Panna Geraldine Cummins o przyczynach zamętu
[W ubiegłotygodniowym numerze „LIGHT” opublikowano pierwszą część wykładu L.S.A. wygłoszonego przez pannę Geraldine Cummins (autorkę „Cleophas Scripts” oraz „Paul in Athens”) pt. „Confusion in Communication” („Zamęt w komunikacji”). Omawiany wówczas temat dotyczył zamętu wynikającego z błędów popełnianych przez badaczy. W tym tygodniu podajemy w skróconej formie fragment wykładu poświęcony „zamętowi w przekazach od tzw. Zmarłych”.]
Panna CUMMINS, kontynuując swój wykład, powiedziała: Przypadek, w którym pojawił się zamęt, a który później udało się wyjaśnić, wyglądał następująco. Dotyczył młodej dziewczyny, która zmarła w wieku piętnastu lat – nazwę ją Elizabeth B. Jej matka była bliską przyjaciółką panny E. B. Gibbes i przez kilka lat po śmierci córki dręczył ją lęk, że nigdy już nie spotka swojego dziecka. Dlatego panna Gibbes poprosiła o Elizabeth B., wymieniając ją z imienia, gdy pewnego dnia siedziałam przy tabliczce ouija. Po chwili przerwy „Astor” oznajmił, że chodzi o poszukiwaną osobę; ta wyraziła zdumienie sposobem komunikacji i powiedziała między innymi, że powiedziano jej, iż znów zobaczy swoją matkę. Dwa tygodnie później Elizabeth rzekomo komunikowała się ponownie: przekazała wiadomości matce, podała kilka szczegółów o swoim obecnym życiu i tak dalej.
W zapisie tej sprawy panna Gibbes pisze:
„Jakoś żadne z tych dwóch posiedzeń nie brzmiało dla mnie prawdziwie. Nie było w nich niczego, czego nie dałoby się wydobyć wrażeniowo z mojej pamięci i nieświadomie rozwinąć przez pannę Cummins; ponadto użyty język był dla dziecka sformułowany w dość przesadnych kategoriach, w stylu, który wydawał się stylem samej automatystki. Kilka miesięcy później Elizabeth B. przekazała wiadomość w piśmie automatycznym, wyrażając się dziecięcym, prostym językiem i wspominając o pewnych niepokojach swojej matki. Nie wiedziałam nic o okolicznościach, w jakich znajdowała się wówczas jej matka, ale wysłałam jej to pismo.”
Pomógł mi mówić
„Matka odpisała natychmiast, pisząc, że zdumiewa ją trafne uchwycenie sytuacji, w jakiej się znajdowała, i dodała, że choć podpis i charakter pisma nic dla mnie nie znaczą, dla niej znaczą bardzo wiele, ponieważ były niezwykle podobne do pisma i podpisu dziecka – zwłaszcza do kreski i bazgrołu pod ostatnimi literami. Elizabeth komunikowała się ponownie mniej więcej miesiąc później i napisała, że myśli jej matki mają teraz inny ‘kolor’ i że jest o nią spokojniejsza. Następnie spontanicznie stwierdziła, że za pierwszym razem to przewodnik mówił za nią w dużej mierze, ale teraz staje się w tym tak dobra, że potrafi poradzić sobie sama.”
Później, przedstawiając dalsze dowody, które całkowicie przekonały matkę o przetrwaniu dziecka, Elizabeth napisała:
„Pomógł mi ktoś stąd, żebym mogła mówić. Kiedy wezwał mnie pierwszy raz, mówił za mnie, bo nie wiedziałam, jak sobie poradzić z pisaniem. Więc pewnie byłaś trochę zdziwiona tym, co powiedziałam. Próbował powiedzieć za mnie to, co chciałam powiedzieć, ale oczywiście mówił po swojemu. Teraz wiem, co robić.”
O tym przypadku panna Gibbes pisze:
„Mamy więc dobrowolnie podane wyjaśnienie niezadowalającego charakteru dwóch pierwszych przekazów. Tłumaczy ono nieco zbyt dojrzałe idee, które się w nich pojawiły, oraz przyjęty styl języka. Przykład ten pokazuje konieczność wytrwałości, nawet jeśli pierwsza próba nawiązania kontaktu z tzw. zmarłymi okazuje się nieudana.”
