Wieszcz

Prorocze sny – Henry Spicer

Gdyby pomysłowa filozofia zdołała wynaleźć aparat zdolny fotografować sny, jakże niezwykły ciąg obrazów – uchwyconych w nocnych godzinach czuwania – czekałby nas niekiedy o poranku!

Większość z nich zapewne rodziłaby się na samych granicach snu, kiedy zdolność rozumowania zachowuje jeszcze dostateczną władzę, by nadać pewną miarę spójności zastępom fantastycznych myśli, przygotowujących się do hucznego karnawału w mózgu.

Doświadczenie dowiodło, że pamięć można wyćwiczyć tak, by zachowywała sny nocne; a zapiski z życia prywatnego pełne są przykładów, w których stosowanie tej praktyki przynosiło najbardziej osobliwe rezultaty.

Twierdzono nawet – i popierano to jak najbardziej wiarygodnym świadectwem – że niekiedy jakiś przebłysk nieuchronnej przyszłości kładzie się cieniem na śpiącej wyobraźni; oraz że starannie prowadzony sennik – jak ten Tippoo Saiba, przechowywany w muzeum India House i mający zawierać bardzo znamienne zapowiedzi nieszczęść swego autora – mógłby zawierać niejedną wróżbę przeznaczoną do spełnienia.

Żona pana N. (dżentelmena żyjącego do dziś, który sam opowiedział poniższe okoliczności zaprzyjaźnionemu z autorem literatowi) przejawiała w różnych okresach życia oznaki jakiejś „drugowzrocznej” inteligencji, przekazywanej za pośrednictwem snów.

Choć z reguły owe przeczucia dotyczyły spraw małej wagi, czasami sięgały kwestii poważniejszych, a potwierdzenie, które niemal niezmiennie po nich następowało, skłoniło w końcu pana N., jak również innych członków rodziny, do odnoszenia się do tych proroczych wrażeń z szacunkiem niewiele mniejszym niż ten, jaki żywiła wobec nich sama śniąca.

Pewnej nocy obudziła męża z wiadomością, że miała sen o straszliwej wymowie, dotyczący ich najstarszego syna, wówczas midszypmena na pokładzie okrętu liniowego stacjonującego daleko od kraju.

Częściowo uspokojona, ponownie zasnęła, lecz następnej nocy obudziła się jeszcze bardziej wzburzona niż poprzednio i oświadczyła, że „George” stanął przy jej łóżku blady, rozczochrany, ociekający wodą – jak człowiek świeżo wyłowiony z topieli. Znów silniejszy umysł usiłował tchnąć w nią nadzieję i pociechę, których sam ledwie ośmielał się doznawać; lecz gdy złowrogi sen powrócił trzeciej nocy, biedna matka nabrała pewności, że istotnie została pozbawiona dziecka.

Nazajutrz rano pan N., stojąc przy furtce ogrodowej, został zaczepiony przez sąsiada, który z widocznym niepokojem zapytał, czy nie słyszał jakichś szczególnych wiadomości.

Gdy pan N. odpowiedział przecząco, przyjaciel oznajmił, że doszły wieści o straszliwym huraganie, jaki rozpętał się u wybrzeży B. Wszystkie statki stojące na redzie zdołały wyjść w morze i przetrwać burzę, z wyjątkiem trzech angielskich jednostek, z których jedna była okrętem wojennym; zostały one wyrzucone na brzeg i całkowicie rozbite.

Pan N. zapytał o ich nazwy i usłyszawszy je, zawołał:

„Bogu dzięki! George rzeczywiście znajduje się na tej stacji, jak pan wie, ale służy na L.”

„I właśnie wyraźnie wspomniano” – odparł jego przyjaciel – „że to ona jako pierwsza wyszła w morze”.

Bardzo uspokojony, pan N. pospieszył do domu, by przekazać żonie tę pocieszającą wiadomość. Lecz ani przez chwilę nie dała się nakłonić do zakwestionowania fatalnego znaczenia swej wizji. Obraz utopionego syna wciąż stał jej przed oczami, a przeczucie miało się spełnić aż nazbyt boleśnie.

