HISTORIA STARLING
Autor: kpt. Quentin Craufurd, R.N.
Czy zwierzęta mają dusze?
Słownik definiuje duszę jako siedzibę życia i intelektu; przyjmując taką definicję, można z całą pewnością stwierdzić, że zwierzęta posiadają dusze.
W literaturze spirytualistycznej spotyka się rozbieżne opinie na ten temat – jedni twierdzą jedno, inni drugie. Wielu utrzymuje, że przetrwanie po śmierci dotyczy wyłącznie zwierząt domowych. Ja natomiast uważam, że wszystko zależy od ludzkiej strony przyjaźni.
Kilka lat temu uratowałem pisklę szpaka, które wypadło z gniazda. Miałem większe trudności z jego karmieniem niż z niemal jakimkolwiek innym małym stworzeniem, jakie pamiętam. Z delikatnym, nieforemnym kłębuszkiem piórek nie można walczyć fizycznie, ale można prowadzić wojnę woli przeciw woli – i przez długie godziny utrzymywałem w sobie przekonanie, że to brzydkie maleństwo i ja musimy się zaprzyjaźnić. Wypluwał każde pożywienie, które udało mi się wcisnąć mu do dzioba, a jego skręcona, maleńka twarz przypominała pyszczek małego demona. W końcu oczywiście zwyciężyłem i zaczął jeść z zadowoleniem.
Żaden ptak nie okazał nigdy tak absolutnego oddania, jakie ten mały kłębek piór okazał mnie i mojej żonie. W dzień był wolny w ogrodzie, lecz nocą spał przy moim łóżku. Zawsze dokładnie sprawdzaliśmy ogród pod kątem kotów, jednak pewnego wieczoru jeden z nich (który musiał czatować w ukryciu przez wiele godzin) dopadł naszego szpaczka. Z cięższym niż zwykłym bólem złożyliśmy ten mały pęczek piór w ziemi.
Naturalnie nie wierzyłem, że nasz mały przyjaciel „przestał istnieć”; lecz jak można było przypuszczać, że przetrwał, skoro absolutnie nic nie oddziaływało na zmysły w sposób, który można by choćby w najlżejszym stopniu uznać za „obecność”? A jednak nie zamierzałem zawieść z mojej strony – dzień po dniu ofiarowywałem to, co mogłem dać: powitanie domniemanej, maleńkiej obecności.
CZY TO BYŁA KONTROLA?
W następnym roku, gdy szpaki przystąpiły do lęgów, pojawił się jeden, który od razu nawiązał ze mną kontakt – choć tylko na krótkie chwile. Czy możliwe jest, że podobnie jak my, ludzie, mamy swoich mediów, tak i świat zwierząt bywa w pewnych momentach poddany wpływom „kontroli”? Kto uczy gąsienicę barczatki dębowej, by z ufnością przegryzała się przez najtwardsze drewno ku barwnemu światu, który znała jej matka, składając jajo w bezpiecznym miejscu? Kto uczy młodego lisa przechytrzać ludzkiego prześladowcę, który zabił jego ojca i dziadka? Kto mówi młodej kawce wychowanej w niewoli, że najpierw trzeba usunąć żądło z osy po jej zabiciu, zanim się ją połknie?
Oczywiście – istnieją niezliczone rzesze matek i ojców czuwających w pobliżu; a kto – człowiek czy zwierzę – nie interesuje się młodą istotą, dopiero co rzuconą w ten materialny świat?
Rok po roku to samo dziwne zjawisko powtarzało się wraz z pojawieniem się młodych szpaków. Lecz w tym roku, jak sądzę, nie było już żadnego medium.
Kucharka znalazła młodego szpaka skrzeczącego przy tylnych drzwiach, włożyła go do miski po budyniu, przykryła gazetą i przyniosła do mnie.
– Proszę pana, tu jest szpak.
– W tym? Karmiłaś go?
– Nie, proszę pana, nic nie chce jeść.
Głośny głos spod gazety włączył się do rozmowy. Zajrzałem pod nią. Zdjąłem gazetę – a pan Szpak skoczył prosto na moją dłoń. To był mój szpak. Chcę powiedzieć: ta sama mała osobowość sprzed dwóch, trzech, pięciu – nie, dziesięciu lat. Czy natychmiast jadł bekon i jajka z mojego talerza? Oczywiście, że tak! Czy od razu poleciał do pani Craufurd? Oczywiście! Był tylko trochę oszołomiony i zamyślony, jakby próbował połączyć dwa i dwa. Z radością wskoczył do tej samej starej klatki, która dawniej służyła mu nocą jako miejsce odpoczynku przy moim łóżku.