Jakość medium
Zainteresowanie przekazami i ich wartość zależą nie tylko od możliwości komunikującego się, lecz także od jakości narzędzia, jakim dysponuje. Podam przykład. Znajoma mojej przyjaciółki, panny Gibbes, zmarła kilka lat temu. Komunikująca się – nazwijmy ją N. – przekazała dowody, swoje imię oraz fakty dotyczące okoliczności śmierci czterema różnymi kanałami: przez dwoje automatystów i dwoje mediów w transie. Otóż N. za życia była zawodową muzyczką i entuzjastką najbardziej zaawansowanej muzyki współczesnej. Przez dwie automatystki (panią A. i panią B.) przekazywała charakterystyczne poglądy o muzyce, wspominając tak nowatorskich kompozytorów jak Skriabin, Ravel, Strawiński i innych. Sądzę, że w „kulturalnych” umysłach obu automatystek znajdowała nazwiska i materiał, dzięki którym mogła rozmawiać w sposób podobny do tego, jak rozmawiała na ziemi.
Pani C. (medium w transie), choć lubiła muzykę, nie miała dostatecznej wiedzy, by znać bardzo współczesną twórczość. Przez nią pojawiały się więc aluzje do Verdiego, Rossiniego itd. – kompozytorów, z którymi była prawdopodobnie obeznana. Natomiast przez panią X. (niewykształcone medium w transie) N., wyrafinowana muzyczka, nakłaniała pannę Gibbes, by śpiewała takie brytyjskie ballady jak „Absent”, „I Pass by Your Window” oraz „Until” – pieśni, których komunikująca się nie znosiła za życia.
Panna Gibbes pisze o tym:
„Prawdopodobnie gdybym najpierw poszła do pani X. i otrzymała taki rodzaj dowodu, poczułabym wstręt i porzuciłabym badania psychiczne. Sugestia od mojej komunikującej się, że powinnam śpiewać ballady, nie była dla mnie dowodem jej przetrwania – wręcz przeciwnie. Tak się jednak złożyło, że te uwagi odebrałam jedynie jako wskazówkę, jak trudne warunki ma moja biedna przyjaciółka, próbując przekonać mnie do swojej tożsamości.”
Pewne światło na ten konkretny przypadek rzuca oświadczenie, które otrzymałam w piśmie automatycznym. Miało pochodzić od kogoś, kto za życia zajmował się badaniami psychicznymi. Oto ono:
„Chcę jedynie zapewnić, że wszyscy moi dawni przyjaciele, którzy tak gorliwie poszukują dowodów przetrwania, mają zupełnie mylne wyobrażenie o sposobie komunikacji i o naszych próbach kontrolowania mediów. My ich nie kontrolujemy – w dużej mierze to one kontrolują nas, gdy mówimy. Tak musi być, zważywszy na nienormalne warunki komunikacji. Nasz przekaz, gdy dociera bezpośrednio od nas do medium, jest zawsze tłumaczony przez wewnętrzny umysł medium. Tego, czego ten umysł nie potrafi pojąć ani uchwycić, nie potrafi też przetłumaczyć. Odbiera nasze myśli nie jako słowa, lecz jako myśli. Czasami, jeśli jesteśmy dość zręczni, potrafimy nadać tym myślom bardzo wyraźne piętno naszego stylu – wtedy styl zostaje odtworzony.”1;
Zamęt w zapisie imion
Imię zapisane w pamięci medium może wywołać znaczny zamęt w przekazach. Imię „Hubert Bois” zostało kiedyś zapisane przeze mnie, wraz z nazwą miasta w północno-zachodniej Anglii oraz adresem. Ani ja, ani osoba uczestnicząca w seansie nie znały nikogo w tym mieście i nigdy go nie odwiedzały. Uczestniczka napisała na podany adres, ale list wrócił. Najwyraźniej nikt o nazwisku B-O-I-S nie mieszkał pod tym adresem.
Wiele miesięcy później uczestniczka ustaliła, że pod tym adresem mieszkał człowiek o nazwisku B-O-Y-C-E i że zmarł w czasie wskazanym w przekazie. Zauważą Państwo, że „Bois” i „Boyce” brzmią tak samo, więc nazwisko mogło zostać odebrane fonetycznie. Około siedem lat wcześniej poznałam pana o nazwisku Bois, mieszkającego na Wschodzie. Zapis tej formy brzmienia jako nazwiska był więc w mojej pamięci i został wprowadzony do pisma automatycznego, gdy Hubert B-O-Y-C-E najwyraźniej próbował się skomunikować.
Przypadek ten miał wartość dowodową, ponieważ komunikujący się był nieznany zarówno uczestniczce, jak i medium, a poprawnie podał szczegóły swojej ostatniej choroby oraz inne fakty o sobie. Jednak z powodu zamętu w zapisie nazwiska podczas pierwszego posiedzenia przez sześć miesięcy ja i uczestniczka tkwiliśmy w przekonaniu, że przekaz jest bezwartościowy i pochodzi z mojej podświadomości.