Kiedy do Anglii dotarły szczegóły, okazało się, że kapitan L., okrętu George’a, udał się na obiad na pokład innej jednostki, zabierając chłopca ze sobą. Nagłość i gwałtowność burzy udaremniły wszelkie próby powrotu na L. Musieli pozostać tam, gdzie byli, i później zginęli wraz z tymi, których odwiedzili.

Był to współczesny przykład wizji sennej – drugiej z pięciu klas snów, na które Makrobiusz dzieli marzenia senne – oraz całkiem naturalne następstwo tego stanu, który sir Thomas Browne w swoim Religio Medici przypisuje duszy podczas snu: „kiedy w czasie uśpienia zmysłów rozum jest najbardziej przebudzony – nie ta zdolność porównywania i wnioskowania, którą nazywamy rozumem, lecz ów instynkt duszy, dzięki któremu dochodzi ona do wniosków bez porównywania i wie bez sylogizowania, przez natychmiastowe działanie własnych wrodzonych władz”.

Niezmienną cechą tego rzadkiego zjawiska jest wyraźne, niezatarte wrażenie, jakie od razu odciska ono na umyśle – jedyne, które przechodzi ze snu do jawy całkowicie niezmienione. W tym tkwi jedna z różnic między nim a zwykłym snem: odzyskana świadomość nie odrzuca go jako wytworu czystego rozumu, lecz przyjmuje jako fakt już wewnętrznie rozstrzygnięty. „Wiem, że to się wydarzyło” – tak wyraża się śniący. Wiara ta nigdy się nie chwieje. Rzeczywista podstawa tego przekonania wymyka się analizie i można ją niemal porównać z intuicją, która przed upadkiem człowieka zajmowała miejsce wiedzy nabytej.

Nie sposób nie zauważyć osobliwego sposobu, w jaki takie powracające sny znajdują czasem urzeczywistnienie w faktach.

Spotkałem się z przypadkiem człowieka, który pomiędzy młodością a wiekiem średnim śnił co najmniej dwadzieścia razy, że wjeżdża konno do wioski położonej w dzikim, surowym krajobrazie, takim, jaki umiłował Salvator Rosa, i że przy zakręcie małej uliczki napotyka orszak weselny, z panną młodą na czele, mającą na głowie wieniec z czerwonych i białych róż, purpurowy kaftan obszyty futrem oraz karmazynową spódnicę. Miała tylko jedno oko!

Mijały lata i śniący znalazł się w podróży po Czechach. Nagle ściągnął cugle w miejscu, które wydało mu się tak znajome jak dom, który niegdyś opuścił. Jeszcze chwila – i wioska, do której tyle razy docierał we śnie, ukazała się jego zdumionemu wzrokowi, detal po detalu! Nie było widać żywej duszy, lecz on wiedział – jak sam mówił – dlaczego tak jest, i oznajmił towarzyszom, że cała wiejska społeczność zgromadziła się na weselu, którego orszak spotkają przy najbliższym zakręcie. Przepowiedział nawet strój panny młodej. Kilkaset jardów dalej – i oto była, dokładnie taka, jak zapowiedział sen – aż po brak jednego oka!

Powracający sen zostaje w końcu naznaczony pewnego rodzaju wartością proroczą. „Taka a taka rzecz musi mi się przydarzyć, zanim umrę, bo dlaczego śniłbym o niej z taką uporczywością?” – powiedział ktoś, kto później doświadczył spełnienia snu na pozór równie odległego od biegu jego życia, jak tylko przypadek mógł to uczynić.

Sir Victor Houlton, od wielu lat – i nadal – sekretarz rządowy na Malcie, powiedział mi, że w chłopięcych latach śnił z niezwykłą wyrazistością i drobiazgowością, iż mieszka na tej wyspie podczas tak surowej blokady, że szczury i myszy osiągają rangę przysmaków, a cały pies staje się podstawą uczty o niezwykłym przepychu.

Nie mając żadnych szczególnych związków z Maltą ani zainteresowania nią większego niż jakimkolwiek innym punktem brytyjskiego panowania, a ponadto będąc przeznaczonym do stanu duchownego, sir Victor nie miał pozornie większych szans na urzeczywistnienie swego snu. Okoliczności skłoniły go jednak ostatecznie do obrania kariery dyplomatycznej i obecnie zajmuje, jak już wspomniałem, najwyższe stanowisko w tej zależnej posiadłości, gdzie – obok gorliwego wypełniania ogólnych obowiązków publicznych – daje się zauważyć jego szczególne, by nie rzec osobiste, zainteresowanie stanem zapasów żywności w tej ważnej twierdzy.

