Kres doczesności Bławatskiej

Hołd dla Madame Blavatsky od osobistego przyjaciela, Saladina, w „Agnostic Journal”, Londyn, Anglia

Ze starego, szarego Londynu zostaliśmy wywiezieni pośród zielonych pól i mas owocowych drzew bielących się jak szaty Sokratesa. Tego dnia jechaliśmy ku piecowi, za którym miały podążyć śmiertelne szczątki Heleny Pietrowny Bławatskiej.

Pędziliśmy przez równiny, na których pasły się tłuste woły – takie, że mogłyby sprawić, iż holokaust godny byłby uczczenia zwycięstwa pod Platejami – i przez ponurą plantację żywicznych sosen, z których można by ułożyć stos pogrzebowy dla Patroklosa. A spośród krzewów ptaki śpiewały tak wesoło, jak gdyby rzeczywiście znajdowały się w Edenie, zaś pierwiosnki skromnie i wdzięcznie ozdabiały zielone zbocza, jak w dawnych romantycznych dniach, kiedy poruszone nogami Tytanii i Oberona tańczyły w świetle księżyca.

I tak pędziliśmy dalej z naszą zmarłą przez błękitne popołudnie, w miesiącu maju.

Nie jechaliśmy ku stosowi pogrzebowemu. Nie potrzebowaliśmy wołów ani żywicznej sosny. Dążyliśmy ku piecowi grobowemu znacznie bardziej intensywnemu niż jakikolwiek, który kiedykolwiek zaczerwienił niebiosa wokół Ilium albo uczynił Gehennę odrażającą cuchnącym dymem i zapachem tlących się kości.

Towarzyszyliśmy ku płomieniom wyroczni – sfinksowi albo sybilli – raczej niż czemukolwiek, co świat zwykle wytwarza w zwyczajnych wsiach i miastach.

Odprowadzaliśmy szczątki tego, co pozostało z szalonej dziewczyny z Jekaterynosławia, która z oblubieńczym bieleniem ścian, jak dziwaczka, związała swoje dzikie i gwałtowne młode serce z tamtym statecznym i lodowym wiekiem. A od tamtej pory, w każdej sferze naszej planety, myślała, trudziła się, cierpiała, była źle rozumiana i oczerniana.

Czuła swoją siłę i znała słabość paplających półgłówków, którzy według spisu ludności tworzą miliony mieszkańców kraju.

Mabel Collins mówi prawdę, gdy powiada, że Madame Blavatsky gardziła ludzkością. Zapomina jednak dodać, że była to pogarda pełna uczucia. Nie była ani pesymistką, ani mizantropką. Była po prostu uczciwym i romantycznie uczciwym olbrzymem, który mierzył siebie samą ludźmi i kobietami, z jakimi się stykał, i nie był dość obłudny, by udawać, że nie odczuwa tej pogardy.

* * * *

Jeden z wielu nieokrzesanych żałobników, jadąc wozem, dotarłem do krematorium.

Jest to budynek z czerwonej cegły, który z wyglądu wydaje się mieszańcem kaplicy, pieca do wypalania wapna i fabrycznego komina.

Wchodzi się przez kaplicę pogrzebową. Przechodząc przez ciężkie, składane dębowe drzwi, wychodzi się z niej i znajduje w pomieszczeniu, pośrodku którego stoi wielki żelazny przedmiot podobny do kotła lokomotywy, wsparty na murze i w nim osadzony.

Teozofowie stłoczyli się wokół tego kotłopodobnego obiektu z niecierpliwą, lecz przyzwoitą ciekawością. Aby ją zaspokoić, jeden z pracowników obrócił na końcu tego przedmiotu żelazną dźwignię. Otworzyła ona okrągły otwór wielkości monety korony.

Obecni patrzyli na to z większym powodzeniem niż ja. Zauważyłem, że po jednym szybkim spojrzeniu odwracali się z mimowolnym dreszczem.

Kiedy przyszła moja kolej, by zajrzeć, nie dziwiłem się, że moi poprzednicy zadrżeli. Gdyby Wergiliusz, Milton albo Dante zobaczyli takie Inferno, nigdy nie napisaliby o Infernie, porzucając temat jako całkowicie niewypowiadalny.

Wewnątrz pieca było pełno ognistych języków, które wiły się jak ramię samego diabła. Mogę patrzeć na zwykły piec, lecz nigdy więcej nie zajrzę przez tę żelazną szczelinę w trzewia piekła.

Kiedy tak rozmyślałem, nadjechał karawan i zatrzymał się na żwirze przed drzwiami kaplicy pogrzebowej. Wniesiono trumnę do kaplicy i położono ją na dębowych kozłach. Wszyscy stanęliśmy odkrywszy głowy.

Trumna była dosłownie obładowana i ukryta pod kwiatami, a ciężki zapach napełniał powietrze. Pod tymi kwiatami leżały śmiertelne szczątki tej, która była droga nam wszystkim i która wywierała osobisty wpływ, jakiego zwykła miernota – choćby najżyczliwsza – nigdy nie mogłaby wywrzeć.

Czar, z jakim wzbudzała wobec siebie ludzki szacunek i przywiązanie, był większym „cudem” niż którykolwiek z tych, na które zwracali uwagę jej oszczercy.

