Autorstwa Jej Ekscelencji Madame Sabouroff
Otrzymaliśmy uprzejme zaproszenie od pana Eglintona, aby uczestniczyć w wieczornym seansie 18 marca, i zebraliśmy się w jego pokojach o godzinie dziewiątej. Łącznie z nim było nas jedenaście osób: dwie baronowe Taube, generał Gerbine i jego żona, doktorzy S. i B. Linn oraz pani Linn, doktor Rokel, panna Bestougef i ja.
Siedzieliśmy w zaciemnionym pokoju, który starannie zbadaliśmy przed rozpoczęciem seansu, i po zamknięciu obu drzwi na klucz (jedne prowadziły na korytarz, drugie do sąsiedniego pokoju) zajęliśmy miejsca wokół bardzo dużego stołu, na którym ustawiono ciężką i dużą pozytywkę, a także gitarę, ołówek, małą parę nożyczek oraz złożoną kartkę papieru, na której przed zajęciem miejsc, i pod nieobecność pana Eglintona w pokoju, generał Gerbine narysował figurę geometryczną. Jak zwykle, mocno trzymaliśmy się za ręce, a baronowa Taube i pani Gerbine, które siedziały obok pana Eglintona, twierdziły, że podczas seansu przez cały czas trzymały jego ręce w swoich, ani na moment ich nie puszczając. ..
Po zgaszeniu światła niektórzy z obecnych bardzo szybko poczuli delikatny dotyk subtelnych dłoni. Na moją prośbę zostałem lekko pociągnięty za ucho, a panna Bestougeff, która siedziała naprzeciw medium (oddzielona od niego dużym stołem), otrzymała kilka stuknięć w plecy, po czym ktoś włożył jej do ręki ołówek. Próbowała zatrzymać w swojej dłoni palce tej istoty – lecz zdawały się rozpływać, gdy pozostawiały ołówek w jej ręce.
Gitara została zabrana ze stołu i latała wokół naszego kręgu, dotykając czasem naszych głów i rąk. Mogliśmy ją chwilami widzieć unoszącą się niemal pod samym sufitem, gdy przemieszczała się tam i z powrotem przed małym oknem nad drzwiami prowadzącymi na korytarz, lekko oświetlonym lampą z przedpokoju. Pozytywka była często nakręcana i unosiła się po pokoju. Nierzadko spoczywała na naszych głowach, a jej melodia czasem milkła natychmiast albo nadal grała – zgodnie z wyrażonym życzeniem obecnych.
Usłyszeliśmy dźwięk nożyczek tnących papier, a pod koniec seansu mogliśmy zobaczyć, że figura geometryczna narysowana przez generała Gerbine’a została wycięta z największą dokładnością, przy czym nożyczki ściśle podążały po liniach ołówka. Pani Gerbine powiedziała, gdy słyszeliśmy ten odgłos, że medalion, który nosiła na łańcuszku na szyi, jest właśnie zdejmowany – co było rzeczą bardzo trudną, ponieważ posiadał pomysłowy zatrzask. Gdy medalion zniknął, szukaliśmy go wszędzie po zakończeniu seansu i został znaleziony w małej kieszeni kamizelki doktora B. Linna, który siedział po przeciwnej stronie stołu.
Słychać było kilka głosów: szorstki bas, łagodny sopran i inne. Wchodziły z nami w rozmowę i odpowiadały na nasze pytania. Niekiedy głosy te mówiły jednocześnie, i to w chwili, gdy pan Eglinton rozmawiał z nami.
Nad stołem unosiły się małe świetliste iskry. Następnie w jednym z rogów pokoju pojawiło się duże światło, które stawało się coraz większe i jaśniejsze, w miarę jak zbliżało się do kręgu, aż wyglądało jak duży księżyc. Jednak w jego centrum masa światła zdawała się pozostawać w niespokojnym, wrzącym stanie musowania, aż wreszcie pośrodku świetlistej masy ujrzeliśmy ciemną dłoń, z palcami częściowo zgiętymi ku sobie. Właśnie wtedy usłyszeliśmy szept kilku głosów blisko medium, po czym pan Eglinton powiedział, że niewidzialni wykonawcy polecają nam usiąść do wytworzenia zmaterializowanych postaci. Była to dla nas wszystkich bardzo miła niespodzianka i pospiesznie opuściliśmy pokój, a za nami wyszedł pan Eglinton, podczas gdy służba otwierała okna, by go przewietrzyć, i usuwała stół.
