Kult Mammona

Mammon jest Jowiszem naszych czasów; lecz starożytny Olimp nie jest już mieszkaniem boga. Współczesny Jowisz sprawuje swój dwór na rynku, a jego grzmot rozlega się z fabryk bawełny i walcowni. Któż zdoła oprzeć się magnetyzmowi złota, skoro:

„Pieniądz ma moc większą
Niż gwiazdy i przeznaczenie!”

Ze zdumieniem i rozbawieniem obserwowaliśmy działanie tego magnesu na siły poruszające ogromne rzesze ludzi. Młodość skacze i biegnie z elektrycznym ogniem i szybkością; daje się odczuć impuls – głęboki i potężny – a dojrzałość, w całej swojej sile, zostaje nim wstrząśnięta. Ułomności wieku starczego, niczym niemili goście, zostają upomniane, aby się wycofały i nie narzucały w niestosownych godzinach. Nawet lenistwo zdradza pewien rodzaj działania galwanicznego, kiedy miliony wprawione zostają w ruch przez ten złoty motor.

Niepodobna określić miary tej siły. Patrząc na tę ruchliwą scenę i analizując główne cele ludzkich dążeń, można by niemal przypuszczać, że wszystkie sprężyny działania mają swe ostateczne źródło właśnie tutaj. Jakich wyrzeczeń i niebezpieczeństw człowiek nie podejmie, aby zdobyć złoto!

„Ono odrywa go od domowych słodyczy,
Każe mu wspinać się na góry i przemierzać odległe morza.”

Ten świat czasu, zwyczaju, okoliczności i interesów – jakże skutecznie niweczy on moc i rozkazy bogów, jakże ujarzmia nawet nasze własne dusze! Ludzie nie są sobą. Każdy jest tym, kim ktoś inny chciałby go widzieć, choć trzeba przyznać, że na wielkich szlakach handlu odrębne indywidualności ujawniają się wyraźnie.

Trwa wielka walka! Każdy ciągnie w swoją stronę i bije się na własny rachunek. Dla człowieka obdarzonego śmiejącą się filozofią jest to widowisko dostarczające nieskończonej rozrywki. Niemal każdy spotkany człowiek zdaje się usiłować wziąć na barki całą wielką kulę ziemską i uciec z nią na plecach! Lecz kiedy już znajdzie się w drodze, odkrywa, że cała reszta tak ściśle związana jest z ziemią, iż musi nieuchronnie dźwigać ją razem ze sobą. Cóż za nieszczęście!

Postanawia więc ciągnąć mocniej i biec szybciej, w nadziei, że strząśnie z siebie wszystkie narośle – bo cóż innym do tego, by się trzymać, gdy my się spieszymy? Czyni rozpaczliwy zryw – potyka się – i pada! Świat przetacza się po nim. Ale cóż z tego? Czyż wszystkie ciała nie obracają się w ruchu okrężnym? I dlaczego on nie miałby odbyć swojej kolejki razem z innymi? Błogosławiony człowiek, który pośród całego tego wzburzenia i toczenia się utrzymuje się po górnej stronie rzeczy, albowiem nie znajdą go na dnie.

Ach, to jedno z tych błogosławieństw, których nam nie przypadło zaznać. Z jakiegoś powodu – nie wiemy dlaczego, z pewnością nie z żadnej wrodzonej skłonności naszej własnej – zdarza się nam czasem znaleźć po stronie spodniej. Gdy tak się dzieje, zawsze jesteśmy świadomi swego położenia dzięki ciężarowi dowodów.

Powiedziano – z większą prawdą niż poetyckim polotem – że miłość pieniędzy jest korzeniem wszelkiego zła. Najwyraźniej nic bardziej nie przyczyniło się do moralnego rozkładu rodzaju ludzkiego; nic bardziej nie osłabiło sprężyn cnotliwego działania; nic bardziej nie sparaliżowało energii republikańskiej wolności; i nic skuteczniej nie gasiło świętych ogni czystej i nieskalanej religii.

