mistycznych.


Niebezpieczne ziele. Część II: Psychologia haszyszu

Oliver Haddo

„Więzy duszy, które dają jej oddech, łatwo mogą zostać rozwiązane”.

„Natura nas poucza, a wyrocznie również potwierdzają, że nawet złe zarodki materii mogą stać się użyteczne i dobre”.

Zoroaster

Nasze wyobrażenie o Zielu – haszyszu, Niebezpiecznym Zielu – przypomina samą Alf Laylah wa Laylah, czyli Księgę tysiąca i jednej nocy: prawdziwą Wieżę Babel, w której prawda, zarówno pospolita, jak i subtelna, splata się nierozerwalnie z najbardziej fantastyczną baśnią.

Spośród badaczy, którzy choćby na chwilę przeniknęli magiczną zasłonę jego ekstatycznego czaru, wielu ogarnęło przerażenie, wielu zaś doznało rozczarowania. Niewielu odważyło się pochwycić stalowymi ramionami tę płomienną córę dżinnów; wyrwać z jej trujących, szkarłatnych ust pocałunki śmierci; przycisnąć jej ciało – gładkie niczym wąż i jak wąż jadowite – do jakiegoś piekielnego łoża tortur i doprowadzić je do konwulsji, jak błyskawica rozdzierająca poszarpane chmury, jedynie po to, by w jej nieskończonych, morskozielonych oczach odczytać straszliwą cenę jej dziewictwa – czarne szaleństwo.

Nawet niezrównany Richard Burton, który rozwiązał niemal każdą inną zagadkę Wschodniego Sfinksa, tę jedną ominął. Zażywał narkotyk przez całe miesiące „bez żadnego innego objawu poza wzmożonym apetytem”, a jego ogólny stosunek do odurzenia haszyszem – o którym często wspomina w Nocach – wskazuje, że uważał je za nic więcej niż występek. Zdaje się nie podejrzewać, że – występek czy nie – przynosiło ono dziwne owoce; jeśli nie z Drzewa Życia, to przynajmniej z owego drugiego Drzewa, podwójnego, złowrogiego i śmiercionośnego…

Nie! Ja bowiem należę do stronnictwa Węża. Wiedza jest dobra, jakakolwiek byłaby jej cena.

Tak więc ten skromny owoc, jaki udało mi się zerwać z jej jesiennej piersi – przyznaję, że są to jedynie niedojrzałe jagody – śpieszę ofiarować swoim przyjaciołom.

Aby zaś surowość takiej bogini nie została sprofanowana choćby najdrobniejszą ozdobą, czym prędzej wyrzekam się wszelkiego złota i klejnotów mowy, jakie mógłbym posiadać. Z odsłoniętą lewą piersią, bez lęku, lecz i bez zuchwałości, wstępuję do jej świątyni. Nagrodą, której się spodziewam, jest jagnięca skóra czystego serca, oznaka prostej prawdomówności oraz fartuch Niewinności.

Aby zachować rozsądne rozmiary niniejszego opracowania, zaznaczę na wstępie, że sposób przygotowania i właściwości Cannabis indica można poznać z odpowiednich traktatów farmaceutycznych. Ponieważ jednak środek ten oddziałuje silniej na psychikę niż na ciało, wszystkie ściśle medyczne opisy, jakie są mi znane, pozostają jak dotąd zarówno skąpe, jak i mylące.

Głębszych i jaśniejszych informacji dostarczają znakomite studia Baudelaire’a – niezrównane pod względem przenikliwości i bezstronności – oraz Ludlowa, którego ujęcie zostało skażone podziwem dla de Quinceya i sentymentalistów.*

Mój wkład w to zagadnienie będzie zatem ściśle osobisty, a tym samym niepełny. W pewnym sensie jest nawet bezwartościowy, ponieważ w podobnej kwestii osobowość może przeważać nad wszystkimi pozostałymi czynnikami problemu.

Muszę jednak podkreślić, że pod kilkoma względami moje wyposażenie jest pełniejsze niż wyposażenie poprzedników. Dysponuję bowiem nie tylko długotrwałym przygotowaniem psychologicznym, silnym organizmem, temperamentem, na który haszysz działa przez pobudzenie percepcji – saññā – zupełnie niezmąconej odczuciem – vedanā – oraz doskonałym sceptycyzmem, lecz także czymś więcej niż pobieżną znajomością ceremonialnego upojenia wśród wielu narodów, a również praktyk magicznych i mistycznych wszystkich epok i ras.

Można mi całkiem słusznie odpowiedzieć, że właśnie ta moja szczególna kwalifikacja jest czynnikiem, który najbardziej zniekształca wyniki. Niemniej jednak…

Rozpocznę od zagadnienia odurzenia rozpatrywanego jako klucz do wiedzy, ponieważ właśnie od tej strony po raz pierwszy zacząłem podejrzewać istnienie środka, który – jak obecnie sądzę – stanowi jakiś wysublimowany albo oczyszczony preparat Cannabis indica.

Przypis autora

* W chwili pisania tego artykułu zaledwie pobieżnie przejrzałem esej Baudelaire’a. Kiedy przeprowadzałem eksperymenty, znałem jedynie Ludlowa oraz krótką notatkę w Martindale and Westcott. Dlatego też wyniki moich badań, o ile jakiekolwiek są, pozostają zatem niezależne od wcześniejszej wiedzy. Podobieństwa do Baudelaire’a wydają mi się obecnie bardzo uderzające.


II

„Pracuj wokół Strofala Hekate”.

Zoroaster

W latach 1898–1899 właśnie opuściłem Cambridge i mieszkałem w wynajętych pokojach przy Chancery Lane, zaszczycony obecnością Allana Bennetta – obecnie Bhikkhu Anandy Metteyyi – który był moim gościem.

Przez wiele miesięcy wspólnie studiowaliśmy i praktykowaliśmy magię ceremonialną oraz przeszukiwaliśmy dawne księgi i rękopisy przypisywane mędrcom, poszukując klucza do wielkich tajemnic życia i śmierci. Nie pomijaliśmy nawet literatury pięknej i właśnie z niej zaczerpnęliśmy drobne ziarno faktu, które przez wszystkie te lata kiełkowało, aż wydało owoc w postaci niniejszego eseju.

Na przestrzeni wieków odnajdywaliśmy niezmiennie tę samą opowieść. Gdy odrzucić jej lokalne i historyczne szczegóły, zwykle sprowadzała się ona do następującego schematu: autor opowiadał o młodym człowieku, poszukiwaczu Wiedzy Ukrytej, który w takich czy innych okolicznościach spotyka adepta. Po rozmaitych próbach otrzymuje od niego – ku dobru albo ku złu – pewien tajemniczy środek lub napój, którego skutkiem jest przynajmniej otwarcie bramy do Innego Świata.

Napój ten utożsamiano z Elixir Vitae alchemików fizycznych albo z jedną z ich „Tynktur”, najprawdopodobniej z „Białą Tynkturą”, która przemienia metal nieszlachetny – zwykłe postrzeganie życia – w srebro, czyli poetycką wizję. Poszukiwaliśmy jej zatem, podejmując bezowocne próby otrucia się każdym środkiem znajdującym się w Farmakopei – i wieloma spoza niej.

Jak w modlitwie Huckleberry’ego Finna – nic z tego nie wyszło.

Muszę teraz, niczym Piekarz, przeskoczyć czterdzieści lat, a właściwie osiem, i dojść do momentu, w którym podróże po Indiach zaznajomiły mnie z tamtejszymi systemami medytacji oraz z faktem, że wielu pomniejszych joginów używało haszyszu – czy bezskutecznie, o tym pomówimy później – aby osiągnąć samādhi: jedność z Wszechświatem albo z Nicością, o której możemy mówić jedynie za pomocą tych słabych określeń, będących zaledwie cieniem najwyższego transu.

Miałem również szczęście natrafić na książkę Ludlowa. Uderzyło mnie, że autor, najwyraźniej nieznający doktryn wedantycznych i jogicznych, wyrażał je mimo to w przybliżeniu, choć w formie zubożonej i zniekształconej.

Znałem również pierwszą wielką udrękę medytacji – „oschłość”*, jak nazywa ją Molinos – która twardnieje w duszy i czyni ją jałową.

Właśnie ta praktyka, która powinna zalać duszę światłem, prowadzi jedynie do ciemności straszniejszej niż śmierć, do rozpaczy i odrazy, które nazbyt często powodują porzucenie dalszych wysiłków. Tymczasem powinny raczej dodawać odwagi, ponieważ – jak potwierdzają wyrocznie – najciemniej jest przed świtem.

Medytacja zaczęła mnie więc drażnić jako coś, co zaciska i krępuje duszę. Zacząłem pytać samego siebie, czy „oschłość” rzeczywiście stanowi konieczny element całego procesu. Gdybym jakimś sposobem zdołał wstrząsnąć jej katafalkiem Umysłu, czy Nieskończony Duch Boski nie wyskoczyłby z niego, wyzwolony, ku Światłu?

Któż odsunie kamień?

Nie należy jednak sądzić, że myśli te zrodziły się wyłącznie z lenistwa albo znużenia. Przy dostępnych mi wówczas środkach mistycznych potrzebowałem całych dni lub tygodni, aby osiągnąć jakikolwiek rezultat, na przykład samādhi w jednej z jego wyższych lub niższych postaci. W Anglii zaś trudności były niemal nie do przezwyciężenia.

Nie potrafiłem medytować w chłodzie, a ogień nie daje się utrzymać na stałym poziomie. Gaz śmierdzi odrażająco. Urządzenia grzewcze nie grzeją. Elektryczność nie była dotychczas dostępna. Kiedy zbuduję własną świątynię, spróbuję jej użyć.

Trudność z pożywieniem można było przezwyciężyć dzięki firmie Fortnum and Mason; trudność z hałasem – przez trening; trudność z wolnym czasem – posyłając wszelkie interesy do diabła; trudność z samotnością – pożyczając pusty apartament. Lecz brytyjski klimat mnie pokonał.

Mam nadzieję, że pewnego dnia będę dostatecznie bogaty, aby zbudować mały dom przeznaczony wyłącznie do tego celu. Na razie jednak na horyzoncie nie ma nawet chmurki wielkości najmniejszego palca człowieka!

Gdybym tylko mógł skrócić potrzebny czas do kilku godzin!

Co więcej, mógłbym przekonać innych ludzi, że mistycyzm nie jest całkowitym szaleństwem, nie wymagając od nich poświęcenia całego życia na naukę pod moim kierunkiem. A gdybym zdołał przekonać choć kilku kompetentnych obserwatorów – w podobnej sprawie nie ufam nawet samemu sobie – nauka musiałaby podążyć tym śladem, podjąć badania, raz na zawsze wyjaśnić zagadnienie i, jak sądziłem i nadal sądzę, uzbroić się w nowe narzędzie dziesięć tysięcy razy potężniejsze niż waga i mikroskop.

Wyobraźcie mnie więc sobie, jeśli łaska, wybierającego te nieliczne fakty spośród milionów innych przechowywanych w arsenale mojego umysłu, dopasowującego je do siebie i wreszcie formułującego hipotezę możliwą do sprawdzenia eksperymentalnego.

Przypis

* Okres panowania Apofisa w mistycznym procesie odrodzenia Izyda–Apofis–Ozyrys, IAO; albo Czarny Smok w alchemicznym przejściu od Pierwszej Materii Dzieła do Eliksiru.


III

„Lecz wszystkie te misteria rozwijam w bezdennej otchłani Umysłu”.

Zoroaster

Oto moja hipoteza:

„Być może haszysz jest środkiem, który ‘rozluźnia więzy duszy’, lecz sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły. Być może – jak sądzi Baudelaire – jedynie wyolbrzymia i zniekształca naturalne cechy człowieka oraz jego chwilowy nastrój”.

Cała niezwykła introspekcja Ludlowa zdawała mi się umacniać to przypuszczenie.

„Dobrze zatem – pomyślałem – sprawdzę, czy jeśli najpierw wzniosę się mistycznie, a następnie będę kontynuował inwokacje, podczas gdy narkotyk rozpuści matrycę diamentowej duszy, ów diament nie objawi się czysty i lśniący blaskiem ‘niepochodzącym ani od Słońca, ani od Księżyca, ani od Gwiazd’”.

Wówczas przypomniałem sobie oczywiście, że takie ceremonialne odurzenie stanowi najwyższy rytuał wszystkich religii.

Najpierw jednak należało ustalić normalne działanie środka na mój własny organizm. Istnieją rozmaite preparaty Cannabis indica, lecz wszystkie łączy jedno: ich działanie jest tak niepewne, że trudno je w sposób łatwy i wiarygodny standaryzować.

Nie chodzi nawet o rozsądne granice różnic. Spośród dwóch pozornie identycznych próbek jedna może być pięćdziesiąt razy silniejsza od drugiej. Dana próbka może w ciągu kilku dni utracić pozornie połowę swojej mocy. Niektóre próbki mogą być całkowicie obojętne.

Właśnie ten fakt doprowadził do niemal całkowitego zaniechania stosowania tego środka w medycynie.

Ponadto ogromne znaczenie ma osobnicza reakcja organizmu. Allan Bennett, mieszkając przy Chancery Lane, zażył pewnego razu ilość Conium – cykuty – wystarczającą do zabicia czterdziestu ludzi, nie doświadczając najmniejszego skutku.

W Kandy ja sam – po raz pierwszy w życiu – przyjąłem w ciągu pięciu godzin dwieście dwadzieścia pięć kropli laudanum, również bez większego efektu, niż dziesięć kropli wywołałoby u przeciętnego człowieka.

Nasze równanie składało się zatem wyłącznie ze zmiennych – i to zmiennych o bardzo szerokim zakresie.

Nie pozostawało więc nic innego jak metoda prób i błędów. Stara zasada z Chancery Lane głosiła: zacznij od połowy minimalnej dawki podanej w Farmakopei, a jeśli w przewidzianym czasie nic się nie wydarzy, podwój dawkę. Gdy będziesz postępował tak dostatecznie długo, niemal na pewno coś się stanie.


IV

„Umysł Ojca powiedział: ‘Na Troje!’ – i natychmiast wszystkie rzeczy zostały w ten sposób podzielone”.

Zoroaster

Niech zatem moi czytelnicy zechcą pamiętać, że to, co następuje, dotyczy wyłącznie mnie.

Powinno to usprawiedliwić użycie pierwszej osoby, wysoce niewłaściwe w rozprawie naukowej, gdyby nie fakt, że osobowość eksperymentatora może mieć tu znaczenie zasadnicze.