27 listopada 1931 – „LIGHT”, s. 567
Istnieje wiele rozbieżności opinii co do tego, co stanowi przekonujący dowód. Przeciętny człowiek może zostać przekonany o przetrwaniu osobowości przez samą intonację głosu podczas seansu z bezpośrednim głosem albo przez odcisk kciuka. Psycholog daje się przekonać jedynie fundamentalnymi dowodami osobowości, które – rzecz jasna – można uzyskać dopiero w serii posiedzeń. Wspomnę o jednym przypadku z mojego doświadczenia: choć nie brałam udziału w samych posiedzeniach, byłam obecna na wszystkich.
Komunikujący się, którego nazwę panem Robertsem, był za życia człowiekiem wybitnym, lecz posiadał nieprawidłowy rys charakteru wynikający z pewnych kompleksów ukrytych w jego podświadomości. Te zaś można odkryć jedynie dzięki wnikliwej analizie materiału, którym człowiek posługuje się w mowie lub piśmie – dokonanej przez psychoanalityka. Specjalista od spraw umysłu (będący zarazem czołowym psychologiem) przeprowadził więc szczegółowe badanie wszystkich komunikatów pana Robertsa. Stwierdził, że reakcje na kompleksy, które stanowiły zasadniczą część natury pana Robertsa za życia, zostały w tych przekazach oddane poprawnie. Co więcej, psycholog ten zbadał świadome pisanie medium i nie znalazł w nim śladu tych szczególnych reakcji na kompleksy, które są w swej istocie częścią podświadomości jednostki.
Wiadomości pana Robertsa były częściowo przekazywane w piśmie automatycznym. Jego własne pismo zostało w nim odtworzone z niezwykłą dokładnością. Przekazał on również fakty znane tylko trzem żyjącym osobom – i to w czasie, gdy żadna z nich nie była obecna. Oczywiście krytyczny badacz powie, że takie dowody można by wyjaśnić telepatią utajoną. Wydaje się jednak niemożliwe wyjaśnienie – poza teorią przetrwania pana Robertsa – odtworzenia tej zasadniczej części jego podświadomości, która kierowała jego działaniami w życiu ziemskim.
Znam też inne przypadki, w których osobowość, a także dowody, były przekazywane z niezwykłą trafnością poprzez pismo automatyczne. Tymczasem pan Bradley w swojej niedawnej książce stwierdza, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent pisma automatycznego to „albo nonsensem, albo jedynie przedstawia zabarwione wrażenie umysłu piszącego”. Wydaje mi się, że gdyby pan Bradley zbadał tę metodę komunikacji dokładniej, zmniejszyłby ten odsetek.
Największy ze wszystkich zamętów
Przytoczyłam pewne przykłady zamętu w przekazach oraz zamętu w umysłach badaczy. Zanim zakończę, chciałabym wspomnieć o największym zamęcie ze wszystkich. Znajduje się on w umyśle szerokiej publiczności i dotyczy znaczenia słowa „spirytualizm”. W tej kwestii ludzie zostali zupełnie wprowadzeni w błąd, a ich niefortunny zamęt w znacznym stopniu powodują sami spirytualiści.
Przykładowo, spirytualiści uczynili z wielu duchownych otwartych wrogów tematu, ponieważ nie tylko utrzymują, że spirytualizm jest religią, lecz także doprowadzają ludzi do przekonania, że stanowi on sektę religijną wrogą wszystkim innym Kościołom. W imię tego, co rozsądne i sensowne, spróbujmy zapobiec pielęgnowaniu tej płodnej przyczyny rozłamu w wielkim ruchu spirytualistycznym. Słowo „spirytualista” oznacza po prostu „osobę, która wierzy w udowodnione przetrwanie ludzkiej osobowości po śmierci” – i wydaje się ważne, byśmy trzymali się tego znaczenia, choć niektórzy mogą uznać je za niewystarczające lub zbyt mało wzniosłe.
W końcu wiara w udowodnione przetrwanie ludzkiej osobowości jest wielką wartością w materialistycznej epoce – epoce rozpaczliwych poszukiwań sensu i rozbitych przekonań. Dla przeciętnego człowieka wnosi ona ład w intelektualny chaos, poszerza horyzont, przemienia to, co skończone, w nieskończone, a przede wszystkim nadaje stałość i celowość temu naszemu dziwnemu życiu, w którym jesteśmy raczej samotnymi wędrowcami, podróżującymi między dwiema Tajemnicami: narodzinami i śmiercią.
1 W oryginalnym skanie po przytoczonym cytacie widnieje pojedynczy znak „I”, który najpewniej jest oznaczeniem przypisu lub odsyłaczem redakcyjnym; w dostarczonym fragmencie nie ma jednak treści tego przypisu, dlatego został on oddany jako odsyłacz.
źródło: PROBLEMS OF AFTER-DEATH MESSAGES; Light on Spiritualism and Psychical Research FRIDAY, NOVEMBER 27, 1931.