Ludzie, dla których miłość i pożądliwość są jednym i tym samym; którzy wiją się jak podłe węże na łożu niewinności; ludzie, którzy szydzą z cnoty – chyba że przemawiają publicznie – i których nieokiełznane członki rozpalone są ogniem piekielnym, wpełzają jednak do kościoła, aby ukryć swoje niegodziwości. To oni złotymi łapówkami kuszą młodych i bezmyślnych, wyprowadzając ich z jasnego Edenu ziemskiej nadziei i radości.

Kiedy głodująca cnota zostaje wypędzona ze swych ubogich siedzib na rynek, oni są tam obecni – lecz nie po to, by ją odkupić i ocalić. Kiedy świat jest zimny i posępny, a młoda niewinność pragnie okryć swe drżące ciało i znaleźć schronienie przed bezlitosnymi żywiołami; kiedy honor ma zostać poświęcony za chleb, a dziewicza czystość sprzedana temu, kto da najwięcej – wtedy i tam obecni są świątobliwi hipokryci, by nabyć ten skarb tylko po to, aby splądrować szkatułę i zniszczyć klejnoty.

Mamy wyrazisty przykład kultu Mammona w wybieraniu bogaczy na stanowiska honorowe i odpowiedzialne. Kiedy handel składa na krótki czas swoje skrzydła; kiedy koło, wrzeciono i młot zostają zatrzymane – młyn milknie, a ognie kuźni gasną – ci ulubieńcy Mammona kupują sobie drogę do wyniosłych miejsc świata, a potem wzywają ofiary własnej obłudy, aby świętowały zwycięstwo równie zgubne dla wolności publicznej, jak i dla cnoty prywatnej.

Nawet największy błazen albo kuglarz społeczny natychmiast staje się wielkim człowiekiem oraz stosownym przywódcą i rządcą ludu, skoro tylko wiadomo, że jest bogaty. W godzinie próby, gdy cnota grozi opuszczeniem narodowego sanktuarium i tylko drżąco trwa jeszcze przy gasnących ogniach swego ołtarza, bogacz wchodzi na najwyższe miejsce tak, jakby ono z natury do niego należało. A na świętym ołtarzu Wolności rozpalane są – albo podtrzymywane – ognie bezdennej otchłani, podsycane wzburzeniem nieświętych namiętności.

Trudno rozstrzygnąć, czy Mammon bardziej wyróżnia się jako ten, który ogień rozpala, czy jako ten, który go gasi. Zdaje się jednakowo znamienny w obu tych rolach. Rzadko się bowiem zdarza, aby ten sam czynnik pozostawał w tak zasadniczo odmiennych stosunkach i spełniał funkcje tak wewnętrznie różne. Zaprawdę, Mammon stał się pierwszym pośród bogów narodów; i podczas gdy ku czci tego bóstwa zapala się wiele płomieni, które muszą pochłonąć ołtarze wraz z ofiarami, inne – świętsze ognie – zostają ugaszone i nigdy już nie zapłoną ponownie przy ziemskich sanktuariach.

Szczególnie prawdziwe jest to wtedy, gdy Mammon występuje jako moralny niszczyciel ognia: gdy gasi westalskie płomienie młodej niewinności i prawdy oraz tłumi ostatnią iskrę cnoty w zbłąkanej i pogrążonej w mroku duszy. Któż ocali i ożywi owe nieśmiertelne ognie, które pielęgnowano pośród ciemności, niebezpieczeństw i burz dawnych czasów – ognie odnawiane i podtrzymywane przez świętych, jasnowidzów i męczeńskich bohaterów wszystkich epok? Czy Mammon nie zgasi ich wszystkich swoim unicestwiającym tchnieniem?

Już teraz wdziera się do wewnętrznych dziedzińców tysiąca świątyń – świątyń chrześcijańskich – a może nawet wznosi własną świątynię, aby splugawić sanktuarium świętokradczą obecnością i obłudą swoich wybranych kapłanów. Gdy zepsute kapłaństwo stoi na straży u bram, miłośnikom bogactw nietrudno „wejść do Królestwa Niebieskiego”. Najbardziej zaślepiony czciciel Mammona może kupić klucze świętego Piotra i zapewnić sobie obfite wejście.