Faktem jest, że od czasu objęcia przez sir Victora urzędu Valletta jest zaopatrzona w żywność na dwa lata.

Sen na jawie – impuls lub silne wrażenie – choć pod pewnymi względami różni się od snu właściwego, można uznać za zjawisko pokrewne obecnemu tematowi. W takich wypadkach rozumienie pozostaje nieskrępowane, podczas gdy w stanie snu bywa ono zawieszone, a jego miejsce zajmuje to, co nazwano „czystym rozumem”.

W roku 1863 społeczność kupiecka i morska Newport w Monmouthshire z oburzonym zdumieniem była świadkiem powrotu jednego ze swych dzielnych małych statków, który po pokonaniu – mimo wielkich trudności – Przylądka Horn nagle zawrócił i wrócił do portu wraz z całym ładunkiem, dokładnie tak, jak wyruszył trzy miesiące wcześniej.

Szyper, kapitan Matthias, twierdził, że działał pod wpływem impulsu, któremu nie potrafił się oprzeć – impulsu w żaden sposób nieprzekazanego przez zmysły zewnętrzne, lecz przemawiającego w nim niejako od wewnątrz, z całą wyrazistością i mocą rzeczywistego głosu, nakazującego mu zawrócić pod groźbą całkowitej zagłady zarówno statku, jak i załogi. Najusilniej „protestował” (w swojej relacji zawsze używał zwrotów sugerujących obcowanie z odrębną osobowością), lecz „głos” trwał przy swoim i obiecał, że w razie posłuszeństwa od chwili zmiany kursu statek otrzyma pomyślne wiatry – co istotnie nastąpiło.

Oczywiście czyn tak niezwykły i niewytłumaczalny nie mógł zostać pominięty, i kapitan, stając przed komisją śledczą, został pozbawiony patentu.

Jego statek, Esk, wyruszył ponownie pod nowym dowództwem – i zaginął. Nas interesuje jednak jego dawny dowódca.

W postawie Matthiasa była taka spokojna pewność i konsekwencja, że nawet pośród burzy potępienia, którą wywołał, zdawał się budzić szacunek. Z reguły nietrudno rozpoznać, kiedy człowiek wierzy, że mówi prawdę.

Kapitan ten był abstynentem. Nigdy nie wykazywał najmniejszych oznak zaburzeń umysłowych. Cała jego załoga, choć niezadowolona z jego postępowania, zgodnie oświadczała, że jest najspokojniejszym i najzręczniejszym marynarzem pośród nich. Był człowiekiem głęboko religijnym, a jego życie pozostawało w zgodzie z wyznawanymi zasadami. Wszystkie jego doczesne interesy związane były z pomyślnym przebiegiem rejsu. A wreszcie pozostawał pod głębokim zobowiązaniem wobec głównego armatora, który w chwili potrzeby udzielił mu hojnej pomocy.

Jego wystąpienie przed komisją śledczą było wzorem męskiej, prostolinijnej wymowy, a z odebraniem patentu pogodził się jako z obowiązkiem, którego należało oczekiwać ze strony tych, którym nie mógł przedstawić żadnego dowodu – poza samym swoim słowem – na niezwykłe doświadczenie, jakie opisał.

W rzeczywistości przypadek taki jak ten kapitana Matthiasa zdarza się nie częściej niż raz na stulecie i warto rozważyć, jak zachowałoby się zapewne dziewiętnaście osób na dwadzieścia, poddanych podobnej próbie. Wiemy, że impulsy tego rodzaju bywały źródłem czynów bohaterskiej odwagi. Czemu więc nie miałyby być także źródłem przezorności? Albo człowieczeństwa?

