Duchowe ostrzeżenia

Przez Jamesa S. Olcotta
Panie Redaktorze:

Ponieważ pragnie Pan uzyskać fakty dotyczące komunikacji duchowych raczej niż teoretyczne poglądy i opinie, przedstawię prostą relację z tego, czego byłem świadkiem jako faktów między rokiem 1816 a 1822, w domu plantacyjnym w Georgii, około szesnastu mil od Savannah.

Pozostawiam Panu i czytelnikom Pańskiego znakomitego pisma ocenę tych faktów zgodnie z prawami waszych odpowiednich organizacji, związanymi z tymi sprawami oraz z wyższymi sferami.

Jedyny sposób, w jaki sam mogłem je dawniej pojmować – zanim otrzymałem światło obecnej manifestacji – czy to jako szczery wierzący chrześcijanin, czy później jako szczery filozof niewiary, polegał na pozostawieniu ich w spokoju.

Dnia 26 grudnia 1816 roku poślubiłem najmłodszą z trzech sióstr, piękną i inteligentną dziewczynę osiemnastoletnią. Wychowała się w Savannah i miała wszystkie zwyczaje oraz uczucia miejskiego życia.

Jej ojciec, jako swój udział, zakupił plantację.

Dom był starym domem plantacyjnym, który stał tam jeszcze sprzed czasów Rewolucji. Był jednopiętrowy, rozłożysty, i posiadał dwa główne pomieszczenia z przodu, po cztery pokoje w każdym narożniku. Pomiędzy tymi bocznymi pokojami znajdowała się piazza, czyli ganek, szeroka na około dwanaście stóp, przykryta tym samym dachem, z oknami otwierającymi się po obu stronach drzwi prowadzących z centralnych pomieszczeń, zwanych salonem i pokojem dziennym.

Okna salonu nie miały zasłon. Zajmowaliśmy południowo-zachodni narożnik.

Dom stał pośrodku podwórza; kuchnia, spiżarnia, magazyn i tym podobne budynki znajdowały się osobno, jak to jest zwyczajem na Południu, całkowicie oddzielone od niego.

Aleja prowadząca z zachodu i wschodu, dość znacznej długości, wiodła na dziedziniec. Dom był drewniany i niepomalowany. Pokoje nad głównymi pomieszczeniami były używane tylko okazjonalnie.

Pierwszej nocy, gdy zająłem pokój, który zajmowałem później przez osiemnaście miesięcy, i w którym czasami spałem aż do roku 1822, usłyszałem niezwykły hałas.

Przypominał on odgłos, jaki wydałaby wielka pantera o wadze sześciuset funtów, wykonująca cztery albo pięć susów po dachu przy narożniku domu, nad naszymi głowami.

Wstrząsnęło to całym narożnikiem budynku.

Moja żona, Mary Ann, również to usłyszała.

– Czy to możliwe – powiedziałem – aby ktokolwiek był tak nieuprzejmy, żeby w ten sposób nas niepokoić?

– Nie powinieneś być zdziwiony – odpowiedziała – gdy powiem ci, że ten dom jest nawiedzony. Był tu żołnierz, młody człowiek, zamordowany w salonie podczas wojny rewolucyjnej. Słyszymy różne odgłosy i musisz się do nich przyzwyczaić.

Roześmiałem się z jej wiary w duchy.

Następnego dnia starannie obejrzałem narożnik domu, spodziewając się znaleźć nieomylne dowody obecności ducha związanego z ciałem i krwią. Nie znalazłem niczego – nawet kota.

Około czterech miesięcy później, w jasny księżycowy wieczór, gdy leżałem bezsennie mniej więcej o północy, usłyszałem w salonie potężną szamotaninę, walkę i upadek.

Wstałem, otworzyłem drzwi sypialni i nagle, boso, podszedłem do okna. Spojrzałem przez nie do salonu.

Wszystko było całkowicie spokojne, a kot spał cicho na palenisku.

Słyszałem ten sam hałas przez trzy miesiące, w trzech różnych okresach. Była to ta sama czynna, ciężka, śmiertelna walka.

Przekonałem się, że odgłos powstawał za sprawą niewidzialnego czynnika, i z czasem się do niego przyzwyczaiłem.

Miesiąc albo dwa później obudził mnie ciężki, głuchy odgłos świeżej ziemi spadającej na trumnę. Był to ten sam głęboki, pusty, nierównomiernie przerywany dźwięk.

Do tego również się przyzwyczaiłem.

