Autor: ks. Roland W. Maitland, wikariusz Darsham
Można było się spodziewać, że po wystąpieniu kanonika Birda odezwie się pan Arthur Findlay, bo jest on prawdziwym Rupertem sporów; i tym razem jego gwałtowna szarża zaniosła go aż na łamy innych pism spirytualistycznych, tak bardzo pragnie rozprawić się ze swoim przeciwnikiem.
Pan Findlay ma wiele do powiedzenia o Didache jako o tekście rzucającym światło na wierzenia wczesnego Kościoła. Ale przecież Didache trudno uznać za autorytet w sprawach doktryny. Było to raczej coś, co moglibyśmy nazwać podręcznikiem, sporządzonym przez wielki Kościół metropolitalny w Antiochii dla wskazówek dotyczących kultu publicznego i administracji mniejszych i mniej znaczących Kościołów rozrzuconych po całej Syrii, będącej wówczas jedną z najgęściej zaludnionych prowincji Cesarstwa Rzymskiego.
Dla naszego obecnego celu interesujące jest jednak to, co tekst ten mówi o Prorokach. Nadal stanowili oni uznany stan w Kościele, ale ludzie zaczynali coraz natarczywiej pytać samych siebie, jak odróżnić prawdziwą wypowiedź prorocką od fałszywej. Najwyraźniej zdarzały się sytuacje, gdy opisów nie dało się rozpoznać albo proroctwa się nie spełniały – i dlaczego tak było? W Starym Testamencie czasami wyjaśniano to tak, że duch kłamliwy został włożony w usta Proroka; św. Jan powiedział: „Badajcie duchy, czy są z Boga”. Ale Didache uznaje za konieczne pójść dalej i podać bardziej szczegółowe reguły: czy Prorok przebywa zbyt długo wśród tych, których odwiedza? (Piszę z pamięci, ale zdaje się, że granicą były trzy dni). Po tym czasie należy uznać go za oszusta. Czy przyjmuje pieniądze dla siebie? W takim razie nie jest prawdziwym Prorokiem. Czy będąc w transie domaga się przygotowania posiłku, aby mógł zjeść? To również powinno wzbudzić podejrzenia.
Innymi słowy, już wtedy stwierdzono, że moc psychiczna, mieszcząca się pod szerokim określeniem
dr Wood ma pełne prawo skarżyć się, że dałem niewystarczające wyobrażenie o jego książce. To właściwie komplement. Różni się ona od tomów, które ją poprzedziły, tym, że jest przede wszystkim masą materiału dowodowego do opracowania przez specjalistę, a nie czymś, co miałby rozcinać na części niekompetentny recenzent.
Ale choć materiał dowodowy, jaki oferuje, jest obszerny, stanowi on tylko niewielką część zasobu, jakim dr Wood dysponuje. Wspomina on o trzydziestu tomach zapisów Rosemary, a nawet sam akcent mowy egipskiej został trwale zarejestrowany.
Niemal nie sposób sobie wyobrazić, aby ludzie, którzy poświęcili życie zrozumieniu starożytnego Egiptu, mieli poprzestać na tym. Uchylenie się od okazji niemającej odpowiednika w historii tej cywilizacji pod pretekstem, że nie lubią mediów, jest rzeczą śmieszną.
Nie lubimy wielu dróg, którymi przychodzi do nas wiedza, ale zawsze jesteśmy gotowi je przyjąć, jeśli materiał jest rzeczywisty.
A materiał jest tutaj; tutaj, w niemal przytłaczającej obfitości; materiał, który nie cofa się przed żadną analizą ani badaniem; materiał ważny nie tylko dla egiptologów, lecz dla całej ludzkości, ponieważ daje dowód niezmierzonego przeznaczenia człowieka.
Dr Wood gotów jest oddać trud wielu lat do dyspozycji każdego, kto ma kwalifikacje, by go zbadać; a już w tym jednym tomie jest dość, by rzucić wyzwanie niewierzącym, a najbardziej tym ludziom, którzy po pobieżnym przeglądzie oświadczyli, że nie ma tu żadnej sprawy, której warto by się przyjrzeć.
Czyż naprawdę mogą odmówić podniesienia rękawicy?
This Egyptian Miracle, Frederic H. Wood, D.Mus. (Dunelm), Hon. R.C.M., London. London: Rider and Co. 1940. 8s. 6d.
WCZESNY KOŚCIÓŁ
proroctwa, nie zawsze działała ku chwale Boga, i ludzie zaczynali pojmować ogromną przepaść między tym, co psychiczne, a tym, co duchowe, którą św. Paweł dostrzegł o wiele wcześniej w chwili natchnienia, gdy powiedział: „A ja wam wskażę drogę jeszcze doskonalszą. Choćbym mówił językami ludzi i aniołów… choćbym miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice i wszelką wiedzę… a miłości bym nie miał, byłbym niczym”.
I my dzisiaj napotykamy tę samą trudność. Jest proroctwo, jest rozpoznawanie duchów i wszystkie inne dary, które wczesny Kościół znał tak dobrze; ale dziś są z nimi te same trudności, co w dawnych czasach – odróżnianie prawdziwego od fałszywego, albo mówiąc dokładniej i życzliwiej: rozpoznanie, kiedy medium jest naprawdę natchnione, a kiedy czerpie z umysłów otaczających je osób albo podąża za linią spełnienia życzeń.
Dlatego dzisiejszy kult publiczny pozostaje – jak sama nazwa wskazuje – przeznaczony dla oddawania czci Bogu w modlitwie i uwielbieniu, a nie po to, by słuchać, co się wydarzy w przyszłości, albo czy nasi przyjaciele i krewni, jakkolwiek byliby nam drodzy, są szczęśliwi po Tamtej Stronie. Takie rzeczy są znakomite na właściwym sobie miejscu, gdzie mogą zostać zbadane i przesiane, przyjęte lub odrzucone, lecz nie w kościele. To dlatego, cytując pana Findlaya, „media zostały wyłączone – i nadal są wyłączone – z kultu publicznego”.
Przypuśćmy, że byłoby inaczej, jak on tego chce, i że dziś byłoby tak samo jak dawniej, kiedy „media w transie albo za pomocą jasnowidzenia czy jasnosłyszenia prowadziły nabożeństwa Kościoła apostolskiego”. Cóż wtedy? Wystarczy cofnąć się o sześć miesięcy do czasu, gdy zewsząd napływały przepowiednie: „Nie będzie wojny”. Przypuśćmy, że takie proroctwo zostałoby wygłoszone z całym autorytetem, jaki mogłyby mu nadać św. Paweł lub Westminster Abbey. Co wtedy?
(Odpowiedź kanonika Birda na krytykę jego artykułu ukaże się w przyszłym tygodniu.)
źródło: MEDIUMS IN THE EARLY CHURCH; Light – A JOURNAL OF SPIRITUALISM, PSYCHICAL, OCCULT AND MYSTICAL RESEARCH, March 7, 1940.