Osoba postawiona w sytuacji kapitana Matthiasa zmaga się z tą trudnością, że zwyczajny język nie jest w stanie opisać nieodpartego nacisku psychicznego wywieranego przez tego tajemniczego podszeptującego. Wobec niego obowiązek, interes i skłonność ustępują jednakowo. Niebezpieczeństwo i miłość życia stają się słowami bez znaczenia – zagubionymi w echu wewnętrznego głosu, który uparcie domaga się posłuszeństwa. Jeśli nie posiada ono charakteru rzeczywistego natchnienia, to ma przynajmniej w pewnej mierze jego siłę. Nie mogąc przypisać go żadnemu zrozumiałemu źródłu, ten, kto go doświadcza, odnosi ów tajemny sekret do Źródła wszelkiej inteligencji – duszę ku Stwórcy duszy.

Nie przynosi też zaszczytu – choć jest całkowicie zgodne – ludzkiemu osądowi to, że w tych rzadkich przykładach nie dostrzega on żadnego elementu usprawiedliwienia.

Przypadek kapitana Matthiasa i Esku (zdarzenie to zyskało zbyt wielki rozgłos, by istniała potrzeba ukrywania nazw) nie jest jedynym, który w ostatnich latach dostarczył poświadczonego przykładu opisanego wyżej zjawiska psychicznego. Być może wolno mi będzie powrócić do tego tematu w późniejszym artykule.

Henry Spicer

źródło: PROPHETIC DREAMS; A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter, January 6, 1882.


Część II

PROPHETIC DREAMS
(Continued.)

Trzeba przyznać, że trudność zastosowania jakiejkolwiek teorii wyjaśniającej do potwierdzonych przypadków tego rodzaju wydaje się nie do przezwyciężenia. Zjawiska te nie są obrazami odtworzonymi z pamięci, ponieważ nic, co byłoby z nimi choćby najodleglej związane, nie weszło jeszcze w zakres poznania osoby mającej wizję. Nie są też przypadkowymi wytworami mózgu, skoro pozostają w bezspornym związku z wydarzeniami, które mają dopiero nastąpić. Nie są również przedmiotami, do których mogłaby dotrzeć najbardziej nawet spekulatywna teoria magnetyczna, ponieważ działanie takich czynników czeka na rozwiązanie związku duszy z ciałem – i nie przetrwa nawet jednej chwili po jego ustaniu. Jedno przynajmniej jest pewne – że materia ta zawiera, pośród wielu obcych jej naleciałości, ów zarodek i zasadę prawdy, którą sceptycy, od Lukiana poczynając – zirytowani i zdezorientowani fałszami i absurdami łatwowiernych opowiadaczy, a jeszcze bardziej łatwowiernych słuchaczy – odrzucali bez analizy wraz z rupieciami, w których była spowita. Zarówno dla mędrca, jak i dla głupca jest coś dręczącego w niezaspokojonej wątpliwości – w zagadce, której nie sposób odgadnąć. Mówi się, że ślepy stary Homer umarł ze złamanym sercem, nie mogąc rozwiązać zagadki zadanej mu przez rybaka!

Dość powiedzieć, że dziś nie ma już upoważnionych cudotwórców, a nawet ten codzienny cud, jakim jest nawrócenie cielesnego serca, dokonuje się w ciszy i skrytości; ale czy wolno nam wnioskować, że skoro Wszechmogący Władca uznał za stosowne zamknąć jeden kanał łączności (ten bezpośrednich cudów) pomiędzy Sobą a światem materialnym, to zniósł również ów kontakt, co do którego istnieją podstawy, by sądzić, że istniał w dawnych czasach między światem duchów a światem ludzi? Ponieważ objawienia tego rodzaju nie miały tego samego celu co cuda chrześcijańskie – mianowicie poświadczenia nieograniczonej mocy Boga sprawiedliwości i miłosierdzia – (Abraham w przypowieści o bogaczu i Łazarzu zdaje się uważać ich świadectwo za mniej skuteczne niż świadectwo utrwalonych pism), ich dalsze trwanie nie było konieczne dla jedności nowego porządku. Zagadnienie to zajmowało wiele uwagi wśród wczesnych Ojców Kościoła chrześcijańskiego i jeśli nie byli oni zgodni w niczym innym, to przynajmniej jednomyślnie przypisywali to zjawisko źródłu nadprzyrodzonemu. Słusznie powiedziano, że dzieł Bożych nie należy stawiać przed trybunałem Jego praw natury i że fizyczne niemożliwości bywają często duchowymi pewnikami. Przejdźmy teraz do przykładu:-