Że Mammon jest czczony, widać po tym, jak traktuje się bogacza – bez względu na to, jaki jest jego charakter. Może być znany z pogwałcenia najczulszych i najświętszych więzi; może wchodzić w uświęcony krąg domowego ogniska, aby swoim cudzołożnym zamiarem bezcześcić sanktuarium serca i dom jego najlepszych uczuć. Może być okrutnym niszczycielem niewinności – może plugawić, co zechce, i zapłacić cenę – a jednak fałszywy świat pochyla przed nim swoją bezmyślną głowę, gdy bogacz przechodzi obok. Damy wysokiego stanu wspierają się na jego ramieniu podczas wieczoru towarzyskiego i w operze, a duchowny z wdziękiem skłania się przed nikczemnym bogaczem i wymownie rozprawia o jego publicznych czynach – lecz jego tajemna nieprawość nie wychodzi na jaw – podczas gdy modne towarzystwo stawia swoją niewierną stopę na karku jego ofiar.

Kiedy ktoś kłania się przed lśniącym ołtarzem, skłania się do oddawania czci z największą służalczością. Zapomina o świecie – o przyjaciołach – o wszystkim – i bóstwu składa niepodzielny hołd. Mammon, w osobie jakiegoś dumnego milionera, przechodzi ulicą, a ludzie kłaniają się z wielką nabożnością. Chrystus, uosobiony przez swego najpokorniejszego i najwierniejszego ucznia, pojawia się na publicznym gościńcu – i zostaje napiętnowany jako heretyk albo aresztowany jako włóczęga.

Świat i Kościół idą za czcicielem Mammona. Nawet kaznodzieja, którego obowiązkiem jest napominać i ganić bogacza za jego grzechy, odczuwa magnetyzm jego złota i milczy. Lecz wielki jest Mammon pośród bogów; a kiedy dotyka ust mówcy, zapala się nowy ogień i pozłacane okresy retoryczne spływają z jego języka iskrzącym potokiem. Gdy Mammon natchnie oratora, w każdym słowie brzmi srebrzyste crescendo, a złota pełnia jego intonacji porusza lud, gdy mówca przemawia w imieniu wielkiego człowieka – wyznawcy Mammona – bogacza, którego oczy wystają z tłustości.

Wtedy święty „grosz Jezusa” zostaje wzgardzony i zapomniany; a ludzie mówią: Amen! – i złoto magnetyzuje świętych; i wszyscy razem:

„Na brzęk szkatuły Mammona
Nadstawiają chciwego ucha.”

Nie uważamy bynajmniej, że zdobywanie pieniędzy samo przez się musi być koniecznie zgubne dla moralności. Osobiście nie mamy powodu, by spierać się z jakąkolwiek klasą społeczną; nie chcielibyśmy też podsycać zawistnego niepokoju ani ducha ciągłego wytykania błędów. Gdy człowiek bogaty opuszcza wyniosłe szczyty światowej władzy i znaczenia, i zniża się ku ludziom niskiego stanu, daje dowód cnoty, którego ubodzy być może nigdy nie będą mieli możności okazać. Nie wątpimy też, że społeczeństwo zna świetlane przykłady takiej łaskawości i człowieczeństwa.

Skarżymy się jedynie na to, że bogactwo jest czczone, a złoto stało się bogiem. Jeśli ludzie szukają majątku uczciwymi drogami i jako środka do jakiegoś wyższego dobra, dążenie to jest jak najbardziej godne szacunku. Lecz naprawdę niski i nikczemny musi być człowiek, który trudzi się jedynie dla samej przyjemności posiadania.

Tajemnica tkwiąca w gromadzeniu wielkich skarbów – choć przez wielu niepraktykowana i nieznana – daje się łatwo wyjaśnić. Przy zdobywaniu bogactwa ludzie studiują liczby całkowite; przy jego rozdawaniu postępują według reguły ułamków dziesiętnych. Można by pomyśleć, że wielki problem życia ma zostać rozwiązany, a nieśmiertelność zapewniona – za pomocą złota.

Jeżeli człowiek już musi być bałwochwalcą, czyż nie ma innych, wyższych przedmiotów uwielbienia? Życie – Piękno – Geniusz – Miłość – wszystko to ma w sobie pewną miarę boskości. Lecz kult Mammona jest takim rodzajem bałwochwalstwa, tak nikczemnym, że upadli aniołowie muszą dziwić się i płakać nad takim poniżeniem.

źródło: Editorial MAMMON WORSHIP; „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.