Dochodził bezpośrednio spod salonu. Co do jego miejsca i natury nie miałem żadnych wątpliwości.

Ostatnim złowieszczym odgłosem, jaki słyszałem, był powolny, równy krok strażnika nad moją głową. Człowiek ten przechodził połowę odległości nad piazzą, a następnie regularnie zawracał.

Drażniło mnie to niezmiernie. Ilekroć się budziłem, słyszałem ten nieustanny krok. Uchylałem drzwi, a potem raz po raz, w jasną księżycową noc, wybiegłem nagle na podwórze, aby, jeśli to możliwe, odkryć przyczynę mego niepokoju.

Nie było jednak niczego do zobaczenia.

Około pięciu lat po pierwszym zakłóceniu stara służąca domowa, zwana Sauraar, zachorowała i zmarła.

Była przepełniona przerażeniem na myśl o śmierci. Stała się straszliwym widokiem dla pozostałych służących.

Zdarzyło się, że w tym czasie wszystkie trzy siostry przebywały u swego ojca. Żółta dziewczyna

weszła, mówiąc:

„Na miłość Boską, Miss Hannah, proszę przyjść i zobaczyć starą ciotkę Sauraar. Ona chce panią widzieć. Nie może umrzeć. Chce pani coś powiedzieć – bardzo źle!”

Hannah, żona pułkownika Nowlana, energiczna kobieta interesów, która żywiła głębokie współczucie dla chorych, białych czy czarnych, wkrótce znalazła się przy jej boku.

– Och, Miss Hannah – powiedziała Sauraar – ja nie mogę umrzeć! Nie mogę umrzeć! Jestem taka zła!

– Dlaczego, Sauraar, jesteś bardzo stara. Wszyscy musimy umrzeć, a ty zawsze byłaś dobrą i wierną służącą.

– Nie mogę umrzeć! Nie mogę umrzeć! Tak źle! Tyle krwi! Tyle krwi!

– Cóż, jeśli coś ci ciąży na sumieniu, powiedz mi, a jeśli wyzdrowiejesz, nigdy tego nie zdradzę.

– Och! Nie mogę powiedzieć – tak źle! Tak źle! Tyle krwi!

Nie mogąc skłonić jej do zrzucenia ciężaru z sumienia, pani Nowlan posłała po swoją siostrę Elizę.

Rozległ się ten sam straszliwy lament, to samo pełne cierpienia pragnienie, by coś powiedzieć, zmieszane z jeszcze większym lękiem przed opowiedzeniem całej historii.

Nieszczęsna kobieta wezwała teraz Mary, mówiąc:

„Och, mogę powiedzieć Miss Mary”.

Mary jednak również nie zdołała wydobyć z niej wyznania.

Pod wieczór Sauraar umarła w przerażeniu. Służący powiedzieli później białym, że przed śmiercią wyznała, iż przekazała informacje, które doprowadziły do śmierci młodego żołnierza.

Mówiono także, że stara pani Ash, dość okrutna pani domu, gdy leżała chora, uciszyła jej oddech, kładąc jej na twarzy ciężko złożoną tkaninę.

Jakkolwiek było, starą panią znaleziono martwą. Po śmierci starej Sauraar wszystkie odgłosy ustały.

Leżałem potem raz po raz sam w tym samym pokoju i żaden dźwięk nigdy więcej mnie nie niepokoił.

Nie mogłem mylić się co do tych odgłosów, tak samo jak nie mógłbym mylić się co do wymowy i wyraźnego odczytywania języka angielskiego, łacińskiego czy greckiego.

Byłem chłodny, opanowany, nie spieszyłem się i miałem lata, aby sprawdzić prawdziwość oraz naturę tych odgłosów.

Są to fakty – i przedstawiam je jako fakty.

Rozumiem dobrze działanie mesmeryczne i biologiczne, lecz nie widzę żadnej pierwszej ani drugiej stacji, żadnego łańcucha widzialnych ludzkich czynników, które mogłyby doprowadzić do takich skutków.

Mogę je teraz przypisać jedynie działaniu duchów tych, którzy za życia w ciele zostali głęboko skrzywdzeni – duchów, które wywoływały owe odgłosy albo z dobrego, albo ze złego zamiaru, aby wzbudzić dociekanie co do winnej przyczyny swoich krzywd.

Odgłosy były tak rzeczywiste, jak rzeczy, które przedstawiały.

źródło: Spirit Warnings;  „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.