Pan Drayson, młody student Uniwersytetu w Cambridge, spędzał długie wakacje na nauce w cichym miasteczku Exmouth, gdzie – jak wielu czytelników zapewne pamięta – rzekę Exe przeprawia się promem łączącym miejscowość ze stacją Starcross na linii Great Western Railway. W tym celu łódź pozostaje stale w gotowości od świtu do zmierzchu. Pewnej nocy, między dwunastą a pierwszą, młody człowiek nagle się obudził z wrażeniem, że zwrócił się do niego natarczywy głos, mówiący z taką wyrazistością, iż ostatnie słowo wciąż dźwięczało mu w uszach:-

„Idź na prom!”

Uznając to za zwyczajny sen, pan Drayson znów usiłował zasnąć, lecz po raz drugi polecenie zostało powtórzone, z dodaniem tych słów:-

„Przewoźnik czeka!”

W tym drugim głosie było coś, czego – jak wydawało się młodemu człowiekowi – nie sposób było zlekceważyć. Mimo to przez kilka minut zwalczał w sobie ten impuls, tłumacząc sobie, że absurdem byłoby wstawać w środku nocy na rozkaz wyimaginowanego głosu i iść na prom, przy którym nie znajdzie żadnej łodzi (bo przewoźnik mieszkał w Starcross), w sprawie, o której nic nie wiedział. Jego wysiłki, by odrzucić tę myśl, okazały się jednak bezskuteczne. Czuł, że sen jest niemożliwy. W najgorszym razie miałby to być tylko spacer do promu i z powrotem, a nikt poza nim samym nie musiałby się dowiedzieć o tej małej wyprawie. W końcu zerwał się, i aby nie zostawiać czasu na dalsze wewnętrzne spory, szybko się ubrał i wyruszył. Gdy zbliżył się do promu, ku swemu wielkiemu zdumieniu usłyszał przez ciemność ochrypły głos przewoźnika, który niecierpliwie go przywoływał:-

„No, kazał mi pan dziś czekać wystarczająco długo, sir! Już prawie godzinę tu na pana stoję!”

Okazało się, że i ów człowiek otrzymał swoje wezwanie, ale nie przypisał go żadnemu niezwykłemu źródłu. Nie znajdując pasażera po swojej stronie rzeki, uznał, że zawołano go z przepływającej łodzi i polecono mu przeprawić się na drugi brzeg.

Po przybyciu do Starcross umysł pana Draysona opanowała kolejna myśl lub impuls, który zdawał się wyrastać z poprzedniego. „Exeter!” „Exeter!” „Exeter!” zaczęło rozbrzmiewać, jakby w jego wewnętrznym słuchu, niczym dźwięk przywołującego dzwonu. Teraz odnosił wrażenie, że to właśnie w Exeter wypełni się cel – czymkolwiek by on był – jego dziwnej nocnej misji. Udał się więc do Exeter, docierając tam o świcie. Tutaj jednak wszelki impuls czy przynaglenie opuściły go i błąkając się bez celu po ulicach, zaczął ganić siebie za łatwość, z jaką uległ temu, co być może było jedynie czczą fantazją, postanawiając w końcu wrócić do domu najbliższym pociągiem. Tymczasem sklepy i domy zaczynały już zdradzać oznaki życia i przechodząc obok hotelu, młody człowiek wszedł do środka i zamówił śniadanie. Kelner bardzo się ociągał z podaniem posiłku, lecz tłumaczył opóźnienie tym, że trwające właśnie obrady sądowe całkowicie zapełniły dom. Drayson początkowo niewiele się tym interesował, ale widząc, że kelner uważa sprawę za bardzo ważną, z dobroducznym humorem zachęcił go, by mówił dalej, i niemało go ubawił opis spraw już rozstrzygniętych, a także jego własne opinie o tych, które miały dopiero zostać rozpatrzone. Ostatecznie ta zajmująca gadatliwość kelnera wzbudziła w słuchaczu część jego własnego zainteresowania tematem i dlatego, zamiast wrócić do Exmouth najbliższym pociągiem, spacerował aż do otwarcia sądu, po czym zajął miejsce wśród publiczności.