Nie mogę twierdzić, że inna osoba uzyskałaby takie same wyniki. Mam jednak silne przekonanie, że wyeliminowałem wiele źródeł błędu i że moje obserwacje mogą posiadać większą wartość obiektywną dla psychologii niż obserwacje Ludlowa, a nawet mojego wielkiego mistrza Baudelaire’a.

Nieliczne osoby, na których mogłem sprawdzić działanie środka, w znacznej mierze potwierdziły moje wyniki i w żaden sposób im nie zaprzeczyły.

Przede wszystkim dokonuję bezwzględnego rozróżnienia między trzema skutkami działania haszyszu. Mogą one – i moim zdaniem prawdopodobnie rzeczywiście tak jest – pochodzić od trzech odrębnych substancji, tak bardzo różnią się od siebie.

Być może wystarczyłaby prosta krzywa zależności reakcji od bodźca, aby to wyjaśnić, lecz nie sądzę.

1. Lotne działanie aromatyczne – a

Jest to pierwszy, szybko przemijający objaw. Daje on opisywany przez Ludlowa „dreszcz”, jakby przez człowieka przepłynął nowy puls mocy.

Psychologicznym skutkiem jest wprowadzenie człowieka w absolutnie doskonały stan introspekcji. Postrzega on własne myśli i nic poza własnymi myślami – i postrzega je właśnie jako myśli.

Przedmioty materialne są odbierane jedynie jako myśli. Innymi słowy, pod tym względem człowiek posiada bezpośrednią świadomość idealizmu Berkeleyowskiego.

Ego i Wola nie uczestniczą w tym procesie. Jest to introspekcja niemal całkowicie – jeśli nie całkowicie – bezosobowa. Tylko to i nic więcej.

Nie należy jednak rozumieć mnie tak, jakbym twierdził, że wyniki tej introspekcji są psychologicznie wiarygodne.

2. Toksyczne działanie halucynacyjne – b

Przy dostatecznie dużej dawce – ponieważ działanie typu a może wystąpić jedynie jako zjawisko przejściowe – obrazy myślowe zaczynają przepływać przez mózg coraz szybciej, aż wreszcie z zawrotną prędkością.

Nie są już rozpoznawane jako myśli, lecz wyobrażane jako rzeczy zewnętrzne.

Wola i Ego odczuwają niepokój, mogą zostać zaatakowane, a następnie przytłoczone.

Na tym polega główna groza narkotyku. Należy ją zwalczać za pomocą wysoce – czy mogę powiedzieć: magicznie? – wyćwiczonej woli.

Mam nadzieję, że czytelnicy zgodzą się, iż praktyka magii ceremonialnej i medytacji – niezależnie od wszelkich teorii okultystycznych – prowadzi do ogromnej władzy umysłu nad własnymi wyobrażeniami.

Lęk przed porwaniem przez falę niepowstrzymanych obrazów jest doświadczeniem przerażającym.

Biada temu, kto mu ulegnie!

3. Działanie narkotyczne – g

Człowiek po prostu zasypia.

Nie musi to wynikać ze zmęczenia mózgu wywołanego działaniem a oraz b, ponieważ w przypadku jednej próbki konopi stwierdziłem, że występowało ono niezależnie.


V

„Albowiem ów Ojcowski Intelekt, który obejmuje rzeczy poznawalne i przyozdabia to, czego nie sposób wypowiedzieć, rozsiał symbole po całym świecie”.

„Pojmuj owo Poznawalne rozszerzonym Umysłem, ponieważ Poznawalne jest kwiatem Umysłu”.

„Podobny ogień, błyskawicznie rozciągający się poprzez porywy powietrza; albo Ogień bezpostaciowy, z którego wyłania się Obraz Głosu; albo też przeobfite, błyskające Światło, obracające się, wirujące i wołające donośnie. Istnieje również wizja ognistego Rumaka Światła albo Dziecięcia unoszonego na ramionach Niebiańskiego Rumaka – ognistego, odzianego w złoto lub nagiego, albo strzelającego z łuku promieniami Światła i stojącego na barkach konia. Jeśli zaś twoja medytacja będzie trwała, połączysz wszystkie te symbole w Postać Lwa”.

Zoroaster

Najważniejsze psychologiczne wyniki moich eksperymentów zdają mi się należeć do działania a.

Włożyłem wiele wysiłku w uzyskanie wyłącznie tego efektu: przyjmowałem jedynie najmniejsze dawki, przygotowywałem się do doświadczenia fizycznie i psychicznie oraz wszelkimi możliwymi sposobami starałem się wzmocnić i przedłużyć jego działanie.

Proste wrażenia normalnej świadomości zostają przez haszysz rozłożone na łańcuch hieroglifów o czysto symbolicznym charakterze.

Tak jak przedstawiamy konia za pomocą pięciu liter tworzących słowo „koń”, z których żadna sama w sobie nie ma najmniejszego związku z koniem, tak nawet prostsze pojęcie, na przykład litera A, zdaje się rozpadać na zespół obrazów – dość licznych, być może występujących w stałej liczbie.

Glify te są postrzegane jednocześnie, tak jak wprawny czytelnik odczytuje słowo jako całość, a nie literę po literze.

Te obrazowe znaki – jak gdyby litery słowa, które nazywamy myślą – zdają się znajdować w przestrzeni w określonej odległości za myślą, przy czym sama myśl leży jeszcze dalej od postrzegającej duszy.

Kiedy przyglądamy się każdemu glifowi z osobna, zauważamy również, że składa się on z kolejnych glifów, znajdujących się jeszcze bliżej Jaźni. Te jednak nie mają postaci ani nazwy. Nie są właściwie postrzegane, lecz człowiek w jakiś sposób zdaje sobie sprawę z ich istnienia.

Niestety skłonność do przechodzenia w działanie typu b bardzo utrudnia skupienie się na analizie tych idei. Człowiek zostaje więc szybko popchnięty ku podobnemu badaniu następnej myśli.

Ciekawe jest jednak to, jak dalece analiza ta odpowiada światom Kabały:

  • jednej „czystej duszy” istniejącej u podstaw wszystkiego;
  • mrocznemu światu „twórczemu”;
  • zróżnicowanemu światu „formującemu”;
  • oraz jednemu, choć konkretnemu, światu „materialnemu”.

W samym toku tej analizy człowieka wprawia również w zakłopotanie pytanie:

Skoro proste wrażenie zewnętrzne składa się z tak wielu glifów, a każdy z nich z kolejnych, jeszcze liczniejszych, jak można kiedykolwiek powrócić do „czystej duszy”?

Przez cały czas człowiek pozostaje bowiem wyraźnie świadomy prostego Ego albo „czystej duszy”, która to wszystko postrzega.

Jedyne rozwiązanie zdaje się polegać na metafizycznym utożsamieniu monoteizmu z panteizmem.

Ponadto człowiek jest świadomy podwójnego kierunku tego zjawiska.

Nie tylko prawdą jest, że myśli zostają rozłożone na glify i tak dalej, aż do czystej duszy. Równie prawdziwe jest również to, że czysta dusza wysyła z siebie glify, które następnie formują myśl.

Także tutaj musimy utożsamić hinduski system Atmana, skupiony wokół Ego, z buddyjskim systemem anattā, w którym istnieją wyłącznie wrażenia.

Następnie pojawia się wyjątkowo niezwykły stan umysłu, opisany w Bhagawadgicie – cytuję przekład Arnolda:

„Ja, który jestem wszystkim i wszystko stworzyłem, trwam jako jego odrębny Pan”.

Nie można byłoby lepiej wyrazić tego doświadczenia.

Również Zoroaster mówi:

„Ten, który jako pierwszy wyłonił się z Umysłu, odziewając jeden Ogień drugim Ogniem i łącząc je ze sobą, aby zmieszać źródlane kratery, zachowując przy tym nieskalaną jasność własnego Ognia”.

„Zawierając wszystkie rzeczy w jednym szczycie swej Hyparxis, On sam trwa całkowicie poza nimi”.

Opisanie tak czysto metafizycznego stanu jest niemal niemożliwe, ponieważ zawiera on oczywistą sprzeczność pojęciową.

A jednak świadomość jest tak żywa, intensywna i pewna, że logika zostaje bez wahania potępiona jako dziecinna.

Najlepszym wyjściem dla logika byłoby twierdzenie, że te trzy sądy następują po sobie tak szybko, iż umysł bierze je za jeden – podobnie jak dwa ostrza cyrkla przyłożone do niektórych części ciała mogą być odczuwane jako jeden punkt.

Mistyk natomiast wymamrocze zapewne jakieś ezoteryczne ciemności na temat prawdziwego znaczenia doktryny Trójcy.

Należy, jak sądzę, dodać, że wyniki tej introspekcji niemal na pewno zależały od mojego własnego przygotowania filozoficznego i magicznego, a haszysz odpowiadał jedynie za wzmożenie zdolności introspekcyjnej.

Prawdopodobnie działanie typu a zostałoby stłumione albo niezauważone u osoby, która w ogóle nie rozwinęła w sobie zdolności do introspekcji.

Mimo to skłaniam się ku przekonaniu, że właśnie działanie a jest działaniem właściwym, a opisywany przez Ludlowa „napływ samoświadomości” jest jedynie tym samym zjawiskiem występującym w organizmie człowieka najwyraźniej nerwowego i lękliwego.


VI

„To, co Poznawalne, jest zasadą wszelkiego podziału”.

„Umysł Ojca zawirował naprzód w rozbrzmiewającym huku, obejmując niezwyciężoną Wolą Idee wszelkich postaci, które wytrysnęły z jednego źródła; od Ojca bowiem pochodziły zarówno Wola, jak i Cel – dzięki którym pozostają one z Ojcem związane poprzez naprzemienne życie, choć w zmiennych nośnikach. Zostały jednak rozdzielone, ponieważ Ogień Intelektualny rozdzielił je pomiędzy inne Intelekty. Król wszystkiego postawił bowiem przed wielopostaciowym Światem pierwowzór – intelektualny i niezniszczalny – którego kształt został odciśnięty w całym świecie. Dzięki niemu Wszechświat rozbłysnął, ozdobiony Ideami wszelkiego rodzaju, których podstawa jest Jedna – Jedna i jedyna. Z niej pozostałe wytryskują, rozdzielone i rozproszone pomiędzy różne ciała Wszechświata, i unoszą się rojami przez jego ogromne otchłanie, bezustannie wirując w bezgranicznym promieniowaniu.

Są one intelektualnymi pojęciami pochodzącymi z Ojcowskiego Źródła, obficie uczestniczącymi w blasku Ognia u kresu niestrudzonego czasu.

Lecz pierwotne, samoistnie doskonałe Źródło Ojca wylało z siebie te pierworodne Idee”.

„Dusza, będąc jaśniejącym Ogniem, pozostaje dzięki mocy Ojca nieśmiertelna, jest Panią Życia i wypełnia liczne zakamarki łona świata”.

Zoroaster

Rzekome unicestwienie czasu i przestrzeni, o którym tak często wspominają teksty poświęcone haszyszowi, można – jak mi się wydaje – wyjaśnić znacznie prościej, dokonując dokładniejszej analizy samego zjawiska.

Zwykłe wyjaśnienie zakłada, że człowiek z natury posiada doskonały i nieomylny „zmysł czasu”, regularny niczym zegar. Jest to niedorzeczność; gdyby tak było, zegarki nie byłyby nam potrzebne.

Przywykliśmy działać – niezależnie od tego, czy pojęcie to daje się filozoficznie obronić, co nie ma tutaj znaczenia – z pewnym minimum cogitabile, zarówno przestrzeni, jak i czasu.

Tak jak określona liczba wahnięć wahadła tworzy godzinę, tak w umyśle mniej określona, lecz bynajmniej nie całkowicie nieokreślona liczba myśli składa się na godzinę świadomości.

Być może myśli silne i żywe odpowiadają dłuższemu odcinkowi czasu niż myśli słabe. Głęboki sen przemija natomiast niczym niewidzialne wyładowanie elektryczne.

Pozornie przeciwny fakt, że czas wydaje się krótki, gdy czytamy interesującą książkę albo wykonujemy przyjemne i pochłaniające zadanie, można wyjaśnić następująco: mnogość wrażeń zostaje zharmonizowana w jedno wrażenie.

Przeczytajcie natomiast książkę pozbawioną harmonii i nużącą albo esej taki jak ten, a czas wyda się niewysłowienie długi.

Drugi pozornie przeciwny fakt – że minuta samādhi wydaje się wiecznością, choć samādhi jest jedną myślą – wyjaśnia intensywność tej myśli oraz inne względy, które mam nadzieję omówić pełniej w trzynastej części niniejszego eseju.

Oto więc, co dzieje się z człowiekiem zażywającym haszysz.

Każde wrażenie rozpada się dla niego na tysiące glifów – w działaniu typu a – albo, w częściej spotykanym działaniu typu b*, obrazy mnożą się i nakładają na siebie tak silnie, że wszelka harmonia zanika. Mózg nie jest w stanie nadążyć za wrażeniami, a tym bardziej ich klasyfikować i kontrolować.

Odkrywa wówczas, że przejście od idei „kota” do idei „myszy” wymaga podróży poprzez milion gasnących ech kota ku milionowi promieni świtu myszy, a podróż ta trwa milion razy dłużej niż zwykle.

Takie rozłożenie myśli na jej świt, południe i zachód zostało dobrze przedstawione w psychologii buddyjskiej.†

Często, a właściwie najczęściej, jedno z „ech kota” rozbrzmiewa tak donośnie, że cały łańcuch zostaje rozbity. Echo kota staje się wówczas elementem dominującym, a jego harmoniczne – albo dysharmoniczne – same uzurpują sobie tron, i tak dalej, i tak dalej, poprzez niezliczone epoki obłąkańczej halucynacji.

Ta sama krytyka odnosi się do przestrzeni. W praktyce oceniamy ją bowiem na podstawie czasu potrzebnego do jej pokonania – czy to poprzez drobne ruchy kątowe i ogniskujące oka, czy też dzięki ogólnemu doświadczeniu.

Jeżeli zatem przechodzę przez pokój i po drodze myślę milion myśli, pokój wydaje mi się ogromny. Złudzenie to nie wynika z halucynacji oka fizycznego, lecz z nużącej długości podróży.

Pewnego razu, sporządzając notatki, stwierdziłem, że moje prawe ramię – które w normalnych warunkach w ogóle nie znajduje się w polu widzenia – miało długość wielu tysięcy mil.

