Lord Lyttelton Ostrzeżony Przez Ducha

Poniższą historię o duchu przytacza Hugh Miller w swojej książce First Impressions of England and Its People, opublikowanej w roku 1848, a ponieważ jest ona tak dobrze poświadczona, przedrukowujemy ją dla pożytku naszych czytelników. Odnosząc się do grubych namiętności i ekscentryczności Thomasa, drugiego Lorda Lytteltona, autor mówi:

„Wśród kobiet, które były obiektem jego przelotnego uczucia i padły jego ofiarą, znajdowała się pani Dawson… Umarła ze złamanym sercem, zrujnowana zarówno materialnie, jak i moralnie. […] Odtąd wierzył, że prześladuje go jej zjawa. Ukazywała mu się w samotnych miejscach Hagley w biały dzień; nocą pojawiała się wokół jego poduszki. Towarzyszyła mu nieustannie podczas jego pobytu na kontynencie – i mówi się, że szczególnie niepokoiła go, gdy spędzał kilka dni w Lyonie. W Anglii, kiedy przez krótki czas mieszkał u jednego ze swych arystokratycznych przyjaciół, wpadł o północy do pokoju, w którym spał jego gospodarz, i w wielkim przerażeniu błagał, by pozwolono mu spędzić noc obok niego. W swoim własnym pokoju, jak twierdził, był dziwnie niepokojony przez niewytłumaczalne skrzypienie podłogi.

Ostatecznie opuścił Hagley, które uznał za miejsce zbyt samotne i położone zbyt blisko cmentarza parafialnego, i przeniósł się do wiejskiego domu w pobliżu Epsom, zwanego Pit Place, od jego położenia w dawnym wyrobisku kredowym. I tutaj, sześć lat po śmierci ojca, siły życiowe nagle go opuściły; załamał się i zmarł w trzydziestym szóstym roku życia. Z jego śmiercią wiązały się okoliczności stanowiące najdziwniejszą część jego historii – okoliczności, które w swoim czasie silnie przyciągnęły uwagę publiczną i które, ponieważ nazbyt mocno wystawiały na próbę przekonania wieku skłonnego do niewiary, były rozmaicie tłumaczone. Oto jak odnosi się do nich dr Johnson, którego skłonności nie prowadziły jednak ku stronie niedowiarków, w jednej z rozmów zapisanych przez Boswella. „Wspomniałem” – mówi kronikarz – „o wizji Thomasa, Lorda Lytteltona – przepowiedni godziny jego śmierci i jej dokładnym spełnieniu”. Johnson: „To najbardziej nadzwyczajna rzecz, jaka wydarzyła się za moich czasów; słyszałem o niej na własne uszy od jego wuja, Lorda Westcote’a. Tak bardzo cieszę się z każdego dowodu na istnienie świata duchowego, że gotów jestem w to uwierzyć”. Dr Adams: „Masz wystarczająco wiele dowodów, i to dobrych dowodów, które nie potrzebują takiego wsparcia”.

Ta słynna wizja, niegdyś tak dobrze znana brytyjskiej publiczności, że niemal wszyscy piszący o niej – od Boswella po sir Waltera Scotta włącznie – traktowali szczegóły jako zbyt powszechnie znane, by je powtarzać, dziś coraz bardziej odchodzi w zapomnienie. Przedstawię zatem jej szczegóły tak, jak zdołałem je zebrać z nieco rozbieżnych świadectw epoki: Walpole’a, Warnera, Wraxalla i Scot’s Magazine.

Jego lordowska mość w czwartek, 5 listopada 1779 roku, wygłosił zwyczajowe przemówienie otwierające przed monarchą, przy tej okazji gwałtownie atakując administrację. […] Wieczorem udał się do swego domu w Epsom. […] Po przyjeździe siedział dość długo, a gdy położył się spać, nagle został wyrwany z krótkiego snu na krótko przed północą przez coś, co wyglądało jak gołębica; po trzepotaniu skrzydłami w pobliżu zasłon łóżka przesunęła się ku oknu w pokoju, gdzie zdawała się przez chwilę jeszcze trzepotać, po czym znikła. W tej samej chwili jego wzrok padł na kobiecą postać w bieli, stojącą u stóp łóżka, w której, jak mówi Warner, natychmiast rozpoznał „widmo nieszczęsnej kobiety, która tak długo go prześladowała”. Zjawa uroczyście ostrzegła go, by przygotował się na śmierć, ponieważ w ciągu trzech dni zostanie wezwany do ostatecznego rozrachunku, a po przekazaniu swego posłania natychmiast zniknęła.