Ponownie zebraliśmy się w tym samym pokoju i – na prośbę pana Eglintona – zbadaliśmy sąsiedni pokój, ponieważ miał on posłużyć mu za ciemny gabinet, w którym pozostał, podczas gdy my wszyscy siedzieliśmy w pierwszym pokoju, tworząc półkole, i w tym samym porządku co podczas pierwszej połowy seansu. Siedzieliśmy w odległości półtora arszyna od drzwi prowadzących do ciemnego gabinetu, przez które zawieszona była zasłona. Gdy tylko zgaszono świecę, połączyliśmy dłonie.
Minęło kilka chwil, gdy pan Eglinton wyszedł z gabinetu i, zbliżywszy się do okna najbliższego drzwi, podniósł jego ciemną zasłonę; wpadające światło było na tyle silne, że pozwalało nam nie tylko widzieć się nawzajem, ale nawet rozróżnić godzinę, kiedy spojrzałam na zegarek. Jak później stwierdziliśmy, światło to pochodziło z dużych okien klatki schodowej domu, znajdujących się dokładnie naprzeciw naszego pokoju.
Gdy tylko pan Eglinton powrócił do gabinetu, między połówkami zasłony w drzwiach ukazała się biała postać młodzieńca około dwunastoletniego – lecz tylko na sekundę. Następnie weszła do naszego pokoju i zbliżyła się na około jard, stojąc przez pewien czas przed naszym kręgiem i z wdziękiem poruszając rękami, podczas gdy śnieżnobiała draperia, okrywająca ją od stóp do głów, podążała za ruchami rąk. Potem wycofała się, uprzednio odwróciwszy się do nas plecami. Draperia ta nie przypominała żadnej tkaniny tkanej i lśniła jasną, świetlistą bielą zarówno po stronie zwróconej ku oknu, jak i po drugiej, pozostającej w cieniu.
Kilka chwil później postać ta ukazała się po raz trzeci i, podchodząc blisko do pani Gerbine, która siedziała tyłem do okna, pochylała się przez jakiś czas ku tej damie; lecz chociaż pani Gerbine widziała młodą twarz całkiem wyraźnie, nie rozpoznała jej. Następnie postać ta powoli zbliżyła się do baronowej Taube i kilkakrotnie dotknęła jej ramienia.
Ledwie ta postać wycofała się za zasłony, ukazała się na chwilę wysoka, męska postać; następnie wyszła ponownie i, zrobiwszy ku nam dwa lub trzy kroki, zatrzymała się na pewien czas, po czym, cofając się tyłem – nie odwracając się do nas plecami i nie kryjąc się za zasłonami – zniknęła na naszych oczach, zapadając się w podłogę, aż widzieliśmy już tylko jej ramiona, potem samą głowę, a w końcu zniknęła całkowicie z pola widzenia. Postać ta również była ubrana na biało, lecz jej szata wydała się nam mniej świetlista niż ubiór pierwszej postaci.
Po tym ukazała się trzecia postać, podobna do pierwszej. Była nieco wyższa, lecz równie pełna wdzięku. Pojawiła się dwa razy i – nie cofając się za zasłony – także rozpłynęła się w naszej obecności w taki sam sposób, jak uczyniła to męska postać.
Seans zakończył się pojawieniem pana Eglintona przed zasłoną; jego oczy były zamknięte i sprawiał wrażenie pogrążonego w głębokim transie. Próbował zrobić kilka kroków w naszym kierunku, a przy każdym jego wysiłku zasłony rozsuwały się tak, abyśmy mogli zobaczyć stojącą tuż przy nim białą, lśniącą masę, wyższą od niego samego. Wyglądało to tak, jak gdyby ta postać usiłowała ukazać jednocześnie siebie i pana Eglintona. Ponieważ próby te okazały się bezskuteczne, pana Eglintona wprowadzono z powrotem do gabinetu, a głos jednego z jego przewodników pożegnał nas słowami „dobranoc”.
Zapaliliśmy świecę, a pan Eglinton wkrótce wszedł do naszego pokoju, sprawiając wrażenie wyczerpanego. Licząc krótką przerwę pomiędzy dwoma seansami, całość trwała półtorej godziny.
źródło: MR. EGLINTON IN RUSSIA , A SEANCE AT ST. PETERSBURG; LIGHT – Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research; Saturday, June 18, 1887.