A Message from Robert G. Ingersoll

A Message from Robert G. Ingersoll” z 1904 roku to rzadka broszura spirytystyczna Mary E. Matter, zawierająca rzekome pośmiertne przesłanie słynnego amerykańskiego agnostyka, zapisane za pomocą pisma automatycznego.

Wydana w 1904 roku broszura A Message from Robert G. Ingersoll jest niewielkim, lecz historycznie interesującym dokumentem amerykańskiego spirytualizmu początku XX wieku. Jej treść miała zostać przekazana za pomocą pisma automatycznego przez Mary E. Matter, przedstawiającą się jako medium z Filadelfii, i pochodzić od ducha zmarłego kilka lat wcześniej Roberta G. Ingersolla.

Wybór Ingersolla nie był przypadkowy. Słynny amerykański prawnik i mówca przeszedł do historii jako „Wielki Agnostyk”, bezkompromisowy krytyk religijnego dogmatyzmu i idei wiecznego potępienia. Dla środowisk spirytualistycznych jego rzekomy głos zza grobu miał szczególną wartość: mógł zostać przedstawiony jako świadectwo człowieka, który za życia kwestionował możliwość poznania rzeczywistości pozagrobowej, lecz po śmierci miał osobiście potwierdzić jej istnienie.

Broszura należy do charakterystycznego dla epoki gatunku pośmiertnych komunikatów przypisywanych znanym postaciom. Podobne teksty miały wzmacniać wiarygodność spirytualizmu przez odwołanie do autorytetu sławnych pisarzy, duchownych, polityków i uczonych. W tym przypadku napięcie pomiędzy agnostycznymi poglądami historycznego Ingersolla a spirytystyczną wymową przekazu stanowi główną siłę retoryczną publikacji.

Najciekawszym fragmentem dzieła jest opis mechanizmu pisma automatycznego. Rzekomy duch wyjaśnia, że nie porusza ołówkiem samodzielnie, lecz wykorzystuje energię fizyczną medium i kieruje jej ręką poprzez „siłę myśli”. Jest to typowe dla ówczesnej literatury mediumicznej połączenie języka duchowego z pojęciami zaczerpniętymi z nauki, energetyki i techniki. Duchowa komunikacja zostaje przedstawiona niemal jako naturalny proces transmisji.

Z perspektywy krytycznej publikacja nie dostarcza jednak dowodów pozwalających przypisać tekst Ingersollowi. Nie przedstawiono kontrolowanych prób, informacji znanych wyłącznie zmarłemu ani niezależnie potwierdzonych szczegółów. Styl wypowiedzi i jej religijno-spirytystyczne przesłanie należy więc analizować jako twórczość Mary E. Matter, świadomą lub nieświadomą, a nie jako wiarygodny zapis pośmiertnej wypowiedzi historycznej postaci.

Nie oznacza to, że książeczka jest pozbawiona wartości. Przeciwnie, stanowi ciekawy materiał dla historyków spirytualizmu, badaczy pisma automatycznego, psychologii religii i amerykańskiej kultury wolnomyślicielskiej. Pokazuje, jak ruch spirytualistyczny próbował symbolicznie przejąć autorytet jednego z najważniejszych przeciwników religijnego dogmatyzmu i włączyć go do własnej wizji życia po śmierci.

Na uwagę zasługuje także postać Mary E. Matter. Jako wieloletnia pracownica drukarni i prawdopodobna autorka tylko jednej zachowanej publikacji reprezentuje mniej widoczną stronę historii spirytualizmu: działalność zwykłych kobiet, które za pośrednictwem mediumizmu uzyskiwały możliwość publicznego wypowiadania się, wydawania tekstów i uczestniczenia w debatach religijnych.

A Message from Robert G. Ingersoll nie jest więc ważnym dziełem filozoficznym ani wiarygodnym źródłem poglądów Ingersolla. Jest natomiast rzadkim i sugestywnym świadectwem kultury spirytystycznej początku XX wieku, sposobów rozumienia pisma automatycznego oraz sporów pomiędzy agnostycyzmem, religią i wiarą w komunikację ze zmarłymi.


Wprowadzenie

Poniższe przesłanie zostało otrzymane za pomocą pisma automatycznego. Jest ono podobne do przekazu pochodzącego od tego samego inspiratora, lecz podanego w mniej dopracowanej formie i opublikowanego w czerwcowym numerze czasopisma The Sermon z 1903 roku.

Pismo automatyczne ma swoich obrońców, jednak nawet wśród nich są osoby, które nie wierzą, że piszący pozostaje podczas tego procesu całkowicie wolny od własnego wpływu. Osoba spisująca przekaz poprosiła zatem inspiratora o wyjaśnienie zastosowanej metody, aby czytelnicy mogli sami ocenić, czy mamy do czynienia z rzeczywiście automatycznym zapisem, czy też z inspiracją przekazywaną za pośrednictwem telepatii.