Dziwne i trudne było kontrolowanie tak kolosalnych ruchów w przestrzeni, aby wykonać precyzyjną pracę piórem. A jednak moje pismo nie było gorsze niż zwykle – przyznaję, że niewiele to mówi!

To pozornie ogromnie długi czas potrzebny do zapisania jednego słowa wywoływał złudzenie nadmiernych rozmiarów. Było to więc złudzenie racjonalne, doprowadzone do fantastycznego absurdu przez pobudzoną wyobraźnię, która nadawała mu formę obrazu.


Przypisy

* Częściej spotykanym – sądząc po relacjach Ludlowa i innych. Sam nigdy nie pozwoliłem, aby przejęło nade mną władzę.

† Zob. książkę pani Rhys Davids.


VII

„To, co Poznawalne, jest zasadą wszelkiego podziału”.

„Bóg nigdy nie odwraca się od człowieka tak bardzo i nigdy nie zsyła mu tylu nowych dróg, jak wtedy, gdy człowiek wznosi się ku boskim rozważaniom albo dziełom w sposób zagmatwany i nieuporządkowany oraz – jak dodano – z nieuświęconymi ustami lub nieumytymi stopami. U tych bowiem, którzy są tak niedbali, postęp pozostaje niedoskonały, impulsy są daremne, a drogi ciemne”.

Zoroaster

Innym, niezwykle ważnym skutkiem analizy myśli jest krytyka myśli w chwili jej powstawania.

Tak jak wrażenia są przedstawiane za pomocą glifów obrazowych, tak każdej refleksji nad wrażeniem towarzyszy jeden albo dwa glify krytyczne – większa ich liczba pojawia się jedynie wtedy, gdy kontrola jest niedoskonała. Są one jak drobny druk: dopisek wyrażający aprobatę albo sprzeciw.

Łańcuch myśli A–B–C będzie zatem posiadał trzy obrazy aprobaty, utrzymane w słabszej tonacji – dusza uzasadnia w ten sposób prawidłowość następstwa.

Jeśli natomiast ktoś przejdzie od A–B–C do E, glif sprzeciwu ostrzeże go przed fałszem albo przynajmniej wzbudzi wątpliwość.

W ogólnie niestabilnym stanie myślenia taki glif krytyczny może okazać się wystarczająco silny, by samemu stać się elementem dominującym. Wówczas cały tok myśli się rozpada.

Podam przykład:

Myśl Krytyka i towarzyszący jej glif
1. Człowiek Człowiek żnący zboże – „Dobrze, idź dalej”.
Koń „Prawda – definicja Milla”.
2. Dwunóg bez piór Trzy konie na polu – „Czy nie istnieją inne bezpióre dwunogi?”.
Strumień – „Stój, stój, stój”.
3. Czy powiedział to Mill? Nagrobek na wzgórzu – „Czy może Locke?”.
4. Locke? Locke? Bitwa; tysiące innych gwałtownych glifów.

Cały umysł staje się teraz wzburzonym morzem pomieszanych myśli: wątpliwości, prób dokładnego przypomnienia sobie, kto właściwie jako pierwszy powiedział „bezpióry dwunóg”, a nawet rozpaczliwej próby odzyskania myśli pierwszej i rozpoczęcia wszystkiego od początku.

Jedna niefortunna słabość myśli drugiej odciągnęła nurt rozumowania od rozważań nad „człowiekiem” ku akademickiemu pytaniu. W stanie wywołanym haszyszem mało prawdopodobne jest, by człowiek kiedykolwiek do pierwotnego tematu powrócił.

Przeciwnie, jeden z glifów krytycznych atakujących myśl „Locke? Locke?” okaże się zapewne na tyle silny, by skierować tok myślenia w nowy kanał, który z kolei zostanie odchylony przez następny impuls.

Tak wygląda sytuacja w najlepszym razie, ponieważ człowiek jest już gotów wpaść w wir działania typu b.

Istnieje tylko jedno lekarstwo na taki stan rzeczy: dyscyplina myśli, którą w jej najwyższych postaciach nazywamy medytacją i magią.

Istnienie tej choroby doskonale wyjaśnia naturę błądzenia myśli, jakie obserwowałem podczas zwykłej medytacji bez użycia środków odurzających. Należy je, jak sądzę, uznać za normalne działanie niewyćwiczonego umysłu.

Dopóki myśli są formułowane wyraźnie i pozostają racjonalne, glify krytyczne je aprobują, a strumień myślenia harmonijnie zmierza ku swemu celowi. Tak wyglądają wyćwiczone procesy myślowe człowieka wykształconego.

Nieodpowiedzialna i bezcelowa paplanina kobiet i duchownych jest natomiast skutkiem słabych myśli, nieustannie zagłuszanych przez towarzyszące im glify krytyczne.

W umysłach naprawdę słabych mogą się również pobudzać glify oparte jedynie na przypadkowym podobieństwie. Kalambury i inne fałszywe skojarzenia myśli są objawem takiego ograniczenia.

Skrajnym przypadkiem jest klasyczny łańcuch skojarzeń obłąkanego: „kot – pułapka na myszy – kocięta”, powstały po tym, jak ktoś powiedział „kapelusz”.

Jak już powiedziałem, istnieje tylko jedno lekarstwo. Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu podlegamy temu błądzeniu myśli i wszyscy postąpimy rozsądnie, próbując je przezwyciężyć.

Lekarstwem jest nieustanne ćwiczenie umysłu surowymi metodami:

  • logiką matematyki;
  • skupioną obserwacją niezbędną we wszystkich dziedzinach nauki;
  • jeszcze bardziej złożonym i wymagającym treningiem magii oraz medytacji.

Zbyt wielu ludzi myli marzycielstwo z medytacją. Chłopiec chemika, który wziął sól gorzką za kwas szczawiowy, jest osobą mniej niebezpieczną.

Marzycielstwo oznacza wypuszczenie myśli na pastwisko. Medytacja – zaprzęgnięcie jej do dyszla.

Tak zwany poeta, ze swymi mglistymi marzeniami i ideałami, nie jest w istocie niczym więcej niż nieszkodliwym szaleńcem.

Prawdziwy poeta jest pracownikiem, który chwyta życie za gardło i wydziera mu tajemnicę; który wybiera surowo i komponuje zwięźle; którego dzieło jest prawdziwe i czyste jak stal brzytwy, choć jego rozmach jest większy, a lot szybszy niż bieg słońca.

Rozwlekła paplanina takich powierzchownych bajarzy jak Longfellow i Tennyson jest najgroźniejszą trucizną dla umysłu.

Wszystko to pozostaje dostatecznie prawdziwe nawet na najbardziej zewnętrznym poziomie konieczności dorosłej cywilizacji.

Jeżeli jednak pragniemy wniknąć głębiej w naturę rzeczy, zanurkować głębiej niż chemik, wznieść się wyżej niż poeta i spojrzeć szerzej niż astronom, musimy wyposażyć się w ostrze zahartowane jeszcze doskonalej.


VIII

„Nie należy pojmować owego Poznawalnego gwałtownie, lecz za pomocą rozciągniętego płomienia dalekosiężnego Umysłu, który mierzy wszystkie rzeczy z wyjątkiem samego Poznawalnego. Trzeba jednak je pojąć; jeśli bowiem skłonisz ku niemu swój Umysł, zrozumiesz je, choć nie z całą żarliwością. Wypada natomiast przynieść ze sobą czysty i dociekliwy zmysł oraz rozciągnąć pusty umysł swej duszy ku temu, co Poznawalne, abyś mógł poznać Poznawalne, ponieważ istnieje ono poza Umysłem”.

„Nie pojmiesz go tak, jak pojmuje się jakąś rzecz pospolitą”.

Zoroaster

W innych moich pismach filozoficznych usiłowałem wykazać, że zdolność rozumowania jest z samej swojej natury niezdolna do rozwiązania choćby jednego problemu wszechświata.

Jej reductio ad absurdum zostało wystarczająco jasno przedstawione we wspaniałej pierwszej części First Principles Herberta Spencera. Kant dostatecznie dobrze wykazał dualizm i wewnętrzną sprzeczność w Prolegomenach, wraz z czterema tezami i odpowiadającymi im antytezami (§ 51); właściwie zrozumiana Logika Hegla powinna zaś była skompromitować całe zagadnienie.

Niestety „zdrowy rozsądek” ludzkości odpowiedział, że mimo wszystko suma kątów wewnętrznych każdego trójkąta jest równa dwóm kątom prostym, a proces myślowy, który tak dokładnie wyprowadza ten wniosek z kilku prostych aksjomatów i definicji, musi być godny zaufania. Dodano przy tym kilka niezbyt pochlebnych uwag o Niemcach i metafizyce.

Obie strony mają rację i obie się mylą.

W świecie zdrowego rozsądku rozum działa; w świecie filozofii – nie. Metafizyczny impas jest rzeczywisty, a nie tylko słowny. Wewnętrzna natura rzeczy nie jest racjonalna, przynajmniej dopóty, dopóki wymaga się od nas, abyśmy „racjonalne” definiowali jako „racjonalistyczne”.

Dlaczego zresztą miałaby taka być? Dlaczego reguły golfa miałyby rządzić mechaniką lotu piłki golfowej?

Właśnie ten fakt umożliwił handlarzom wiarą stawianie oporu nurtowi filozofii.

Fichte ma w istocie dokładnie tyle samo racji i tak samo się myli jak Schelling; Hume pozostaje równie nie do obalenia jak Berkeley.

Nie próbujmy uchylać się od tej prawdy ani poprzez głupotę „zdrowego rozsądku”, ani poprzez głupotę „wiary”, ani poprzez głupotę heglowską.

Można, jak sądzę, bez trudu przyznać, że zdolność rozumowania nie jest absolutna w sensie apodyktycznym. Reprezentuje jedynie pewien etap rozwoju ludzkiej myśli – nic więcej.

Nie zdołacie przekonać człowieka pierwotnego o prawdziwości twierdzenia dwumianowego. Czy powinno nas zatem dziwić, że mistyk nie potrafi nawrócić filozofa?

A jednak musi próbować.


IX

„Albowiem wyposażony w każdy rodzaj zbroi i uzbrojony, staje się podobny do bogini”.

Zoroaster

Mój drogi profesorze, jak może pan oczekiwać, że uwierzę w te brednie o bakteriach?

– Proszę podejść do mikroskopu – powiada – i samemu je zobaczyć.

– Niczego nie widzę.

– Proszę bardzo powoli przesuwać śrubę mikrometryczną tam i z powrotem – tę tutaj.

– Nadal nie widzę…

– Proszę pozostawić lewe oko otwarte; będzie pan widział lepiej.

– Ach! Ale skąd mam wiedzieć?…

Można zadać tysiąc pytań.

Czy posługiwanie się soczewkami, które – jak powszechnie wiadomo – załamują światło i zniekształcają obraz, jest rzetelną obserwacją?

Skąd mam wiedzieć, że te punkciki nie są pyłem?

Czy te rzeczy nie mogły znajdować się w powietrzu?

I tak dalej.

Profesor może mnie oczywiście przekonać. Im bardziej będę sceptyczny, tym gruntowniej zostanę ostatecznie przekonany – ale nie wcześniej, niż nauczę się posługiwać mikroskopem.

A kiedy już się tego nauczę – co może potrwać miesiące, a nawet lata – jak przekonam następnego sceptyka?

Tylko w ten sam sposób: ucząc go posługiwania się przyrządem.

A przypuśćmy, że odpowie:

„Celowo wyćwiczył się pan w halucynowaniu!”

Jakiej odpowiedzi mogę udzielić? Żadnej, o której bym wiedział.

Mogę jedynie wskazać, że mikroskopia zrewolucjonizowała chirurgię i inne dziedziny, podobnie jak mistycyzm raz po raz rewolucjonizował filozofie ludzkości.

Analogia jest doskonała.

Dzięki medytacji uzyskujemy widzenie nowego świata, tak jak przez całe stulecia świat mikroorganizmów pozostawał nieprzeczuwany przez ludzi myślących – myślących bez metody, budujących cegły bez słomy!

W ten sam sposób błądzili jednak również mistrzowie medytacji.

Osiągali Wizję Mistyczną, pisali o niej obszerne księgi, a następnie zakładali, że wnioski wyprowadzone z tej wizji są prawdziwe również na innych płaszczyznach – tak jak gdyby mikroskopista kandydował do parlamentu z programem „Prawo głosu dla mikrobów”.

Nie uwzględniali możliwych źródeł błędu, popadali w konflikt ze zdrowym rozsądkiem i nauką, po czym odchodzili w zapomnienie i zasłużoną pogardę.

Pragnę połączyć obie metody: poddać dawny, empiryczny mistycyzm kontroli precyzji współczesnej nauki.

Haszysz przynajmniej dostarcza dowodu istnienia nowego porządku świadomości. Wydaje mi się, że właśnie taki dowód prima facie mistycy od zawsze powinni byli przedstawić – lecz nigdy tego nie uczynili.

Dzisiaj jednak uznaję zjawiska wywoływane przez haszysz za zjawiska psychiczne pierwszorzędnej wagi i domagam się ich zbadania.

Twierdzę – mniej lub bardziej ex cathedra – że medytacja zrewolucjonizuje nasze pojmowanie wszechświata tak samo, jak uczynił to mikroskop.

Wtedy mój przyjaciel fizjolog zauważa:

„Jeżeli zakłóca pan zdolność obserwacji za pomocą narkotyków i specjalnego treningu psychicznego, pańskie wyniki będą nieważne”.

Odpowiadam:

„Jeżeli zakłóca pan zdolność obserwacji za pomocą soczewek i specjalnego treningu, pańskie wyniki będą nieważne”.

On uśmiecha się łagodnie:

„Cierpliwe doświadczenie dowiedzie panu, że mikroskop jest godny zaufania”.

Ja również uśmiecham się łagodnie:

„Cierpliwe doświadczenie dowiedzie panu, że medytacja jest godna zaufania”.

I na tym stoimy.


X

„Nie zatrzymuj się nad przepaścią wraz z odpadami materii, ponieważ dla twojego obrazu istnieje miejsce w krainie wiecznie pełnej blasku”.

Zoroaster

„Gdy ujrzysz zbliżającego się ziemskiego demona, zawołaj donośnie i złóż w ofierze kamień Mnizourin”.

Zoroaster

Jako chłopiec w szkole cieszyłem się opinią niezrównanego tchórza; w świecie dorosłych zarzuca mi się natomiast równie często lekkomyślną brawurę.