Sprawa, która właśnie się rozpoczynała, zdawała się budzić szczególne zainteresowanie, ponieważ oskarżony stojący przed sądem, stolarz, został postawiony w stan oskarżenia o zbrodnię zagrożoną karą śmierci. Łańcuch dowodów przeciwko niemu, choć poszlakowy, wydawał się pełny, a skazanie – nieuniknione. W istocie nie było żadnej możliwości obrony, chyba że oskarżony zdołałby wykazać, iż świadkowie oskarżenia mylili się co do jego tożsamości, i udowodnić alibi. Zapytany, co ma do powiedzenia, odparł spokojnie:-

„Nie mogłem popełnić tej zbrodni, ponieważ w dniu i o godzinie wskazanych przez świadków zostałem wezwany do naprawy sznura okiennego przy oknie w domu pana Gibsona w Meadowbank.”

Tu przerwał na chwilę, po czym ciągnął dalej:

„Jest tylko jedna osoba na świecie, która mogłaby dowieść, że tam byłem, ale nie wiem, kim ona jest ani gdzie jej szukać; a nawet ona mogła już do tego czasu wszystko zapomnieć. Nie, chwila… Wiem, że by mnie pamiętała, z pewnego szczególnego powodu. Ale trudno! Nie da się temu zaradzić. Niech się stanie wola Pana!” – zakończył biedak, jak gdyby pogodzony ze swym losem.

Przez cały ten czas młody Drayson słuchał przebiegu rozprawy z głęboką uwagą i gdy więzień zakończył swoje smutne i beznadziejne wystąpienie, drgnął i wpatrzył się w niego uważnie. Gdy jego wzrok spoczął na ponurej, spracowanej twarzy, do pamięci zaczęły mu wracać okoliczności – jedna po drugiej, ogniwo po ogniwie – błahe w swoim czasie, lecz teraz ważące na wolności, jeśli nie wręcz na życiu bliźniego.

Kilka miesięcy wcześniej Drayson udał się z poranną wizytą do przyjaciela w Meadowbank. Tego nie było w domu, lecz chcąc się z nim zobaczyć, Drayson postanowił poczekać na jego powrót i wszedł do biblioteki przyjaciela, by znaleźć książkę, która umiliłaby mu czas. Zastał tam jednak stolarza wykonującego jakąś naprawę przy oknie i zamiast czytać, przez kilka minut przyglądał się jego pracy i rozmawiał z nim o tym, co robił. W trakcie tej rozmowy padło coś, co chciał zapamiętać, więc wyjął notes, by zrobić notatkę, ale odkrył, że zgubił ołówek. Stolarz, zauważywszy to, podał mu swój własny – krótki, brązowy, tępo zakończony, o kwadratowych bokach – mówiąc, że „jeśli wolno mu być tak śmiałym, pan może go zatrzymać”.

Wszystko to powróciło nagle do umysłu młodego człowieka z taką wyrazistością, jakby wydarzyło się zaledwie dzień wcześniej. Spiesznie otworzył notes i natychmiast odnalazł ów wpis, który wtedy sporządził – z datą włącznie – zapisany grubymi, choć bladymi liniami pozostawionymi przez ołówek stolarza.

Natychmiast oznajmił sądowi, że pragnie zostać przesłuchany na korzyść oskarżonego, a po złożeniu przysięgi zeznał powyższe fakty, jednoznacznie identyfikując więźnia, jak również ołówek, który tamten wyjął z kieszeni.

Ławnicy uznali to za wystarczające i ogłosili werdykt uniewinniający.

Trudno wobec należycie potwierdzonego przypadku tego rodzaju zdobyć się na inną reakcję niż proste wyznanie, że drogi Boga nie są naszymi drogami i że może być Jego wolą – tak jak jest to w Jego mocy – dopuścić, by Jego posługujący aniołowie przemawiali tym tajemniczym językiem do dusz, które wybrał na ziemskie narzędzia swojej Boskiej woli.

źródło: PROPHETIC DREAMS – continue; A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter, January 13, 1882.