Wieszcz

Pewien Amulet

Szanowny Panie, Poniższe może nie być pozbawione zainteresowania dla Pańskich czytelników:

W roku 1884, kiedy nie miałem jeszcze żadnej wiedzy o mojej sile magnetycznej, przebywałem w Neapolu. Stamtąd wsiadłem do nocnego pociągu do Rzymu i w wagonie nagle ogarnął mnie stan niewysłowionego lęku – tak, że niemal byłem skłonny wyskoczyć z pociągu. Czułem się całkowicie dobrze i zupełnie nie wiedziałem, co o tym myśleć. W drodze z Wiednia do Berlina, a później we Francji i w Rosji, to samo przydarzyło się ponownie. W kolejnych latach to uczucie trwogi w wagonach, albo w obcych łóżkach, stawało się coraz bardziej uporczywe, tak że pamiętam napady, jakie miewałem w Tyrolu, na Sylcie itd. Skutek był taki, że ja, który dotąd z pasją uwielbiałem podróżować po świecie, nie ośmielałem się opuszczać Berlina, ponieważ w swoim domu nigdy mnie to nie dręczyło.

Wreszcie, w roku 1889, gdy miałem u swego boku wypróbowaną, godną zaufania somnambuliczkę, otrzymałem pierwsze wyjaśnienie tych zjawisk, które do tego czasu były dla mnie całkowicie niezrozumiałe; a wyjaśnienie to zostało potwierdzone przez to, co zamierzam tu opowiedzieć.

Somnambuliczka powiedziała mi, że w roku 1884 moje magnetyczne promieniowanie rozwinęło się silniej, tak iż „promienie” stawały się coraz intensywniejsze, oraz że nieustannie ścigała mnie wielka liczba niewykształconych istot duchowych, które nie wiedziały, co ze mną począć, a których przykre emanacje mnie dręczyły. (Takie nieszczęsne duchy nie wiedzą, że dla życia ziemskiego są już martwe; wierzą, że żyją, że są jedynie chore i że tylko przyśniło im się, iż umarły; sądzą też, że ja jestem duchem, którego próbują przepędzić.)

Duchy, które mną kierowały, z pewnością utrudniały zbliżanie się tych wrogów, lecz nie mogły sparaliżować wrażenia, jakie wywierali na moim duchu.

Od roku 1889 często obcowałem z duchami Cyganów, którzy już na ziemi byli jasnowidzami. To właśnie wśród tego ludu najczęściej spotyka się takie predyspozycje, a ja bardzo lubię słuchać ich obrazowego języka. „Trice” – tak nazywała siebie ostatnia z nich – powiedziała mi w styczniu ubiegłego roku, gdy znów rozważałem długą podróż, że postara mi się o amulet, który ochroni mnie przed tymi złośliwymi wrogami. Wyznaczyła dzień i godzinę, kiedy mam go otrzymać. Jeśli chodzi o jego przyniesienie, księżyc musiał być „jasny”, a jego faza sprzyjająca.

12 maja, godz. 7.
(O tej godzinie – zgodnie z jej rachubą – miał się odbyć eksperyment.) Nie powiedziałem o tym ani słowa mojemu medium, za którego pośrednictwem odbywałem tę łączność. Poprosiłem ją jedynie, aby była ze mną tego szczególnego dnia i by w dniu poprzedzającym zachowała jak największy spokój, ponieważ takie było zalecenie duchów, które mną kierowały: cygańska dziewczyna, wciąż jeszcze „niewykształcona” i tylko nieświadomie posługująca się warunkami dematerializacji, potrzebowała bowiem przez dwa dni przed tym doświadczeniem sił elektromagnetycznych medium.

Medium przyszło do mnie w uzgodnionym dniu i powiedziało, że przez dwadzieścia cztery godziny ledwie mogła się poruszać z powodu zmęczenia, po czym niemal natychmiast zasnęła. Dziesięć minut przed siódmą obudziłem ją, ponieważ doświadczenie miało się rozpocząć o siódmej. Usiedliśmy w moim pokoju, który musiał być całkowicie zaciemniony, i punktualnie o siódmej zobaczyliśmy jasny blask, po czym u moich stóp upadł mały, zaokrąglony, biały kamień. Bezpośrednio potem medium wpadło w trans, a cygańska dziewczyna oznajmiła mi radośnie, że ten kamień jest amuletem, który mam nosić przy sercu – w gazowym woreczku i na białej jedwabnej wstążce – i że odtąd nikt nie będzie mógł mnie przestraszyć.

Jestem jednak raczej sceptyczny, a ponieważ poznałem media we wszystkich możliwych krajach, bardzo dobrze wiem, jak wielka bywa niewiarygodność wielu istot duchowych; szukam więc wyjaśnień na tyle, na ile mały ludzki mózg potrafi pojąć to, co transcendentne. Wyjaśniono mi wszystko, co dotyczyło tego kamienia, oraz dlaczego miałby mnie chronić. „Trice” powiedziała mi swoim obrazowym językiem, że przyniosła ten mały kamień z daleka, z nadmorskiego brzegu gorącego kraju; że został siedmiokrotnie pobłogosławiony i że przywiązane są do niego istoty, które – gdy tylko złośliwi wrogowie się zbliżą – przepędzą ich.

Duchy, które mną kierują, potwierdziły to i powiedziały, że rzeczywiście do tego kamienia przyłączone są istoty elementarne, oraz że aby można było przynieść go tutaj z afrykańskiego wybrzeża, cygańska dziewczyna przez dwa dni czerpała moc z medium.

Nazajutrz pojechałem do Szczecina, dokąd mnie wezwano, a gdzie pół roku wcześniej w hotelu byłem nocami tak bardzo dręczony lękiem; lecz chociaż popadłem tam w konflikt z władzami miejscowymi i wiele mnie to kosztowało, tak iż moja zdolność oporu wobec wpływów duchowych spadła do zera (jeśli umysł nie jest spokojny i harmonijny, takim potworom znacznie łatwiej oddziaływać na człowieka), wcześniejsze napady trwogi nie powróciły.

Chcę jeszcze zauważyć, że na moje pytanie, dlaczego nigdy nie miewałem takich napadów w Berlinie, powiedziano mi, iż moje pokoje, a zwłaszcza moje łóżko, zostały „zmediumizowane” przez moje magnetyczne promieniowanie, tak że takim wrogom nie było możliwe przebywanie w moich pokojach bez cierpienia z powodu tego magnetyzmu, który działał na nich jak porażenie prądem. Powiedziano mi ponadto, że podobnie bywało z magnetyzerami obdarzonymi wielką mocą. Pewna dama, małżonka ambasadora, którą leczyłem, pokazała mi kiedyś amulet (monetę), który otrzymała od Madame Bławatskiej, jednak nie ochronił jej przed tym, przed czym miał chronić.

Willy Reichel,
Berlin, 1 maja 1894 r.
Magnetyzer.

źródło: An Amulet; Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research; Saturday, May 12, 1894.


Opublikowano

w

przez