Ocena chłopców była trafniejsza.

Prawda jest taka, że zawsze byłem przesadnie ostrożny i nigdy dobrowolnie nie podejmowałem nawet najmniejszego ryzyka.

Paradoksalnym rezultatem tego usposobienia jest fakt, że przeszedłem setki mil bez liny po pokrytych śniegiem lodowcach, a – o ile mi wiadomo – nikt nigdy nie próbował powtórzyć moich najważniejszych wspinaczek na Beachy Head.

Można dodać, nieco ponuro, że to samo odnosi się do moich wypraw w obszary umysłu, sumienia i duszy.

Ten pompatyczny wstęp prowadzi jedynie do prostej uwagi o środkach ostrożności, jakie stosowałem podczas eksperymentów.

Po pierwsze – zachowywałem największą możliwą staranność przy określaniu dawek.

Po drugie – przyjąłem zasadę, by nigdy nie powtarzać doświadczenia przed upływem co najmniej miesiąca.

Szczerze mówiąc, wątpię, czy środki te były konieczne.

Nie sądzę, aby moja wola była nienormalnie silna. Uważam raczej, że istnieje określony typ człowieka będącego z natury niewolnikiem używek – urodzonego nim już w łonie matki – a osoby, które same dochodzą do takiego stanu albo zostają weń wtrącone, stanowią bardzo niewielki odsetek.

Mówiąc to, zaliczam do używek również takie obsesje jak muzyka, religia i hazard.

Czy „tydzień w Keswick” jest mniejszą orgią niż świąteczny poniedziałek robotnika fizycznego?

Istnieją ludzie, którzy pędzą z jednego zgromadzenia na drugie i poświęcają całe życie temu niezdrowemu nadmiarowi pobudzenia. Nigdzie indziej nie czują się szczęśliwi. Stają się równie drażliwi jak człowiek uzależniony od kokainy i czynią nieszczęśliwym życie tych, którzy zmuszeni są z nimi przebywać.

Osobiście nigdy nie odczułem uprzęży nawyku, choć kolejno wypróbowałem wszystkie trucizny psychiczne i fizyczne.

Palę tytoń – i to najmocniejszy – w ilościach, które inni uznają za nadmierne. A jednak kilkanaście razy całkowicie go porzucałem, aby sprawdzić, czy ma nade mną jakąkolwiek władzę.

Nie miał żadnej.

Rezygnowałem z niego równie pogodnie, jak mały chłopiec rezygnuje z kuszącej drugiej połowy swego pierwszego cygara.

Po posiłku – przez pierwszy dzień lub dwa – ręce z przyzwyczajenia wędrowały do kieszeni. Kiedy niczego tam nie znajdowałem, przypominałem sobie o postanowieniu, śmiałem się i natychmiast zapominałem o całej sprawie.

Sądzę zatem, że możemy odrzucić rzekome niebezpieczeństwo wytworzenia nałogu haszyszowego jako fantastyczne.

Nałóg ten rozwinie jedynie człowiek przeznaczony do niewoli używek. Równie dobrze może być uzależniony od haszyszu jak od czegokolwiek innego; i tak z pewnością dostanie się pod władzę jakiejś czarodziejki.

Wszystkie te alarmistyczne relacje są jednak w rzeczywistości bezwartościowe.

W najlepszym razie są równie mało warte jak lęk człowieka pierwotnego przed nieznanym kształtem butelki – omne ignotum pro terribili, wszystko, co nieznane, uznaje się za straszne.

W najgorszym przypominają opowieści fanatyka abstynencji o śmiertelnych skutkach alkoholu, wegetarianina o niebezpieczeństwach spożywania mięsa albo misjonarza o religii ludu, wśród którego mieszka.

Rzekoma zmysłowość haszyszu – przyznaje ją nawet Baudelaire – po prostu w moim przypadku nie istnieje, być może dlatego, że w moim umyśle nie ma zalążka lubieżności.

Oczywiście, jeżeli za pomocą dowolnego bodźca pobudzicie plugawą wyobraźnię, otrzymacie równie szkodliwe skutki.

Kiedy królowa Mab łaskocze prawnika, śnią mu się honoraria.

Ludzie, którzy kojarzą nagość z rozpustą i widzą Piccadilly Circus w Mona Lisie, zapewne dzięki użyciu tego środka uzyskają najpełniejsze zaspokojenie swego swędzenia.

Polecam im go, ponieważ – jako niewolników i wieprze – nieuchronnie pociągnie ich ku śmierci drogą dającego się klinicznie rozpoznać obłędu, mniej niebezpiecznego dla społeczeństwa niż ich obecne, subtelniejsze zezwierzęcenie moralne.

Sądzę również, że Baudelaire całkowicie wyolbrzymia późniejszą reakcję organizmu.

Nigdy nie odczuwałem najmniejszego zmęczenia ani osłabienia. Po eksperymentach przechodziłem do innych zajęć ze zwykłą świeżością i energią.

Prawdopodobnie jednak skutki te w dużym stopniu zależą od użytej próbki. Niektóre mogą zawierać więcej czynnych albo bardziej prymitywnych substancji toksycznych niż inne.

Pomijając wszystkie te optymistyczne rozważania, można jednak w pełni zgodzić się z ostatecznym wnioskiem Baudelaire’a – i to z tego samego powodu. Odrzucamy jedynie jego poprzedzające ten wniosek sofizmaty.

Haszysz nie ma dla mnie żadnego zastosowania poza wstępnym wykazaniem, że istnieje inny świat, który można w jakiś sposób osiągnąć.

Być może, gdyby farmaceuci skoncentrowali wysiłki na stworzeniu preparatu o standaryzowanym działaniu, wyodrębnieniu substancji odpowiedzialnej za działanie typu a i podobnych zadaniach, moglibyśmy odnaleźć niezawodny i nieszkodliwy środek wspomagający proces, który optymistycznie nazwałem Naukowym Iluminizmem.

Na razie jednak nie doszliśmy jeszcze tak daleko.

We własnym przypadku wiedziałbym mniej więcej, co robić – wystarczająco dobrze, aby osiągnąć owo niewielkie „rozluźnienie więzów duszy” przypuszczalnie w dwóch przypadkach na pięć, a być może częściej.

Nie jest to jednak dostatecznie pewne, by zagwarantować wyniki innym osobom bez przeprowadzenia długiej serii prób, a tym bardziej, by zalecać im samodzielne eksperymentowanie bez fachowego nadzoru.

Mój obecny apel kieruję do uznanych fizjologów i psychologów, aby zwiększyli liczbę i dokładność badań prowadzonych według przedstawionego przeze mnie wcześniej modelu introspekcyjnego, być może przy dodatkowej pomocy farmaceuty.

Kiedy zostanie już określone czyste działanie fizjologiczno-psychologiczne, zwrócę się następnie o zbadanie szczególnych rezultatów łączenia tego środka z procesem mistycznym – zawsze przy zachowaniu wyćwiczonej obserwacji.

Od tej chwili przyszłość Naukowego Iluminizmu będzie zapewniona.

Muszę jeszcze dodać jeden lub dwa akapity poświęcone naturze procesu mistycznego oraz ogólnemu charakterowi transcendentalnych stanów świadomości wynikających z jego skutecznego praktykowania.


XI

„On tworzy cały Świat z Ognia, Powietrza, Wody i Ziemi oraz z wszechżywiącego Eteru”.

Zoroaster

Jedna prawda – mówi Browning – prowadzi aż na krańce świata. I dlatego odkrywam, że nie sposób poruszyć żadnego zagadnienia, choćby z pozoru najmniejszego, nie odsłaniając przy tym całego wszechświata.

Gdy więc podejmuję próbę omówienia charakteru stanów mistycznych, natychmiast staje się oczywiste, że jeśli mam być w ogóle zrozumiały dla angielskiego czytelnika, muszę opracować całkowicie nowy system klasyfikacji.

Klasycznych Osiem Dżhan okaże się dla nas bezużyteczne; system hinduski jest niemal równie nieprzydatny; system kabalistyczny wymaga natomiast wcześniejszej znajomości Drzewa Życia, którego wyjaśnienie zajęłoby osobny tom.

Na szczęście jednak w buddyjskich skandhach oraz w Trzech Cechach, które zaprzeczają ich trwałości, posiadamy schemat łatwy do przyswojenia przez psychologię zachodnią.

W pracy Science and Buddhism omówiłem skandhy dość szczegółowo, lecz tutaj krótko je przypomnę.

Badając i analizując jakiekolwiek zjawisko, najpierw dostrzegamy jego Nazwę i Formę – nāma oraz rūpa.

Mówimy:

„Oto róża”.

W takim świecie żyją ludzie całkowicie pospolici.

Następnie – wraz z Berkeleyem – spostrzegamy, że twierdzenie to jest fałszywe.

Istnieje wzrokowe wrażenie czerwieni – vedanā – węchowe wrażenie zapachu i tak dalej. Nawet ciężar róży oraz zajmowana przez nią przestrzeń są modyfikacjami zmysłów.

Całe zdanie przekształca się więc w następujące:

„Oto przyjemny zespół wrażeń, które grupujemy pod nazwą róży”.

W takim świecie żyje artysta zmysłowy.

Następnie okazuje się, że owe modyfikacje zmysłów są jedynie spostrzeżeniami. Przyjemność albo ból zanikają, a wrażenia obserwowane są chłodno i jasno, bez pozwalania umysłowi, aby pozostawał pod ich wpływem.

To postrzeganie – saññā – jest światem chirurga albo człowieka nauki.

Następnie dostrzegamy, że samo postrzeganie zależy od natury obserwatora oraz od jego skłonności – saṅkhāra – do postrzegania.

Ostryga nie znajduje żadnej przyjemności w róży.

Stan ten ustanawia dualistyczną koncepcję, której Mansel nie potrafił przekroczyć, a zarazem umieszcza pierwotną różę na jej kosmicznym miejscu.

Siły twórcze, które ukształtowały zarówno różę, jak i obserwatora oraz ustanowiły ich wzajemną relację, stają się teraz jedyną treścią świadomości.

W takim świecie żyje filozof.

Stan ten dość łatwo przechodzi w stan czystej świadomości – viññāṇa.

Róża, obserwator, ich skłonności oraz wzajemne relacje w jakiś sposób znikają.

Zjawisko – nie pierwotne zjawisko „róży”, lecz zjawisko samej skłonności do postrzegania wrażenia róży – staje się bezchmurnym światłem; pojęciem statycznym, a nie dynamicznym.

Człowiek w jakiś sposób przedostał się za zasłonę wszechświata.

W takim świecie żyją mistyk i prawdziwy artysta.

Buddysta jednak nie zatrzymuje się w tym miejscu, utrzymuje bowiem, że nawet ta świadomość jest fałszywa; że podobnie jak wszystkie rzeczy posiada Trzy Cechy:

  • cierpienie,
  • zmienność,
  • brak trwałej substancji.

Cała ta analiza ma charakter czysto intelektualny, choć być może można przyznać, że niewielu filozofów było zdolnych do tak głębokiego i przenikliwego rozłożenia zjawisk.

Nie ma ona jako taka nic wspólnego z mistycyzmem, lecz jej racjonalna prawdziwość czyni ją odpowiednią podstawą proponowanej przez nas klasyfikacji stanów mistycznych, wynikających z licznych metod religijnych i magicznych stosowanych przez ludzi.


XII

„Ogromne Słońce i jaśniejący Księżyc”.

„O Eterze, Słońce i Duchu Księżyca! Wy, wy jesteście przewodnikami Powietrza!”

„Zasady, które pojęły Poznawalne dzieła Ojca, przyodział On w dzieła i ciała dostępne zmysłom, czyniąc z nich pośrednie ogniwa łączące Ojca z Materią; ukazując Obrazy niewidzialnych Natur i wpisując Niewidzialne w widzialną strukturę Świata”.

„Istnieją pewne Irracjonalne Demony – bezrozumne elementale – które czerpią swe istnienie od Władców Powietrza; dlatego Wyrocznia mówi: ‘Będąc Woźnicą Psów Powietrznych, Ziemskich i Wodnych’”.

„Określenie ‘Wodny’, stosowane do Boskich Natur, oznacza władzę nierozdzielnie związaną z Wodą; dlatego Wyrocznia nazywa Bogów Wodnych Kroczącymi po Wodzie”.

„Istnieją pewne Elementale Wody, które Orfeusz nazywa Nereidami. Zamieszkują one wyższe wyziewy Wody, ukazujące się w wilgotnym, zachmurzonym Powietrzu. Ich ciała bywają niekiedy dostrzegane – jak nauczał Zoroaster – przez oczy o większej przenikliwości, zwłaszcza w Persji i Afryce”.

„Niech prowadzi cię nieśmiertelna głębia twojej duszy, lecz z całą gorliwością wznoś oczy ku górze”.

Zoroaster

Nāma-rūpa

Niezliczone kształty nawiedzające ludzki umysł są całkowicie materialne, a przez to cieniowe i pozbawione znaczenia.

W pewnym sensie należy tutaj zaliczyć wszystkie zjawiska czysto zmysłowe, a także obrazy, które pamięć przedstawia umysłowi usiłującemu skupić się na jednej myśli.

W innych systemach mistycznych trzeba do tej kategorii włączyć wszelkie fantomy astralne – boskie albo demoniczne – które są jedynie widziane lub słyszane, bez poddawania ich dalszej refleksji.

Aby je uzyskać, wystarczy przeprowadzić następujące doświadczenie:

Usiądź wygodnie; najlepiej być może rozpocząć w ciemności.

Wyobraź sobie możliwie najintensywniej własną postać stojącą przed tobą.

Przenieś swoją świadomość do tej postaci, tak abyś spoglądał z góry na swoje fizyczne ciało siedzące w fotelu.

(Zwykle właśnie to sprawia największą trudność).

Kiedy poczujesz się całkowicie swobodnie w swoim wyobrażonym ciele, pozwól mu wznieść się wysoko w powietrze.

Zatrzymaj się. Rozejrzyj się dokoła. Prawdopodobnie oczy twojego „ciała astralnego” będą zamknięte. Niekiedy trudno je otworzyć.

Zaczniesz wówczas dostrzegać rozmaite formy, zmieniające się w miarę przemieszczania. Ich natura będzie niemal całkowicie zależeć od twojej zdolności panowania nad doświadczeniem. Niektórzy mogą nawet ujrzeć fantomy delirium i obłędu, a następnie rzeczywiście popaść w szaleństwo wskutek strachu i grozy.