Jak długo to potrwa? Czy za chwilę wyparuje, a na jego miejsce pojawi się zwykły, przestraszony szpak?
Wyszliśmy do ogrodu, a gdy sfrunął po coś, co przykuło jego uwagę, spróbowaliśmy – tylko jako eksperyment – starej, dawnej zabawy, by sprawdzić, czy to możliwe. Zawołaliśmy go! Mała główka wychyliła się zza łodygi róży, potem wyciągnęła się szyjka i, najszybciej jak potrafiły dwie małe nóżki, przybiegł – dokładnie tak, jak dawniej. Zatrzymywał się, by przyjrzeć się temu i owemu, lecz zawsze reagował na wołanie. Przebiegł przez łuk do ogrodu warzywnego, a potem przez maliny do dużej woliery, gdzie dawniej siadał bezpiecznie, gdy nie było nas w pobliżu.
Czy coś może narodzić się na nowo? Czy może ponownie wejść w naturalny proces narodzin? Czy oczekująca istota mogłaby skorzystać z jakiejś okazji, by przesączyć się z powrotem przez zakazaną bramę? Tego nie wiemy; każdy musi zbudować własną teorię.
DZIWNA ODPOWIEDŹ NA MODLITWĘ
Nie został z nami długo, ten mały towarzysz. Być może istnieje jakieś prawo, które wyznacza granicę dla dziwnych rzeczy; być może ktoś – jak Sybilla prowadząca Eneasza przez podziemia – przywołał go z powrotem. Ale najpierw posłuchajcie.
Tego samego gorącego popołudnia leżałem na trawie, odpoczywając, zmęczony pisaniem; a mała istotka musiała koniecznie być ze mną i bawić się przy stawie z rybami. Leżałem w słońcu, myśląc, myśląc, myśląc, podczas gdy dwa małe ptaki biegały wokół, bawiąc się, pijąc i kąpiąc. Jeden to osierocony kos, którego wychowuję; drugi to mały szpak – bardzo młody, a zarazem bardzo, bardzo stary.
Gdy patrzę w to czyste, błękitne niebo, mówię sobie, że w istocie patrzę na niezliczone gwiazdy. Nie widzę ich w jasnym świetle – ale wiem, że tam są. Mały kos usiadł na kamieniu przy stawie, lecz mała „Istotka” przejawiała dziedziczny instynkt szpaka, rozchylając dziobem drobne szczeliny, jak to robią szpaki: wsuwasz zamknięty dziób w otwór, a potem go rozwierasz, rozchylając szczelinę. Ale czy to była dziedziczność?
Zamknąłem oczy przed oślepiającym światłem.
– O Boże, jakikolwiek byś był! Dlaczego nie może nadejść chwila, w której nasze oczy zostałyby otwarte choćby na moment, byśmy mogli zajrzeć pod powierzchnię rzeczy?
Halo? Dwie małe łapki wylądowały na mojej brodzie.
– Nie, nie, mała Istotko – nie teraz. Moje myśli zajęte są sprawami większej wagi.
Czy to była dziedziczność? Najdelikatniejsze muśnięcie między moimi powiekami – a potem, jakby rękami wróżek, moje oko zostało łagodnie rozchylone i ujrzałem już nie niebo, lecz otwarty dziób; za nim – nie do końca ostro – dwie figlarne, szpakowe iskierki w pierzastej twarzy śmiały się psotnie:
– No dalej, tato! Nie udawaj, że śpisz!
WEZWANY DO DOMU
Cóż – tego samego wieczoru pochowaliśmy ten mały pęczek piór, który służył za płaszcz. Spełnił swoją rolę. Zasnął przed kolacją z głową schowaną pod skrzydłem; a gdy wróciłem, leżał już sztywno na podłodze swojej skrzynki do spania – a raczej leżał tam jego pierzasty płaszcz. Coś albo Ktoś wezwał go do domu.
A ja miałem jedynie krótkie spojrzenie pod powierzchnię rzeczy.
Są chwile, w których człowiek dziękuje Bogu, że nie pozostał zbyt dumny, by stać się spirytualistą.
źródło: DO ANIMALS HAVE SOULS? – STORY OF A STARLING; Light on Spiritualism and Psychical Research, August 17, 1934.