Przez Henry’ego Claya Preussa
Proszę, posłuchajcie mnie, moje drogie dzieci. Jestem bardzo starym człowiekiem; a im dłużej żyję, tym głębiej i bardziej religijnie utwierdzam się w przekonaniu, że słabej Ludzkości wiele trzeba przebaczyć.
Czy masz wroga i czy życzysz mu źle za krzywdę, którą ci wyrządził? Zatrzymaj się na chwilę i pomyśl: czyż nie jest on, podobnie jak ty, dzieckiem smutku w tym „ciemnym stanie”?
Czy w rękach Losu nie są zachowane bicze wystarczająco dotkliwe, aby wydobyć z niego krew życia – bez dodawania twojego własnego uderzenia do ich liczby?
Pomyśl o cierpieniach, które – w większym lub mniejszym stopniu – spadają na całe ludzkie ciało: zawiedzione nadzieje i niespełnione uczucia, gryzące bóle Ubóstwa, zgubne związki, wadliwa organizacja moralna, słaba siła woli, a także straszliwa przewaga dzikszych pierwiastków naszej natury.
Pomyśl o brutalnej tyranii Apetytu, który ściga nas niczym ogar po krwi, zatapiając swe nieludzkie kły we własnej matce – Naturze, przez którą został zrodzony.
Dodaj do tego spustoszenia Choroby, która skrada się po naszych żyłach niczym śmiertelna żmija, wysuszając krew naszego życia, wzniecając straszliwy rozdźwięk w mózgu, aż każda nić nerwowa systemu drży w agonii.
A potem nadchodzi przerażający Finał – ciemna, groźna tragedia: Śmierć!
Wyobraź sobie teraz, że stoisz nad grobem swego wroga. Czyż nie powiedziałbyś wtedy wraz z naszym pięknym Irvingiem:
„Niestety, że miałem walczyć z tą biedną garścią popiołu!”
Pewien bardzo mądry człowiek powiedział:
„W młodości napisałbym satyrę na ludzkość; w starości napisałbym jej obronę”.
Czyż nie jest to rozwijanie się boskiego prawa Miłości w sercu, kiedy doświadczenie późniejszych lat służy temu, by „łagodzić nasz sąd miłosierdziem”?
Edgar A. Poe
Poemat
I
Twój umysł miał kształt niemal nie z tej ziemi,
Niepokrewny umysłom własnego rodzaju.
Lecz, szybując na skrzydłach wichru,
Wznosił się pośród chmur, gdy daleko w dole
Pokorne miliony ziemi, zdumione, cofały się z lękiem
Przed widokami, które słabsze oczy rażą ślepotą;
Podczas gdy ty, niczym orzeł lecący ku słońcu,
Uznałeś, że twój olbrzymi bieg ledwie się rozpoczął.
II
A gdybyś utrzymał jeszcze tę zawrotną wysokość
I śnił swe sny pośród niebios,
Mógłbyś ukazać jasne, niegasnące światło.
Lecz niczym zachodzące słońce wzniosłeś się tylko po to,
By utracić swój niezrównany blask w nocy,
Która odcisnęła pieczęć ciemności na twoich oczach;
I ślepy, chwiejny w jej moralnym mroku,
Twój zdrajca – Geniusz – ukształtował grób swego Mistrza!
III
Życie jest kielichem – jego powierzchnia słodka jest w smaku,
A ten, kto chce się nim cieszyć, musi nauczyć się sączyć.
Kto bowiem pije zbyt łapczywie i zbyt pośpiesznie,
Ten wkrótce „zbiera popiół na wargach”,
A duszę pozostawia jako wybielone i zrujnowane pustkowie,
Z wszystkimi wizjami fantazji ściętymi mrozem
Już w samym pąku. Tak też było z tobą,
O Poe! – biedne, upadłe dziecko Poezji!
IV
Z odważną i straszliwą mocą zdarłeś
Mistyczną zasłonę ze wszystkich ukrytych spraw życia;
A potem twoja zbuntowana dusza została skazana,
By znosić karę, którą przynosi zbyt wielka wiedza.
Jaśniejsze światła życia stały się dla ciebie ciemne i ponure;
Śmiertelny mrok spadł, choć siedziałeś na skrzydłach aniołów.
A teraz, obdarzony wszystkimi darami Geniuszu,
Prosiłeś śmierć jedynie o łaskę odpoczynku!
V
Dziecko słabości, dziedzicu sławy,
Ludzie osądzili cię jedynie w twym ciemniejszym nastroju –
Odcisnęli zimny, nieczuły wyrok na twoim imieniu,
Nie zatrzymując się, by oddzielić zło od dobra.
A przecież były chwile, gdy płynny płomień
Przestawał płynąć szaleńczo, by rozpalać twoją krew.
Och! Wtedy twoja lepsza natura dowodziła swej wartości
I nosiła barwę bardziej Nieba niż Ziemi!
VI
Ach! Jakże mało rozumiemy straszliwe drgania,
Które paliły i dręczyły twoją zmagającą się duszę,
Gdy poruszała ją wojna między najśmiertelniejszymi wrogami –
Demonem Występku i boskim panowaniem nad sobą!
Jak często twój zmiażdżony, pokonany duch powstawał,
By podjąć walkę na nowo – tego nie powiedziano.
Wiemy tylko, że teraz leżysz pod darnią,
A Zwierzę w końcu zatriumfowało nad Bogiem!
VII
Śpij, Minstrelu, śpij! Och, życie nawet w najlepszej postaci
Było tylko jakimś ciemnym, gorączkowym snem dla ciebie.
Nie nam naruszać twój „ostatni, długi odpoczynek”
Zimnymi wyrzutami rzucanymi na twoją pamięć.
Jak blask zachodu na gasnącym Zachodzie
Ogłasza upadły majestat boga Dnia,
Tak Geniusz jaśnieje wokół obdarowanego zmarłego,
By oznajmić ludzkości, jak wielka dusza uleciała!
Waszyngton, D.C.
źródło: Edgar A. Poe; „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.