Pozwól, aby „ciało astralne” powróciło i usiadło, pokrywając się z ciałem fizycznym.

Złącz je dokładnie. Eksperyment dobiegł końca.

Praktyka prowadzi do biegłości.

Praktyka ta jest zwodnicza, a nawet niebezpieczna. Najlepiej poprzedzać ją i kończyć starannie wykonanym Mniejszym Rytuałem Pentagramu.* Jeszcze lepiej mieć doświadczonego nauczyciela.

Eksperyment jest łatwy. Spośród kilkudziesięciu uczniów poniosłem całkowitą porażkę jedynie w przypadku dwóch; u pozostałych już pierwsza próba zakończyła się powodzeniem.

Do tej samej kategorii należy także zaliczyć formy pojawiające się w odpowiedzi na rytuały magii ceremonialnej.


Przypis redakcji

* Sugestie pana Haddo zostały oficjalnie podjęte i opracowano księgę zawierającą szczegółowe instrukcje. Zob. Liber O. – Red.


W celu poznania instrukcji należy sięgnąć do takich dzieł jak Goetia, Klucz Salomona, pisma Eliphasa Léviego, Corneliusa Agrippy, Pietra d’Abano, Barretta i innych.

Formy te są bardziej trwałe i realne, znacznie niebezpieczniejsze, a zarazem niezwykle trudne do uzyskania. Znałem bardzo niewielu praktyków, którym się to rzeczywiście udało.

Wszystkie te formy i nazwy odznaczają się niemal nieskończoną różnorodnością.

Do tej grupy należą również bardziej prymitywne zjawiska wzrokowe i słuchowe wywoływane przez haszysz.

Nie należy jednak sądzić, że wizja Boskiej Istoty o niewysłowionym blasku musi koniecznie należeć do porządku wyższego niż ten cienisty świat form. Błąd w tej kwestii sprowadził wielu uczniów na manowce.

Najwyższe spośród takich zjawisk stanowią trzy fenomeny wzrokowe i siedem słuchowych opisywanych w jodze. Pomijam inne zmysły, ponieważ temat wymagałby osobnego tomu.

Zjawiska te odnoszone są do Słońca, Księżyca i Ognia, a ich pojawienie się oznacza osiągnięcie dhyāny. Są olśniewające i towarzyszy im tak intensywna, choć pozbawiona namiętności błogość, że uczestniczą w naturze vedanā, a w pewnych warunkach mogą nawet wznieść się ku saññā.

Wśród fenomenów słuchowych pojawiają się dźwięki przypominające dzwony, słonie, grzmot, trąby, muszle, „słodko brzmiącą vīṇę” i tym podobne. Mają one mniejsze znaczenie i występują o wiele częściej.

Jak można się spodziewać, formy te pozostawiają niewielki ślad w pamięci.

Są jednak dostatecznie uwodzicielskie i obawiam się, że ogromna większość mistyków spędza całe życie, błąkając się po tym próżnym świecie cieni i pustych powłok.

Wszystko to stanowi jeszcze przyjemną stronę zagadnienia.

Tutaj bowiem należą także straszliwe postacie delirium i obłędu, które opanowują i niszczą duszę niezdolną ich kontrolować i odprawić.

Tutaj mieszka Strażnik Progu – skupienie w jednym symbolu Rozpaczy i Grozy Wszechświata oraz Jaźni.

A jednak stoi on na każdej drodze, gotów uderzyć każdego, kto się zawaha lub zboczy, choćby osiągnął niemal ostatnią wysokość.

Jak wielu znałem takich, którzy – niczym Childe Roland i jego towarzysze – dotarli do owej Mrocznej Wieży!

Młodzi, odważni, czyści – zgubieni! Zgubieni! Uwięzieni w piekłach materii, porwani przez wirujące wody obłąkańczej wizji, prawdziwe ofiary haszyszu duszy.

Jaka przeszywająca udręka, jakie jęki poniżenia, jaki wstręt do siebie!

Jak próżną głupotą – pozbawioną wszelkiej prawdziwej nadziei – jest szukanie w narkotykach, alkoholu, pistolecie albo sznurze raju, który utracili wskutek jednej chwili słabości lub zawahania!

Ten „dwuręczny mechanizm stojący u drzwi, gotowy uderzyć” czeka na każdego z nas, kto nie osiągnął stanu arhata – dopuszczenia do Wielkiego Białego Braterstwa.

Czyż nie wystarczy to, abyśmy odrzucili ateizm i zawołali:

„O Boże, bądź miłościw mnie, grzesznemu, i zachowaj mnie na drodze Prawdy!”

Lecz dla tych z nas, którzy wiedzą, jaka potrójna srebrna nić księżycowego światła wiąże czerwoną krew naszego serca z Niewysłowioną Koroną Blasku; którzy widzieli, jaki Anioł stoi w promieniu księżyca; którzy poznali woń i wizję oraz ujrzeli krople nadziemskiej rosy spoczywające na srebrnym lamenie czoła – dla nas nie istnieją ani lęk, ani pycha, lecz jedynie milczenie w jednej myśli o Jednym, który przekracza wszelką myśl.

Świat fantomów nie budzi już grozy.

Możemy zaczerpnąć krew Czarnego Smoka jako naszą Czerwoną Tynkturę.

Rozumiemy nakaz:

Visita Interiora Terrae Rectificando Invenias Occultum Lapidem
„Nawiedź wnętrze Ziemi, a przez oczyszczenie odnajdziesz Ukryty Kamień”.

Zaprzęgając zaś do naszego triumfalnego rydwanu Białego Orła i Zielonego Lwa, podróżujemy spokojnie Ścieżką Kameleona, mijając Wieże Żelaza i Źródła Nadziemskiej Rosy, aż docieramy do owego czarnego, niewysłowionego i najcichszego Morza.


XIII

„Z czeluści Ziemi wyskakują ziemskie demony o psich obliczach, nie ukazując śmiertelnemu człowiekowi żadnego prawdziwego znaku”.

„Nie wychodź, gdy przechodzi Liktor”.

„Nie kieruj umysłu ku rozległym powierzchniom Ziemi, albowiem Roślina Prawdy nie wyrasta na gruncie. Nie mierz też ruchów Słońca, gromadząc reguły, ponieważ niesie je Wieczna Wola Ojca, a nie działa ono wyłącznie dla ciebie. Odrzuć z umysłu gwałtowny bieg Księżyca, gdyż porusza się on zawsze pod władzą konieczności. Ruch Gwiazd nie został ustanowiony dla twojej korzyści. Rozległy lot ptaków w powietrzu nie daje prawdziwej wiedzy, podobnie jak badanie wnętrzności zwierząt ofiarnych; wszystko to są jedynie zabawki, podstawa płatnego oszustwa. Uciekaj od nich, jeśli pragniesz wejść do świętego raju pobożności, gdzie zgromadzone są Cnota, Mądrość i Sprawiedliwość”.

„Nie pochylaj się ku mrocznie jaśniejącemu Światu, w którym nieustannie spoczywa zdradliwa Głębia oraz Hades spowity chmurami, rozmiłowany w niezrozumiałych obrazach, stromy i kręty – czarna, wiecznie wirująca Otchłań, stale poślubiająca Ciało pozbawione światła, bezkształtne i puste”.

„Nie pochylaj się, albowiem pod Ziemią leży przepaść, do której prowadzi opadająca Drabina o Siedmiu Stopniach; tam zaś ustanowiono Tron złej i zgubnej siły”.

„Nie zatrzymuj się nad Przepaścią wraz z odpadami Materii, albowiem dla twojego Obrazu istnieje miejsce w krainie wiecznie pełnej blasku”.

„Nie przywołuj widzialnego Obrazu Duszy Natury”.

„Nie spoglądaj na Naturę, ponieważ jej imię jest zgubne”.

„Nie przystoi ci oglądać ich, zanim twoje ciało nie zostanie wtajemniczone, gdyż nieustannie kusząc, odciągają dusze od świętych misteriów”.

„Nie wyprowadzaj jej, aby odchodząc, nie zatrzymała czegoś przy sobie”.

„Świat nienawidzący Światła i kręte prądy, przez które wielu zostaje ściągniętych w dół”.

Zoroaster

W tym miejscu warto raz na zawsze odróżnić fałszywe zjawiska mistyczne od prawdziwych, ponieważ w poprzednim rozdziale mówiłem o obu rodzajach bez rozróżnienia.

W „wizjach astralnych” świadomość zostaje zakłócona tylko nieznacznie. W ewokacjach magicznych ulega natomiast intensywnemu wzmożeniu, lecz nadal pozostaje związana ze swymi pierwotnymi warunkami.

Ego wciąż przeciwstawia się nie-Ego. Czas, choć tempo jego upływu może ulec zmianie, nadal istnieje. Podobnie przestrzeń pozostaje przestrzenią tego samego rodzaju, jakiej wszyscy jesteśmy świadomi.

Ponadto obserwowane zjawiska podlegają zwykłym prawom powstawania i zanikania.

Wszystkie prawdziwe zjawiska mistyczne przeczą natomiast tym warunkom.

Przede wszystkim Ego i nie-Ego łączą się w sposób wybuchowy, a powstały z nich rezultat nie posiada właściwości żadnego z obu składników.

Jest to zjawisko podobne do bezpośredniego połączenia wodoru z chlorem.

Pierwszą rzeczą, jaką dostrzegamy, jest błysk. W naszej analogii odpowiada mu ekstaza ānandy – błogości – towarzysząca dhyānie.

Tak jak jednak ów błysk nie pomaga nam analizować gazowego chlorowodoru, tak ānanda, oszałamiając nas, przeszkadza w dostrzeżeniu prawdziwej natury zjawiska.

Dlatego w wyższych stanach mistycznych jogin lub mag uczy się tłumić także tę błogość.

Samo połączenie składników jest jednak zazwyczaj jednym, określonym aktem o katastroficznej energii.

Akt ten nie zachodzi również w czasie ani przestrzeni, jakie znamy.

Sądzę, że przy pierwszym doświadczeniu dhyāny musi on mieć charakter pojedynczy. Niektóre metody mistyczne mogą nauczyć nas zachowywać jego obraz, lecz kryterium prawdziwej dhyāny pozostaje jedność doświadczenia, całkowicie przeciwstawna mglistym i zmiennym fantomom „planu astralnego”.

Nowa świadomość powstająca w wyniku połączenia również zawsze jest prosta.

Nawet tam, gdzie pozostaje nieskończenie złożona – jak w ātma-darśanie albo Wizji Powszechnego Pawia – jej jedność jest prawdziwsza spośród tych dwóch sprzecznych prawd.

Tak samo przedstawia się sprawa czasu i przestrzeni.

Cały czas zostaje wypełniony. Cała przestrzeń zostaje wypełniona. Zjawisko jest nieskończone i wieczne.

Pozostaje to prawdą, choć jego pojedynczość sprawia, że czas jego trwania wynosi zaledwie jedno minimum cogitabile.

Krótko mówiąc, doświadcza się go w jakimś innym rodzaju czasu i w jakimś innym rodzaju przestrzeni.

Nie ma w tym nic nieracjonalnego.

Możliwe są przecież geometrie nieeuklidesowe i mogą być prawdziwe. Od teorii wszechświata wymaga się jedynie, aby pozostawała wewnętrznie zgodna, ponieważ poza nią nie istnieje nic, za pomocą czego moglibyśmy sprawdzić nasze obliczenia.

Nie jest również niewyobrażalne, że istnieje wiele takich światów przenikających się wzajemnie.

Wystarczy przyjąć cztery wymiary, a znajdzie się miejsce dla nieskończonej ich liczby. Chociaż bowiem płaszczyzna całkowicie wypełnia kwadrat, zawsze pozostawia sześcian całkowicie pusty.

O prawach rządzących tym nowym królestwem nie możemy tutaj powiedzieć niczego.

Większość mistyków została sprowadzona z właściwej drogi badań, zazwyczaj przez niższe – to znaczy emocjonalne albo dewocyjne – uroki zjawisk należących do vedanā, którymi zajmiemy się za chwilę.

Być może jednak nawet najlepsi muszą zostać pokonani przez nieprzystawalność ich Doświadczenia do symboli języka.

Można dodać, że trudność językowa ma pod pewnymi względami charakter zasadniczy.

Język powstał jako prosty środek wyrażania wspólnych potrzeb najbardziej zwierzęcego życia. Dlatego wszystkie nauki stworzyły własny język techniczny, niezrozumiały dla zwykłych ludzi.

Zarzut stawiany mistykom, że ich symbole są niejasne, jest równie uzasadniony jak podobny zarzut wobec algebraika albo chemika.

Referat przedstawiony Towarzystwu Chemicznemu bywa całkowicie zrozumiały jedynie dla trzech lub czterech spośród stu obecnych w sali wybitnych chemików.

To, co zyskuje „nauka popularna”, traci ścisłość.

W opracowaniu takim jak to bardziej obawiam się więc zarzutu ze strony moich mistrzów mistycznych niż niezrozumienia ze strony oszołomionego tłumu.

Ważniejszym i pewniejszym kryterium niż same cechy śladów mistycznego doświadczenia jest wielka i żywotna zasada diagnostyczna:

wynikiem prawdziwego transu powinno być natchnienie jogina mocą umożliwiającą mu wykonywanie pierwszorzędnej pracy we własnej dziedzinie.

Ludzi, którzy produkują ckliwe i histeryczne wynurzenia, bezmyślną sentymentalność, którzy są maniakami, głupcami, bredzącymi niedołęgami – odmawiam uznania za mistyków.

Prawdziwe zjawiska mistyczne mogą wystąpić jedynie w umyśle wysokiej klasy i zdrowym umyśle. Ich wpływ na taki mózg polega na uspokojeniu go, umocnieniu i uczynieniu go bardziej zdolnym do wzniosłej, ciągłej myśli.

Strzeżcie się owiec w skórach lwów oraz osłów, które ryczą i sądzą, że „tygrys wydaje swój ryk”!

Także fizycznie mistyka można poznać po otaczającej go atmosferze siły, czystości i światła; po jego samokontroli, skupieniu myśli i działania, energii oraz cierpliwości.

Rzadko znajdziecie takich ludzi przy popołudniowej herbacie, plotkujących o jasnowidzeniu albo nawet „grających w Adama”.

Co? Nie wiecie, jak gra się w „Adama”? A nazywacie siebie mędrcami? Doprawdy!

Gra w „Adama”

Gra przebiega następująco.

Weźcie:

  • klucz,
  • Biblię,
  • gumkę.