* * * *

Pan G. R. S. Meade, młody dżentelmen o subtelnych rysach i bardzo duchowym wyrazie twarzy, wysunął się ku wezgłowiu trumny tej, której był prywatnym sekretarzem i oddanym przyjacielem.

Tam, w najuroczystszej ciszy, odczytał poruszający i imponujący adres. Gdy jego srebrzysty głos wznosił się i opadał w melodyjnej kadencji, zostałem uniesiony jakby w wizji ku dolinie, wśród wrzosowych wzgórz mojej własnej ukochanej ziemi, aby bardziej kochać i mniej nienawidzić heretyków – heretyków prześladowanych ogniem i stalą, tak jak heretycy, wśród których stałem, byli prześladowani szyderstwem i oszczerstwem.

Lecz gdy tak rozmyślałem, drzwi z krematorium do kaplicy otworzyły się. Weszło czterech pracowników, którzy nie wyglądali dokładnie ani na palaczy piecowych, ani na rzeźników, lecz mieli pewne podobieństwo do jednych i drugich. W rzeczowy sposób dwóch z nich podeszło do jednego końca kozłów, dwóch do drugiego, i uniósłszy je za cztery uchwyty, przenieśli trumnę przez szerokie drzwi ku piecowi.

Czterech teozofów, którzy znali i kochali Madame Blavatsky – i podobnie jak ja odkryli, że najwspanialsza i najgorzej lżona kobieta świata była tym samym człowiekiem – podążyło za jej szczątkami przez te szerokie drzwi do pieca.

Masa kwiatów owiała nas drugim bogactwem zapachu, gdy znikały, a wielkie drzwi zatrzasnęły się i zaryglowały z ostatecznością sugerującą upadek bram w Hadesie.

Kozły, trumna i kwiaty zniknęły. Były teraz za tym nieubłaganym wejściem – tak samo jak śmiertelne szczątki najsilniejszej, najdzielniejszej i najszlachetniejszej kobiety, jaka kiedykolwiek chwyci ten biedny, drżący świat, zbyt nikczemny i słaby, by pisać nekrologi.

* * * *

Każda rozumna osoba, która zetknęła się z nią, mogła łatwo zrozumieć, dlaczego była tak głęboko kochana, a nie mniej łatwo pojąć, dlaczego tak gorzko ją nienawidzono.

Nosiła serce na dłoni. Niestety dla każdego, kto ma nadzieję „iść naprzód” w tym świecie, nie posiadała ani jednej łachmany płaszcza obłudy. Grzmiała i błyszczała raczej, niż rozmawiała, o osobach i zasadach, posługując się wesołym sarkazmem i pogodnym cynizmem – lecz dla tych, którzy potrafili ją zrozumieć, nawet bez podejrzenia goryczy czy złośliwości.

Nie miała w wypowiedzi tej powściągliwej precyzji wobec przyjaciół i współczesnych, którą przyjmują damy z towarzystwa. Nie zamierzała nikogo krzywdzić i dlatego nie przychodziło jej do głowy, że mówiła tak, jak mówiła. Była – jeśli chcecie – zbyt prosta, szczera i bezpośrednia; chciała roztropności, brakowało jej hipokryzji. I właśnie dlatego stała się łatwym, choć zakutym w stal celem zatrutych strzał swoich oszczerców.

Teraz, przez ciemną śmierć i ogień krematorium, przeszła spośród nas, oszczerców.

Pomijając szlachetność jej duszy i ogrom jej dokonań, cenię drogo pamięć o kimś, kogo kochałem – o osobie źle rozumianej, którą ja rozumiałem, jednej z bardzo nielicznych, które rozumiały mnie.

Tajemnica, przez którą przechodzimy, może być tym bogatsza dzięki jej obecności; lecz ten nasz przeciętny świat jest tym uboższy przez jej utratę.

Jej śmierć spada ciężko na mnie – mnie, który należałem do jej braterstwa, lecz nie uczestniczę w społecznym pocieszeniu jej wyznania.

Dla jej zwolenników ona wciąż żyje. Madame Blavatsky, którą znałem, może w umyśle teozofa mieszać się z „samym tylko fizycznym narzędziem, które służyło jej przez tę jedną krótką inkarnację”. Lecz ja nie trzymam się tej nauki dość mocno, aby dawała mi pocieszenie.

Madame Blavatsky, którą znałem, jest dla mnie martwa.

Oczywiście wszystko to, co mogło być w niej trwałe lub nietrwałe, nadal wiruje w wirze wszechświata. Ale ona żyje dla mnie tylko tak, jak żyją inni ze zwoju dobrych i wielkich – aureolą swej pamięci i natchnieniem swego przykładu.

Jej wyznawcy są agnostykami w sprawach grubszych zagadnień teleologii, w których ja jestem tylko agnostykiem; chlubią się „komunią” ze swoimi zmarłymi, lecz mnie pozostawiono w żałobie.

Nie jest dla mnie rzeczą oczywistą, by odrzucać bariery zmysłów i w boskim świetle duchowego postrzegania oglądać miłe oczy wyciągnięte ku mnie z owej straszliwej granicy, z której żaden podróżnik nie powraca.

Dla mnie Madame Blavatsky jest martwa, a kolejny cień spadł na moje życie, które nigdy nie miało wiele słońca, by je błogosławić.

źródło: The Last of the Mortal Blavatsky; THE GOLDEN WAY – August, 1891.