Rano jego lordowska mość wydawał się bardzo poruszony i skarżył się na silny ból głowy. „Miał niezwykły sen” – powiedział – „który, gdyby posiadał choć odrobinę przesądu, musiałby wywrzeć głębokie wrażenie na jego umyśle”; a kiedy później opowiadał szczegóły wizji, zauważył raczej żartobliwie niż serio, że ostrzeżenie było dość krótkie i że, doprawdy, po życiu tak nieuporządkowanym jak jego trzy dni stanowiły bardzo krótki czas na przygotowanie. W sobotę zaczął odzyskiwać pogodę ducha i powiedział grupie swoich znajomych w Epsom, że to teraz trzeci i ostatni dzień; jeśli uda mu się uniknąć śmierci jeszcze przez kilka godzin, to rzeczywiście „przechytrzy ducha”. Jednak w miarę upływu wieczoru znów popadł w przygnębienie, a jeden z jego towarzyszy, gdy zbliżała się krytyczna godzina północy, przestawił domowy zegar do przodu, w nadziei rozwiania jego obaw przez wmówienie mu, że wkroczył już w czwarty dzień i jest tym samym bezpieczny.

Wybiła więc godzina dwunasta. Towarzystwo, które siedziało przy nim aż do tej chwili, rozeszło się zaraz potem, śmiejąc się z przepowiedni, a jego lordowska mość udał się do swego pokoju najwyraźniej bardzo uspokojony. Jego lokaj, który na jego życzenie przygotował dawkę rabarbaru, wszedł za nim kilka minut później, a lord, siedząc w łóżku i wyglądając na zdrowego, zamierzał przyjąć lekarstwo; lecz ponieważ potrzebował łyżeczki do herbaty, wysłał służącego, z oznaką zniecierpliwienia, aby mu ją przyniósł. Nie było go nawet minuty; gdy jednak wrócił, jego pan był już trupem. Osunął się na poduszkę, a wyciągnięta ręka wciąż ściskała zegarek, który wskazywał dokładnie fatalną godzinę dwunastą.

Relacjonowano ponadto jako osobliwy zbieg okoliczności, że w noc jego śmierci jeden z jego bliskich znajomych w Dartford w hrabstwie Kent śnił, iż jego lordowska mość ukazał mu się, odsunął zasłonę łóżka i powiedział z wyrazem głębokiego smutku: „Mój drogi przyjacielu, wszystko skończone; widzisz mnie po raz ostatni”.

Te okoliczności zostały poświadczone przez Charlesa Waya, Esq., kapitana Royal Navy, oraz wiele innych szanowanych osób, świadków rozmów i śmierci jego lordowskiej mości. […] Pewne jest jedno, i to okoliczność ciekawa, że nie było gorętszych wyznawców prawdziwości tej historii niż najbliżsi krewni Lytteltona. To jego wuj, człowiek zdrowego rozsądku, był tym, na którego powoływał się Johnson jako na swoje źródło i na którego bezpośrednim świadectwie tak wiele zbudował; a sir Nathaniel Wraxall mówi nam, że wdowa Lady Lyttelton, macocha młodszego lorda – którą zresztą rycerz przedstawia jako „kobietę bardzo żywej wyobraźni” – również w to wierzyła.

„Często widywałem w jej domu przy Portugal Street, Grosvenor Square” – mówi sir Nathaniel – „obraz, który sama namalowała w roku 1780, specjalnie dla upamiętnienia tego wydarzenia. Wisiał w widocznym miejscu jej salonu. Widać tam gołębicę przy oknie, podczas gdy kobieca postać odziana w biel stoi u stóp łóżka, oznajmiając Lordowi Lytteltonowi jego śmierć. Każdy szczegół obrazu został wiernie odtworzony według opisu, jaki dał jej lokaj jego lordowskiej mości, któremu pan opowiedział wszystkie okoliczności”.

[…] Lord Westcote, wuj Lorda Lytteltona, który opowiedział tę historię Johnsonowi, odziedziczył tytuł i majątek, a obecny Lord Lyttelton jest, jak sądzę, wnukiem Lorda Westcote’a.”

źródło: LORD LYTTLETON WARNED BY A “GHOST”;  LIGHT – A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter, October 28,1882.