Otwierajcie Biblię na chybił trafił, aż znajdziecie korzystny tekst.

Włóżcie w to miejsce klucz, pozostawiając jego trzpień i ucho na zewnątrz.

Owińcie książkę gumką tak, aby klucz był w niej mocno osadzony.

Zrównoważcie całość, wkładając swój kciuk oraz kciuk Pomocniczego Maga Sztuki pod ucho klucza, tak aby stykały się ze sobą.

(Ważna, choć moim zdaniem heterodoksyjna szkoła adeptów używa palca wskazującego).

Pozostańcie zupełnie nieruchomi i zadajcie pytanie:

„Adamie, Adamie, powiedz mi prawdę! Czy mam…?”

Jeśli Biblia obróci się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, odpowiedź brzmi „tak”; jeśli w przeciwnym kierunku – „nie”.

Ta wzniosła metoda wydzierania serca przeznaczeniu wywodzi się najwyraźniej z nieco bardziej rozbudowanej praktyki opisanej w Kluczu Salomona – księga I, rozdział IX – służącej wykrywaniu kradzieży za pomocą sita.

Aż do chwili, gdy „Adam” doradził mi inaczej, sądziłem, że właśnie ona przedstawia najniższą postać upodlenia, w jakiej może tarzać się ludzki intelekt.

Gra cieszy się jednak wielkim uznaniem wśród szarlatanów podających się za jasnowidzów. Doskonale rozumiem więc ich oburzenie, gdy odkrywają, że nie uznaję biegłości w tej zabawie, a także w oszustwie i szantażu, za kwalifikację uprawniającą do zajęcia miejsca przy Okrągłym Stole Adeptów.

Jakkolwiek by było, powróćmy do naszej klasyfikacji.


XIV

„Istnieje pewna Poznawalna Jednia, którą przystoi ci pojmować Kwiatem Umysłu”.

„Połączywszy Życiową Iskrę z dwóch odpowiadających sobie substancji – Umysłu i Boskiego Ducha – jako trzecią dodał do nich Świętą Miłość, czcigodnego Woźnicę jednoczącego wszystkie rzeczy”.

„Napełniając Duszę głęboką Miłością”.

„Dusza człowieka w pewien sposób obejmuje Boga. Nie posiadając w sobie niczego śmiertelnego, jest całkowicie upojona Bogiem. Chlubi się bowiem harmonią, w której trwa ciało moralne”.

„Jak promienie Światła spływają jego włosy, zakończone ostrymi punktami”.

Zoroaster

Vedanā

W odniesieniu do Odczucia możemy najpierw zauważyć, że w umyśle początkującego, który próbuje się koncentrować, pojawia się klasa rozpraszających myśli związanych z emocjami.

Szczególnie należy obawiać się czerpania przyjemności z samej medytacji albo cierpienia z jej powodu.

Wśród zjawisk mistycznych możemy wyróżnić ogromną klasę objawień dewocyjnych. Wisznu, Chrystus, Jahwe i inne bóstwa ukazują się w odpowiedzi na długotrwałą i żarliwą miłość.

Porównaj: rozdział XI Bhagawadgity, wizje licznych świętych katolickich – Teresy, Gertrudy, Franciszka i innych – Annę Kingsford, Clothed with the Sun, część III, Idra Rabba Qadisha i podobne źródła.

Dziewica Maryja jest szczególnie częstym przedmiotem takich doświadczeń; zasadniczo jednak wszystkie one należą do jednego typu zjawisk.

Trzeba wszakże zauważyć, że wiele podobnych objawień wcale nie należy do typu dhyāny. W większości są to jedynie halucynacje „planu astralnego”. W części XIII wskazałem kryteria ich rozpoznawania.

Metody osiągania takich stanów można znaleźć w każdej książce o bhakti-jodze – najlepszą, jaką znam, napisał Swami Vivekananda – oraz w Ćwiczeniach duchowych Loyoli, których dyscyplina i metoda są, moim zdaniem, niedoścignione.

Zjawiska te są niemal zawsze skażone seksualnością i właśnie dlatego nadzwyczaj niebezpieczne.

„Brud to materia znajdująca się w niewłaściwym miejscu”. Mieszanie – świadome lub nieświadome – moralności albo niemoralności z religią jest brudem, a brud rodzi chorobę.

Ofiara takiego pomieszania staje się w najlepszym razie fanatykiem, w najgorszym zaś – i najczęściej – bezmyślnym bredzącym człowiekiem.

Niższego rodzaju są miłości magów do przywoływanych elementali.

Jak mówi Lévi:

„Miłość Maga do takich istot jest nierozumna i może go zniszczyć”.

Z pewnością go zniszczy, jeśli w porę nie zachowa ostrożności.

Wyższe, ponieważ bardziej bezpostaciowe, a przez to wierniejsze typowi vedanā, są ekstazy radości i udręki doświadczane przez takich ludzi jak Luter, Fox, Molinos i inni.

Profesor William James omawia to zagadnienie bardzo trafnie w The Varieties of Religious Experience.

Ograniczenia tego stadium są dwojakie.

Po pierwsze, pochłania je własne „ja”.

Po drugie, niemal zawsze cechuje je trudna do przezwyciężenia skłonność do samograniczenia i ciasnoty.

Dwóch mistyków – jeden pogrążający się w Jezusie, drugi w Wisznu – opisze swoje doświadczenia niemal identycznym językiem, a mimo to jeden potępi drugiego jako „poganina”, drugi zaś pierwszego jako mleccha.

Wśród zjawisk wywoływanych przez haszysz odpowiednikami tego stadium są intensywne emocje, szczególnie dobrze opisane przez de Quinceya w związku z opium oraz przez Ludlowa.

Należą do nich lęk, duma, miłość, śmiech, udręka i inne podobne stany.

W przypadku viśvarūpa-darśany – wizji Wisznu – a nawet rezultatów przypisywanych św. Franciszkowi i św. Ignacemu, najlepsi mistycy mogą uniknąć egoizmu, ciasnoty i emocjonalizmu oraz wznieść doświadczenie do poziomu saññā, a nawet saṅkhāra.

Bhagawadgita z pewnością osiąga tę ostatnią wysokość – albo przynajmniej jej odbicie – w jednym czy dwóch miejscach.

Nie wolno nam także pominąć przypisania do tej części niższego aspektu tego, co Abramelin Mag nazywa Wiedzą i Konwersacją ze Świętym Aniołem Stróżem.

Jest to inny – i mniej pretensjonalny metafizycznie – sposób mówienia o „Wyższej Jaźni” albo „Geniuszu”.

W istocie jest to jednak aspekt niski, ponieważ zjawisko to naprawdę należy do viññāṇa.

U dusz prostszych ta szczególna Łaska zniża się jednak – można by rzec – do tego poziomu, podobnie jak ojciec dołącza do zabawy dziecka, zdobywając jego sympatię i zaufanie jako podstawę wyższego zjednoczenia.


XV

„Umysł Ojca jedzie na subtelnych przewodnikach, które lśnią nieugiętymi śladami nieubłaganego Ognia”.

„Wyrocznie oznajmiają, że wzorce Charakterów i innych Boskich wizji ukazują się w Eterze, czyli Świetle Astralnym”.

Zoroaster

Saññā

Do najważniejszych zjawisk saññā należą – w przypadku początkującego, który próbuje skupić umysł – te zakłócające myśli, które analizują sam proces koncentracji.

Trudniej je zniszczyć niż pozostałe, ponieważ nie pochodzą już z pamięci ani z warunków fizycznych, lecz z samej praktyki. Nie można ich zatem po prostu odciąć; trzeba się z nimi zmierzyć i bezpośrednio je pokonać.

W świecie mistycznym dochodzimy tu do owych niezwykłych ekstaz metafizycznych, które – jak jestem przekonany – leżą u podstaw wielu dogmatów filozoficznych.

Święty Atanazy prawdopodobnie doświadczył czegoś tego rodzaju, gdy spisywał swoje obłąkańcze credo.

Podobnie Hindusi, próbując afirmować Parabrahmana przez odmawianie Mu wszelkich właściwości, głosząc dogmat „par przeciwieństw” i twierdząc, że sat-cit-ānanda przekracza te pary.

Być może również w przypadku Herberta Spencera bezpośrednie postrzeżenie samadhiczne typu saññā doprowadziło go do sformułowania irracjonalnej doktryny realizmu transcendentalnego, podobnie jak – niewątpliwie – doktryna Berkeleya wyrosła z samādhi typu vedanā.

Znamię tej klasy doświadczenia mistycznego jest dwojakie:

po pierwsze, rozpuszcza ono wszystkie pojęcia w czystym, bezpostaciowym i beznamiętnym postrzeganiu;

po drugie – i wyżej – przekracza prawa myślenia w takiej postaci, w jakiej przywykliśmy je rozumieć.

Jest to tylko częściowo prawdziwe.

Formal Logic Keynesa, jeśli studiować ją naprawdę głęboko, prowadzi niebezpiecznie blisko sfery ponadrozumowej. Wybitny profesor być może nie zdawał sobie sprawy, jak jego orle loty musnęły słońce ognistymi skrzydłami.

Jeśli mieszkaniec tej płaszczyzny medytuje nad Bogiem, jego pierwsze doświadczenie tego Boga nie będzie już dotyczyło Jego wyglądu ani wpływu, jaki wywiera na niego samego, lecz raczej Jego natury w pewnym obszarze czystej myśli.

W przypadku boga Ozyrysa nie wyrazi już swojej wizji ani imieniem „Ozyrys”, ani zieloną twarzą, ani białymi szatami usianymi trzema aktywnymi barwami, ani koroną, berłem i biczem.

Nie będzie także śpiewał cudownych hymnów o zejściu do Amenti, śmierci i zmartwychwstaniu boga.

Wyrazi to wszystko za pomocą czystego symbolu, takiego jak krzyż, heksagram albo nawet liczba sześć.

A ci, którzy znajdują się na tej samej płaszczyźnie, zrozumieją go.

Tutaj należy również zaklasyfikować objawienia czystej Kabały oraz odkrywanie relacji zachodzących między symbolami.

Stany osiągane na poziomie saññā są rzeczywiście tak wzniosłe, że człowiek racjonalny niemal zawsze nie potrafi ich zrozumieć.

Wizje rūpa zna przynajmniej przez analogię i nazywa mistyka tego poziomu niemądrym głupcem.

Podobnie w przypadku vedanā, którego mistyka nazywa ogłupiałym osłem.

Mistyk saññā jawi mu się jednak jako człowiek całkowicie obłąkany.

Haszyszowymi odpowiednikami tego stadium są analizy umysłowe, które szczegółowo omówiłem wcześniej, w częściach V i VII.

Metody osiągnięcia powodzenia na tym poziomie są znacznie bardziej wymagające niż te, które wystarczały wcześniej.

Cały umysł musi przez długie, nieprzerwane okresy pozostawać całkowicie skierowany ku własnemu działaniu, aż stan ten stanie się dla niego naturalny. Wtedy zostaje osiągnięty stan nazywany pratyāhārą.

Pierwszym rezultatem będzie rozpad umysłu na niepowiązane ze sobą wrażenia.

Następnie może pojawić się doświadczenie straszliwe: świadomość wzajemnego odłączenia wszystkich zjawisk, a także jednostek świadomości obserwatora.

Zarówno Wszechświat, jak i Jaźń okazują się obłąkane.

Umysł może stać się całkowitą pustką, a jedyną ulgą – choć brzmi to dziwnie – pozostaje niemal niemożliwa do zniesienia psychiczna udręka samej świadomości.

Udręka ta, należąca do niższego stadium vedanā, staje się ciężarem nieustannie odciągającym mistyka, gdy usiłuje on przebić się przez czerń własnego obłędu.

A jednak jedność tej udręki stanowi dowód istnienia jego Jaźni oraz zapowiedź jej zmartwychwstania z otchłani.

Taki stan mistyczny może trwać kilka dni, a być może nawet tygodni.

Nie ośmieliłbym się wyznaczać mu ścisłych granic.

Najmniejszy błąd w tym procesie niemal z pewnością doprowadziłby do trwałej i beznadziejnej melancholii; samobójstwo mogłoby okazać się najłagodniejszym zakończeniem.


XVI

„O, jakże nieugięci są intelektualni władcy świata!”

Zoroaster

Saṅkhāra

Czytelnik zauważy zapewne – mam nadzieję, że z pełnym bólu współczuciem – jak coraz trudniej jest wyrazić rezultaty tych medytacji za pomocą języka.

W tym miejscu niemal chciałoby się zawołać za Fichtem, że gdyby tylko można było rozpocząć wszystko od nowa, należałoby zacząć od wynalezienia całkowicie nowego systemu symboli.

W odniesieniu do saṅkhāry analogia z haszyszem zaczyna zawodzić.

Być może odpowiada jej przekonanie o nieodpartej konieczności związku przyczynowego oraz świadomość, że podmiot i przedmiot pozostają ze sobą powiązane poprzez niezmienne glify.

Możliwe jednak, że moje doświadczenia z haszyszem są jeszcze bardziej niepełne, niż dotąd przypuszczałem, i że bardziej uzdolnieni eksperymentatorzy zdołaliby wypełnić tę lukę.

W koncentracji początkującego – choć na tym etapie trudno jeszcze nazywać go początkującym – saṅkhāra stanowi przeszkodę przerażającą.

Tym, co zakłóca równomierny tok jego myśli, jest bowiem sam ten tok.

Nie chodzi już, jak w saññā, o przypadkowe przeszkody nieuchronnie powstające w nurcie, podobne do skał zalegających koryto rzeki, lecz o samo prawo grawitacji – konieczną skłonność strumienia do podążania własnym biegiem.

Dobry młody jogin znajduje się więc w położeniu niezwykle niezręcznym: zbudował potężną machinę, usunął wszystkie dające się wyobrazić przeszkody utrudniające jej płynne działanie, a teraz staje wobec bezwładu całego tego majestatu i mocy.

Frankenstein!

Mistyczne stany saṅkhāry są straszliwsze i bardziej przytłaczające niż wszystko, co dotąd rozważaliśmy.

Ātma-darśanę można opisać jedynie bardzo niedoskonale – i obawiam się, że nawet wtedy niezrozumiale – jako świadomość całego Wszechświata będącego Jednym i Wszystkim, pozostającego w koniecznej relacji do samego siebie, zarówno w Czasie i Przestrzeni, jak i poza nimi.

Tutaj także pojawia się rezultat sammā-sati: pojmowanie własnego „ja”, jego relacji do wszystkiego oraz jego tożsamości ze wszystkim.

Lecz czuję, że zaczynam bredzić.

Wysiłek myślenia o tych rzeczach i przekładania ich na język filozofii wywołuje wrażenie – szukam po omacku i nie znajduję lepszego określenia – jakby głowa miała za chwilę eksplodować.

Człowiek ma ochotę zerwać się i krzyczeć z bezsilności, a tylko całkowita bezsensowność tego i każdego innego sposobu uzyskania ulgi sprawia, że siedzi spokojnie i nadal pisze.

Czuje się także jak stara kobieta z Teresy Raquin: niema i sparaliżowana, choć zarazem pękająca pod ciężarem potwornej tajemnicy.

Nic więc dziwnego, że adepci wymagają wielu lat przygotowania, zanim w ogóle pozwolą myśleć o samych tych rzeczach.

„Nie spoglądaj na Widzialny Obraz Duszy Natury, gdyż jej Imię brzmi: Fatalność; nie przystoi twemu ciału oglądać Jej, dopóki nie zostanie najpierw oczyszczone przez Święte Misteria”.

Najbardziej praktyczne i najłatwiejsze metody osiągania tych stanów są zasadniczo następujące.

Magiczna pamięć

Pierwszą metodą jest rozwijanie „magicznej pamięci”.

Praktyka polega na przypominaniu sobie wydarzeń dnia w odwrotnej kolejności: najpierw kolacji, potem podwieczorku, obiadu i śniadania.

Oczywiście na tym etapie człowiek już dawno porzucił posiłki na zawsze!

Pamięć przyswaja sobie ten nawyk, a z czasem zaczyna cofać się również przez sen, dalej i dalej – przez narodziny i poprzednie stany – aż, jak twierdzi Bhikkhu Ananda Metteyya, cofając się nieustannie przez przeszłość, człowiek obchodzi cały krąg i dociera do przyszłości.

„To bardzo ładne, ale nie wiem, co właściwie znaczy!”

Uważam za uczciwe zaznaczyć, że sam nie osiągnąłem w tej medytacji żadnego powodzenia i przekazuję ją wyłącznie z relacji innych.

Sammā-sati – Właściwe Przypomnienie

Prawdziwym kluczem do tego stadium jest sammā-sati – Właściwe Przypomnienie.

Rozważa się wszystkie znane czynniki, które sprawiły, że człowiek stał się właśnie takim, jakim jest – sobą, a nie kimś innym.

Jest oczywiste, że pominięcie choćby jednego najdrobniejszego elementu musiałoby zmienić cały bieg wydarzeń.

Należy więc pytać: dlaczego właśnie tak, a nie inaczej?

„Zbadaj Rzekę Duszy: skąd i w jakim porządku przybyłeś, abyś, choć stałeś się sługą ciała, mógł ponownie wznieść się do Porządku, z którego zstąpiłeś, łącząc czyny ze świętym rozumem”.

Dlaczego urodziłem się w Anglii, a nie w Walii?

Dlaczego moimi rodzicami byli właśnie ci ludzie, a nie inni?

Dlaczego wybrałem wspinaczkę, a nie krykiet?

Tak należy postępować z każdym znanym faktem, który nas dotyczy – a wszystkie znane fakty nas dotyczą, choćby tylko dlatego, że możemy zapytać:

„Dlaczego znam właśnie ten fakt?”

Jak to wszystko do siebie pasuje?

Musi pasować, ponieważ Wszechświat nie jest obłąkany – tę ciemność mamy już za sobą.

Kim więc jestem?

I dlaczego?

I dlaczego?

Osiągając ekstazę lub samādhi tą drogą, człowiek rozwiązuje zagadkę kammy i staje się zdolny wejść do królestwa czystej świadomości.

Wszechświat, którego skutki zostały opanowane już dawno, zostaje wreszcie opanowany także w swych przyczynach.

I rzeczywiście tylko Magister Templi może powiedzieć:

Vi Veri Vniversum Vivvs Vici.

„Mocą Prawdy, żyjąc, zwyciężyłem Wszechświat”.


XVII

„Wszystkie rzeczy istnieją wspólnie w Świecie Poznawalnym”.

Zoroaster

Muszę w tym miejscu dodać krótką uwagę dotyczącą słowa samādhi, które jest źródłem nieskończonej liczby nieporozumień.

Etymologicznie ma ono składać się z sam – odpowiadającego greckiemu syn, „razem z” – oraz adhi – porównywanego tu z hebrajskim Adonai, „Panem”, szczególnie Panem osobowym albo Świętym Aniołem Stróżem.

Hindusi używają więc tego terminu na określenie stanu umysłu, w którym podmiot i przedmiot, stając się Jednym, znikają.

Tak jak wodór łączy się z chlorem i powstaje chlorowodór, tak jogin łączy się z przedmiotem swojej medytacji – na przykład z własnym sercem – a gdy oba znikają, pojawia się Wisznu.

Nie oznacza to, że jogin postrzega Wisznu.*

Jogin przestał istnieć, tak jak przestał istnieć wodór.

Nie oznacza to także, że serce stało się Wisznu ani że Wisznu wypełnił serce.

Serce również zniknęło, tak jak zniknął chlor.

Pozostaje jedynie probówka wypełniona chlorowodorem, pozostającym w całkowicie odmiennej relacji do swych składników i będącym rezultatem ich połączenia.

Celowo posługuję się tutaj elementarnym ujęciem chemicznym.

Dla Hindusa samādhi jest więc rezultatem – wręcz rezultatem wszystkich rezultatów.

Istnieją jego wyższe i niższe formy.

Najwyższym rodzajem jest tak zwane nirvikalpa-samādhi, w którym trans osiąga się przez całkowite usunięcie myśli, a nie przez koncentrację na jednej myśli.

Dla buddysty natomiast samādhi, choć oznacza ten sam stan umysłu, nie jest celem, lecz środkiem.

Święty człowiek Wschodu musi zachowywać ten stan umysłu nienaruszony przez całe życie, używając go jako broni przeciwko Trzem Cechom – będącym przeciwieństwem Nibbāny – tak jak zwykłą dualistyczną świadomość wykorzystuje się do atakowania samego dualizmu.

Muszę jednak zaznaczyć, że koncepcja ta jest tak ogromna, iż niemal powątpiewam w jej możliwość i drżę, zastanawiając się, czy sam ją właściwie rozumiem.

Samādhi trwające dwanaście sekund jest zjawiskiem zdolnym wstrząsnąć duszą człowieka, wyrwać z korzeniami jego kammę i zniszczyć jego Tożsamość.

A tymczasem Bhikkhu Ananda Metteyya pogodnie mówi o niemal nieustannym samādhi jako o pierwszym kroku ku urzeczywistnieniu!

Hindus również zadaje w tej sprawie pytanie.

Mówi:

„Definiuję Zjawiska jako zmienne, a Atmana – Noumen – jako niezmienny. Kiedy mnie podważacie, odpowiadam po prostu, rozróżniając Atmana i Paramatmana. Wy mówicie to samo, lecz zamiast Atmana używacie słowa ‘Nibbāna’”.

Buddysta może odpowiedzieć jedynie, dość szorstko:

„Nie istnieje Atman; istnieje natomiast Nibbāna”.

Hindus zapewne wymamrocze coś o tym, że krytyka pojęcia Nibbāny zmusiła niektórych buddystów do stworzenia koncepcji Parinibbāny, zdefiniowanej prosto i zręcznie jako:

„To, do czego żadna z tych krytyk się nie odnosi”.

A przecież Atman i Nibbāna są definiowane niemal identycznie.

Byłoby oczywiście bezcelowe, abyśmy my, nieznający doskonale ani jednego, ani drugiego, próbowali rozstrzygać tak subtelny spór.

Lepiej zabierzmy się do dzieła i osiągnijmy oba – a także To, co je łączy, neguje i przekracza.

Słowa są tanie!


Przypis autora

* Trudność przedstawienia tej kwestii sprawia, że autor Bhagawadgity schodzi w rozdziale XI do symboliki rūpa, choć powinien znajdować się na poziomie viññāṇa.

Niezbędna jest całkowita zmiana podmiotu zdania.

Autobiografia mistyka wyglądałaby zatem następująco:

płód, niemowlę, dziecko, chłopiec, młodzieniec, mężczyzna, 418.

Nie istnieje osobowa tożsamość łącząca człowieka stojącego na progu „urzeczywistnienia” z Istotą, która powstaje w nim, unicestwiając go, a którą później wspomina on jako swojego „Geniusza”.


XVIII

„W Nim rzeczy pozbawione postaci zostają ukształtowane”.

„Podobny Ogień, błyskawicznie rozciągający się poprzez porywy Powietrza; albo Ogień bezpostaciowy, z którego wyłania się Obraz Głosu; albo też przeobfite, migoczące Światło, obracające się, wirujące i wołające donośnie. Istnieje również wizja ognistego Rumaka Światła albo Dziecięcia unoszonego na ramionach Niebiańskiego Rumaka – ognistego, odzianego w złoto lub nagiego, albo wypuszczającego z łuku promienie Światła i stojącego na barkach konia. Jeśli zaś twoja medytacja będzie trwała, połączysz wszystkie te Symbole w Postać Lwa”.

„Lecz Bogiem jest Ten, który ma Głowę Jastrzębia”.

Zoroaster

Viññāṇa

Jeżeli analogia z haszyszem może nam w tym miejscu w czymkolwiek pomóc, to jedynie w odniesieniu do owego najwyższego stanu, w którym człowiek ukształtował samego siebie w Boga.

Można wątpić, czy sam narkotyk kiedykolwiek wywołuje taki rezultat. Być może jedynie przeznaczony do tego adept, chwilowo uwolniony przez rozpuszczające działanie środka z łańcucha czterech niższych skandh, uzyskuje wiedzę, która z natury mu przysługuje, choćby był całkowicie niezdolny osiągnąć ją zwykłymi metodami.

Dla człowieka praktykującego medytację stadium to jest jeszcze straszliwsze niż poprzednie.

Posługując się wcześniejszymi obrazami, zawiesił on prawo grawitacji. Strumień znieruchomiał, a Słońce duszy odbija się wiernie w jego blasku. Potężna machina została zatrzymana.

Ale – wciąż tam jest!

Pozbyliśmy się ruchu, lecz materia pozostała.

Po raz kolejny muszę przeprosić za tak elementarne ujęcie fizyki.

Dopóki zaś istnieje choćby najmniejsza cząstka materii, musi wypełniać Wszechświat – nie pozostaje w nim żadne miejsce dla ducha.

Myśl została opanowana i wygładzona. Myśl została nawet zatrzymana. A jednak myśl nadal istnieje.

Trwa niezmiennie, w swej ciszy i ogromie silniejsza niż kiedykolwiek.

A przecież – o nieszczęsny! – to, co daje się pomyśleć, nie jest prawdą.

Chwyciłeś kłamstwa – owe małe lisy, które niszczą winorośl.

Jedno kłamstwo po drugim tłumiłeś; i cóż osiągnąłeś?

Rozbiłeś wszystkie złudzenia – o nędzny niewolniku!

Wszystko, czego dokonałeś, polega na zharmonizowaniu i zespoleniu wszystkich kłamstw oraz złudzeń w jedno powszechne kłamstwo, jedną nieskończoną iluzję.

Jest Jedna; nic jej się nie przeciwstawia.

Znajdujesz się teraz dziesięć milionów razy silniej w uścisku Māyi niż kiedykolwiek wcześniej – ty, który nazywasz siebie Parabrahmanem, Hua, IAO!

Do mistycznych stanów tego stopnia należą ostateczna i doskonała tożsamość Jaźni ze Świętym Aniołem Stróżem, Wizja Pana oraz Cztery Bezforemne Stany buddyzmu, a mianowicie samādhi skupione na:

  • świadomości,
  • przestrzeni,
  • nicości,
  • oraz na tym, co – posługując się terminologią logiczną – nie jest ani P, ani p′.

Tutaj należy również umieścić Śiva-darśanę: Wizję Zagłady Wszechświata, Otwarcie Oka Śiwy.

Dlatego adepci tego stopnia noszą oko jako odznakę.

Cóż można powiedzieć o tej wizji poza tym, że Wszechświat, poznany wcześniej poprzez ātma-darśanę, zostaje unicestwiony?

Negacja zawarta w tym zdaniu jest jednak tylko pozorna. Chodzi o to, że zostaje zniszczone wszystko, co negatywne w ātma-darśanie; znika jedynie złudzenie.

A przecież na jego miejscu rzeczywiście pozostaje Nic – i jedynym sposobem oddania tego jest zapisanie słowa Nic wielką literą.

Jeżeli racjonalistyczny czytelnik wykazał się cierpliwością przewyższającą nawet cierpliwość stylity i dotarł aż tutaj, z pewnością wreszcie odrzuci książkę, rzucając przekleństwo całkowicie usprawiedliwione z etycznego punktu widzenia.

Proszę go jednak, aby uwierzył, że istnieje pewna różnica między mną a handlarzem paradoksami.

Nie bawię się słowami – Bóg jeden wie, jak bardzo chciałbym, aby tak było!

To słowa bawią się mną.

Uczciwie i trzeźwo próbuję zapisać to, co wiem; to, co znam lepiej niż cokolwiek innego na świecie; to, co tak dalece przekracza i przewyższa wszystkie inne doświadczenia, że cały płonę pragnieniem, by to ogłosić.

A jednak ponoszę całkowitą klęskę.

Poświęciłem życie studiowaniu języka angielskiego. Moi pochlebcy przypisują mi pewną łatwość wysławiania się, szczególnie – jak można przyznać – w przekazywaniu najbardziej skrajnych postaci myśli.

A tutaj z braku języka mam ochotę spalić cały Wszechświat.

W końcu gniew przemija i człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego jego poprzednicy, znalazłszy się w tym samym położeniu, radzili sobie z nim, spokojnie malując „Serce opasane Wężem”, „Skrzydlatą Kulę” albo podobny symbol.

Jeżeli jednak trwam przy swoim, rozumując, że mój skromny dar języka musiał zostać mi dany w jakimś celu – a więc właśnie w tym, skoro żadnego innego celu być nie może – niech moi racjonalistyczni przyjaciele mi wybaczą. Udręka mojej bezsilności sama bowiem odpłaca im z nawiązką.