O autorze:
Hugh Miller (1802–1856) był szkockim geologiem, pisarzem, publicystą i świeckim myślicielem religijnym. Britannica opisuje go jako jednego z najwybitniejszych popularyzatorów geologii w XIX wieku. Był samoukiem, z zawodu początkowo kamieniarzem, później redaktorem wpływowej gazety The Witness w Edynburgu. Jego pisarstwo łączyło naukę, religię, obserwację społeczną i talent literacki.

Miller był szczególnie znany z badań nad skamieniałościami, zwłaszcza ryb dewońskich ze szkockiego Old Red Sandstone. Scottish Geology Trust podaje, że znalazł ponad 6000 skamieniałości, a jego książki popularyzujące geologię stały się bestsellerami. Jednocześnie angażował się społecznie: krytykował nadużycia władzy, warunki życia ubogich, Highland Clearances i niewolnictwo.

Jeśli chodzi o samą książkę, bibliograficznie sprawa wygląda trochę subtelniej niż „wydana w 1848 roku”. Źródła katalogowe i bibliograficzne wskazują, że pierwsze wydanie ukazało się w 1847 roku u Johna Johnstone’a, natomiast późniejsze wydania i obiegi londyńskie są związane także z rokiem 1848. Dlatego bezpiecznie jest mówić, że książka weszła do obiegu w latach 1847–1848, a potem była wielokrotnie wznawiana.

To nie jest powieść grozy ani traktat spirytystyczny, tylko przede wszystkim książka podróżniczo-obserwacyjna. Miller opisuje w niej swoje wrażenia z podróży po Anglii, ludzi, krajobrazy, miasta, obyczaje, architekturę i życie społeczne. Z zachowanych opisów bibliograficznych i omówień wynika, że to typowa dla epoki wiktoriańskiej książka podróżna, ale napisana przez autora o bardzo silnym zapleczu religijnym, społecznym i naukowym.

Jej znaczenie polega między innymi na tym, że pokazuje Millera nie tylko jako geologa, ale jako uważnego obserwatora społeczeństwa brytyjskiego. To książka o Anglii widzianej oczami Szkota z połowy XIX wieku: z jednej strony ciekawego podróżnika, z drugiej człowieka mocno osadzonego w sporach religijnych i społecznych swojej epoki.

Warto też wiedzieć, że Miller był silnie związany z ruchem, który doprowadził do powstania Free Church of Scotland. Jako redaktor The Witness odegrał ważną rolę w debatach kościelnych i publicznych. To pomaga zrozumieć ton jego książek: nawet gdy pisze o podróży, często robi to z perspektywy moralnej, religijnej i obywatelskiej, a nie wyłącznie krajoznawczej.

W kontekście Twojego wcześniejszego fragmentu o Lordzie Lytteltonie ostrzeżonym przez ducha ważna rzecz jest taka, że Miller przytacza tę historię, a nie jest jej pierwotnym źródłem. Sam tekst wyraźnie wskazuje, że zbiera szczegóły z wcześniejszych autorów i relacji, m.in. Walpole’a, Warnera, Wraxalla i Scot’s Magazine. To znaczy, że u Millera mamy wtórne opracowanie dobrze znanej opowieści, nie zapis naocznego świadka.

Jeżeli interesuje Cię jego wiarygodność jako autora, to trzeba powiedzieć uczciwie: Miller był cenionym pisarzem i bardzo poważanym popularyzatorem nauki, ale jednocześnie był człowiekiem głęboko religijnym, otwartym na folklor, moralne interpretacje historii i niezwykłe opowieści. Scottish Geology Trust podkreśla też, że zbierał miejscowe legendy i tradycje, które uważał za cenne „skamieniałości kulturowe”. To dobrze tłumaczy, dlaczego w jego książkach obok obserwacji społecznych mogą pojawiać się historie niesamowite.

Książka miała długie życie wydawnicze. Katalogi HathiTrust, Google Books i Library of Congress pokazują liczne wznowienia w latach 1851, 1853, 1855, 1857, 1868, 1869 i później. To sugeruje, że była czytana przez długi czas i miała trwałą publiczność.

W skrócie: Hugh Miller to ważna postać szkockiej kultury XIX wieku — samouk, geolog, redaktor, religijny publicysta i świetny pisarz. First Impressions of England and Its People to ważna książka podróżniczo-obserwacyjna z lat 1847–1848, cenna nie tylko literacko, ale też jako świadectwo tego, jak inteligentny szkocki autor epoki wiktoriańskiej patrzył na Anglię, społeczeństwo, religię i zjawiska niezwykłe.