Co do metod osiągania tych szczególnych stanów, niemal całkowicie zgadzam się ze Śri Paranandą, moim pobożnym przyjacielem, gdy mówi o „Łasce Pana Śiwy”, oraz z moim bezbożnym przyjacielem Bhikkhu Anandą Metteyyą, kiedy sugeruje, że przypadkowa zbieżność obwodów Nibbāna-dhātu i Saṃsāra-cakry z brahmarandhrą sfery dziewięćdziesięciodziewięcioletniego, podobnego do ssącej palmy talipot arhata może mieć z tym coś wspólnego.

Najwyraźniej wiemy bardzo niewiele.

Tak nieliczni osiągają tę klasę doświadczenia, że być może trudno uzasadnić twierdzenie – które zawsze głosiłem, i to stanowczo – że nagroda odpowiada wykonanej pracy.

Możliwe, że praca nie wpływa tutaj na wynik, choć wyraźnie wpływa na niższych stopniach. Być może komuś z zewnątrz uda się dokonać wielkiej rzeczy.

Ag­noscō! – przyznaję, że nie wiem.

Mimo to radzę ludziom nad tym pracować.

Być może najbardziej bezpośrednia metoda polega na zajęciu miejsca w swojej ājñā-cakrze – w tym punkcie mózgu, w którym powstają myśli, punkcie, który trzeba odkryć i uczynić świadomym przez wielokrotne eksperymenty – a następnie, nie myśląc o niczym, zabijać pojawiające się myśli jednym uderzeniem, jak dziecko zabijające muchy.

Trudność polega oczywiście na tym, aby zabijać je, nie myśląc o samym zabijaniu, ponieważ taka myśl jest naturalnie równie szkodliwa jak każda inna.

Sam nigdy nie osiągnąłem dzięki tej metodzie żadnego pożytku.

Sądzę jednak, że dość często może się zdarzyć, iż podczas zaawansowanej medytacji albo inwokacji ten szczególny rodzaj doświadczenia duchowego pojawi się nagle, bez widocznej przyczyny.

Miejmy zatem nadzieję, że tak właśnie jest!

Z praktycznego punktu widzenia sądzę, że najlepsze rezultaty może przynieść rozsądne połączenie metod Wschodu i Zachodu.

Niech młody Adept najpierw gruntownie opanuje podstawy systemu hinduskiego.

Niech opanuje āsanę, czyli postawę, tak aby potrafił siedzieć nieruchomo przez wiele godzin, nie otrzymując od ciała żadnych sygnałów, które docierałyby do mózgu i go zakłócały.

Niech do swoich umiejętności włączy prāṇāyāmę, czyli kontrolę oddechu oraz życiowych prądów nerwowych reagujących z nim współodczuwająco.

Następnie niech za pomocą odpowiedniego rytuału magii ceremonialnej wzniesie swoją duszę tak wysoko, jak tylko możliwe.

Kiedy zaś dzięki temu całkowicie utożsami się z Najwyższym, niech jako ów Najwyższy kontynuuje medytację nad samym Sobą z ogromną siłą, aż cała jego sfera zostanie wypełniona jedną jedyną Myślą.

Wreszcie, jeśli ta męska energia okaże się niewystarczająca, niech przemieni ją w czystą i doskonałą pustkę oraz bierność – podobną do stanu kogoś oczekującego Umiłowanego, z intensywną tęsknotą pozbawioną jednak namiętności przez pewność, że On nadejdzie.

Wówczas być może otworzy się nad nim Oko, a grobowiec jego Piramidy zostanie odpieczętowany.

Nie sposób w kilku słowach dokładnie wyjaśnić tego eklektycznego systemu, ponieważ każdy czyn i każda myśl rytuału wymagają pomocy doświadczonego nauczyciela. Nawet dobry uczeń mógłby studiować przez wiele lat, zanim opanowałby tę metodę.

Do tego czasu całkiem możliwe, że odkryłby już własną.

Jakkolwiek by było, muszę uczynić wszystko, co potrafię.

A jeżeli dzięki temu zdołam pomóc choćby „najmniejszemu z tych maluczkich”, tym lepiej.


XIX

„To, co Poznawalne, istnieje poza Umysłem”.

Zoroaster

Nirodha-samāpatti

Zapewne myślicie, że noszenie Oka jako odznaki i dotarcie tak blisko Końca musi być niezwykle satysfakcjonujące.

I właśnie tutaj zaczyna się żart.

Adeptowi może jednak z bolesną intensywnością przypomnieć się angloindyjskie przysłowie:

„Pijawka to pijawka, ale pijawka w nosie to już nie żart”.

„Nos” nie jest właściwym słowem, lecz mniejsza o to!

Adept bowiem nie znajduje się ani trochę bliżej Nibbāny niż na początku.

Choć zdarł wszystkie łupiny myśli i dotknął samej Myśli, osiągając nawet jej negację, nadal pozostaje na płaszczyźnie Myśli.

A to, co można pomyśleć, nie jest prawdą.

Cała jego sprawiedliwość jest jak splugawione łachmany. Nawet wieczność Śiva-darśany, nawet zgromadzone przez niego krocie mahākalp w bezforemnych światach Brahmy muszą przeminąć. Będzie musiał powrócić do swoich koni – tym razem jako końska mucha.

Musi więc porzucić cały szereg ekstaz. Przez cały ten czas znajdował się na niewłaściwej drodze.

Trzy Cechy odnoszą się bowiem zarówno do viññāṇa, jak i do rūpa:

  • zmienność,
  • cierpienie,
  • brak trwałej substancji.

Pozostał mu tylko jeden kapitał: nawyk jednopunktowości – ekāgratā.

Może być czarnym magiem wszelkiego rodzaju, lecz przynajmniej nauczył się skupiać umysł.

Na czym jednak ma go teraz skupić?

W tym miejscu analogia z haszyszem jest trafniejsza niż kiedykolwiek. Nibbāna ma się do osiągnięcia Ośmiu Dżhan, Czterech Bezforemnych Stanów i tym podobnych tak, jak Dekalog do któregokolwiek ze stanów wywołanych haszyszem.

Nie ma z nimi absolutnie nic wspólnego.

Przez cały czas adept chodził wzdłuż obwodu koła, pogodnie śpiewając:

„Bliżej, mój Boże, Ciebie, bliżej Ciebie!”

Tymczasem jego Bóg znajduje się w środku.

Odegrał sztuczkę szamana i zmarnował mnóstwo dziewic w nadziei, że sprowadzi deszcz.

Tak więc – należy przypuszczać, ponieważ dochodzę tu do punktu, w którym, jak szydzi pan Waite, zmuszeni jesteśmy schronić się w złowieszczej ciemności i nieodwracalnej tajemnicy, gdyż niczego o niej nie wiemy – adept siada i kontempluje Trzy Cechy.

Prawdopodobnie jest to niezwykle trudne. Mimo całej tej opowieści o „Łasce Pana Śiwy” jest on zapewne ekspertem w transach viññāṇa. Stworzył więc wieczny Wszechświat, a następnie jeszcze bardziej wieczną Nieobecność Wszechświata; oba te stany są zapewne jedynie ogromnymi skupiskami sat–cit–ānandy – Bytu, Wiedzy i Błogości – podczas gdy on próbuje myśleć o Zmienności, Cierpieniu i Braku Substancji.

Wreszcie, jak sobie wyobrażam – prawdopodobnie bez dostatecznych podstaw – udaje mu się dostrzec najpierw prawdziwość, a następnie fałszywość Trzech Cech.

I to jest Nibbāna.

Podobnie jak w przypadku samādhi, można wyjaśnić, że człowiek nie znajduje się „w” Nibbānie; Trzy Cechy również nie znajdują się „w” Nibbānie.

Po prostu – Nibbāna jest.

Łatwo byłoby zbudować system paradoksów, w którym zmiana, nie-zmiana, jednoczesna zmiana i nie-zmiana oraz ani-zmiana-ani-nie-zmiana byłyby postrzegane równocześnie.

Niektórzy autorzy istotnie stworzyli coś bardzo podobnego.

Lecz między nami mówiąc, nie sądzę, aby wiedzieli o tym cokolwiek.

A ponieważ ja sam z pewnością również nic o tym nie wiem, to – o ile wam wszystko jedno – wolałbym pozostawić temat w spokoju.

Naprawdę nie możemy dopuścić do powstania kolejnego Hargrave’a Jenningsa i jego The Rosicrucians: Their Rites and Mysteries.

Na tym sprawa musi się zakończyć.

Dodałem tę część dla kompletności, lecz wszystko, co zawiera, znam jedynie ze słyszenia.

Jestem zbyt ślepy, aby dostrzec konieczność istnienia tej części. Daleki jestem od przekonania, że zjawiska viññāṇa nie stanowią ostatecznego kresu. Są tak potężne, że nawet człowiekowi z nimi obeznanemu musi być trudno wyobrazić sobie stan nie tylko wyższy, lecz należący do zupełnie innego wymiaru.

A jednak?…

Być może właśnie to, czego obecnie bronię, jest Wielkim Złudzeniem…

Skoro jednak przyjąłem buddyjskie skandhy za podstawę mojej klasyfikacji, byłem zobowiązany choćby przez zwykłą uprzejmość przedstawić doktrynę buddyjską tak, jak usłyszałem ją od jedynego człowieka, który naprawdę ją rozumie – Bhikkhu Anandy Metteyyi.

Gdybym tylko potrafił zrozumieć jego…


XX

„Jeżeli skierujesz Ognisty Umysł ku dziełu pobożności, zachowasz podlegające przemianom ciało”.

„Przez trzy dni, lecz nie dłużej, powinniście składać ofiary”.

Zoroaster

Dotarliśmy do końca naszej niewielkiej dygresji poświęconej stanom mistycznym i możemy pogodnie powrócić do rozważań nad Naukowym Iluminizmem.

Możecie powiedzieć, że otrzymaliście za pół pensa nauki, a za to nieznośnie wielką porcję iluminizmu.

Właśnie to chciałem usłyszeć.

Gdyby było inaczej, nie poświęciłbym dwóch nocy na pisanie tego artykułu, podczas gdy każdego ranka chciałbym być wypoczęty, aby iść do Prado i napawać się Velázquezem!

Oto, panowie, szereg autentycznych stanów mistycznych: niektóre rodzime, inne importowane.

Proszę nam powiedzieć, czym one są!

Przecież tak bardzo lubicie wyjaśniać, czym są różne rzeczy.

Nie ma sensu określać ich wszystkich mianem obłędu. Nie są też pozbawione znaczenia.

Moim zdaniem większość wielkich ludzi tego świata znała takie stany. Oni sami przypisywali im swoją wielkość i naprawdę nie widzę powodu, dla którego ludzie jawnie od nich mniejsi mieliby temu zaprzeczać.

Mam nadzieję rozwinąć ten argument, kiedy zgromadzę lepszą dokumentację. W każdym razie stany te są przedmiotem najwyższego zainteresowania.

Nawet gdyby były jedynie przejawami obłędu, wymagałyby najściślejszego zbadania ze względu na światło, jakie rzucają na funkcjonowanie mózgu.

A przecież sprawa wygląda inaczej!

Cała święta literatura świata jest ich pełna. Cała sztuka i poezja wszystkich epok czerpały z nich natchnienie.

A na Boga – nie wiemy o nich nic!

Nie znamy niczego poza mglistymi i zaburzonymi odbiciami, które umysły samych mistyków, niewyszkolonych w precyzyjnej obserwacji, przynoszą ze źródeł Światła.

Nie znamy niczego poza tym, co wykorzystują szarlatani i o czym bredzą zdziecinniali starcy.

Pomyślcie tylko, czego się domagamy!

Twierdzimy, że koncentracja i jej rezultaty mogą otworzyć Zamknięty Pałac Króla i rozwiązać Zagadkę Sfinksa.

Cała nauka doprowadza nas jedynie do ślepego muru – muru Filozofii.

Oto zaś wasz wielki Taran, który może wybić w nim wyłom i wpuścić straceńczy oddział Dzieci Klątwy, aby szturmem zdobyły wyżyny niebios.

Jeden jedyny wyszkolony obserwator, po pięciu latach pracy, dysponujący sumą mniejszą niż koszt budowy piekarni i pomocą nie większą niż ta, której mogłoby udzielić mu kilkunastu studentów-ochotników, zdobyłby sławę wyższą niż gwiazdy i skierował ludzkość na królewską drogę ku rozwiązaniu jednego wielkiego problemu.

Naukowy Iluminizm zasłużyłby na swoją nazwę albo mistycyzm otrzymałby cios, który ocaliłby kolejnego młodego głupca podobnego do mnie przed zmarnowaniem całego życia na tak bezsensowne badania.

Mógłby on wtedy poświęcić się szlachetniejszej karierze oszukiwania i zwodzenia bliźnich w uznanych dziedzinach handlu i polityki, nie wspominając o bardziej pospolitych nieuczciwościach wolnych zawodów.

Ja jednak nie mam wątpliwości.

Niech badacz studiuje własny mózg zgodnie z przedstawionymi przeze mnie zasadami, być może początkowo przy pomocy haszyszu albo lepszego środka fizycznego, aby przezwyciężyć tępy sceptycyzm, jaki rodzi się z lenistwa spoczywającego na fundamencie niewiedzy.

Nie ma sensu badać pozbawionego mózgu umysłu innej osoby tylko dlatego, że cieszy się ona opinią oszusta – jak zdają się czynić badacze spirytyzmu.

Najlepszy jest własny mózg.

Następne w kolejności są wyćwiczone i silne mózgi ludzi inteligentnych, wykształconych, całkowicie zdrowych, uczciwych i ostrożnych.

Uzyskacie od nich więcej niż od ckliwego, histerycznego, zawodowego kuglarza.

Wszelkie przeciwne twierdzenia są jedynie pianą.

Mahomet był wielkim prawodawcą i wielkim wojownikiem.

Przeprowadzajcie doświadczenia na zdrowych, a nie na obłąkanych!

To prawda, że u osób zaburzonych łatwiej wywołać halucynacje.

Nigdy jednak – nigdy, nigdy – nie znajdziecie kobiety ani degenerata zdolnego do transu wyższego niż poziom vedanā.

Uwierzcie mi na słowo!

Nie – nie wierzcie mi w niczym.

Badajcie wszystko; zachowujcie to, co dobre!

Madryt, sierpień 1908 roku, według starego stylu

źródło: The Herb Dangerous. Part II: The Psychology of Hashish;  The Equinox: The Official Organ of the A∴A∴. The Review of Scientific Illuminism, Vol. I, No. II, An V, September MCMIX, London: Simpkin, Marshall, Hamilton, Kent & Co., Ltd., 1909.