Poniższa odpowiedź została udzielona na prośbę, aby Robert G. Ingersoll możliwie najprościej wyjaśnił, w jaki sposób wykonuje swoją pracę:

„Przekażę ci to, czego pragniesz. Kiedy kierujesz swoją magnetyczną moc ku umysłom duchowym, odczuwamy wrażenie podobne do wezwania skierowanego do umysłu śmiertelnika i chętnie na nie odpowiadamy, czując, że jesteśmy potrzebni w środowisku poszukującym światła. Kiedy pojawiam się w twojej obecności, rzadko nie znajduję warunku absolutnie niezbędnego dla mojej pracy. Jest nim spokojny, pogodny umysł, gotowy przyjąć wszystko, co postanowię odcisnąć w biernym mózgu. Niezależnie od tego, w jakiej formie pragniesz pracować, muszę zaakceptować wybrany przez ciebie sposób.

Ołówek, który teraz trzymasz, jest prowadzony przez moje myśli, lecz do poruszania nim wykorzystuję twoją siłę fizyczną. Pismo jest przeze mnie inspirowane i wiem, że praca ta jest niemal tak automatyczna jak wiele wynalazków obsługiwanych przez śmiertelników.

Trzymasz ołówek i przywołujesz przewodnika. Przewodnik jedynie kładzie swoją dłoń nad twoją, aby wprawić w ruch posiadane przez ciebie siły. Siła naszych myśli utrzymuje ołówek w ruchu, dopóki nie zakończymy pracy albo dopóki twój własny umysł nie stanie się aktywny. Wówczas twoje myśli odpychają nasze albo tak zaciemniają cząsteczki twojego mózgu, że dalsza praca staje się niemożliwa. Mogą też wywołać tak wielki dysonans, iż powstające drgania sprawiłyby, że zapis wyglądałby jak poplamiona kartka papieru.

Oba umysły – duchowy i śmiertelny – mogą dobrze pracować jedynie wtedy, gdy pozostają w doskonałej harmonii. Oznacza to, że umysł śmiertelny poddaje się duchowemu światłu, które utrzymuje go w spokoju i pogodzie, podczas gdy prawdziwy umysł duchowy posługuje się siłami mediumicznymi”.

„Co masz na myśli, mówiąc o poddaniu się duchowemu światłu?”

„Dokładnie to, co powiedziałem. Kiedy przywołujesz ducha, pragniesz duchowego światła, a poprzez to pragnienie przyodziewasz swój umysł w niebiańską moc lub siłę.

Sądzę, że uznasz to wyjaśnienie za prawidłowe. Nie dotykamy twojej dłoni, lecz kładziemy naszą dłoń nad twoją, ponieważ przyciąga to dwa posiadane przez ciebie pierwiastki i skłania je do działania w sferze fizycznej.

Poprzednie przesłanie, chociaż zawierało te same fakty, zostało przekazane w sposób, który często sprawiał, że odnosiłem wrażenie, iż to ty jesteś większą siłą, a ja jedynie słabszym światłem. Sposób jego zapisywania powodował tak wiele przerw i urwanych zdań, że często byłem zmuszony wracać do tego, co już zapisałaś, aby ponownie uchwycić tok własnej wypowiedzi. Ołówek w twojej dłoni pomaga jednak skierować siłę myśli w bardziej równomierny nurt i sądzę, że oboje jesteśmy bardziej zadowoleni z obecnego przesłania”.

– M. E. M.


Doświadczenia po odsłonięciu zasłony

Do moich przyjaciół na Ziemi:

Śmierć unosi zasłonę i rozprasza ponure cienie otaczające umysł śmiertelnika. Wkracza życie jaśniejsze i lepsze, gdy tak zwana śmierć odbiera przygasające i gasnące światło, które dotąd oświecało doczesny umysł, aż zdołało obdarzyć wewnętrzne światło rozumu siłą potrzebną do wzniesienia się ku błogosławionym polom dojrzewającego zboża.

Zrzucenie zewnętrznej powłoki mego prawdziwego „ja” nastąpiło jednak nagle i niespodziewanie. Nie przypuszczałem, że ta tak zwana śmierć zetknie mnie z tym, co znał jedynie Bóg, i pozwoli mi doświadczyć Jego miłości, a nie złośliwości.

Z radością mogę powiedzieć, że doskonale zdaję sobie sprawę, iż wielu moich ortodoksyjnych przyjaciół głęboko wierzyło, że wezwanie, które obudziło moją lepszą naturę do jej prawdziwego zadania, pochodziło od sprawiedliwego i mściwego Boga, który w ten sposób postanowił ukarać człowieka niepodzielającego ich przekonań.

Gdyby jednak wszyscy śmiertelnicy mogli zostać uwolnieni od ciężaru ciała tak, jak został uwolniony Robert G. Ingersoll, wiedzieliby – podobnie jak ja – że nie złośliwość, lecz wieczna miłość powitała ducha i wezwała go do prawdziwego dzieła: do okazania skruchy za błędy sądu, myśli i słów dotyczących jedynego prawdziwego Boga. Boga tak potężnego, świętego, czystego i dobrego, że żaden śmiertelny umysł nigdy nie zdoła pojąć mocy, która łączy śmiertelne z nieśmiertelnym, zatapia pod falami wiecznej miłości wszelkie zło, błędy, krzywdy i smutki, a do niebiańskich siedzib wynosi nawet niewierzącego, którego niewiedza może znajdować się bliżej prawdy niż wiedza człowieka wierzącego, jeśli jego pojmowanie niebiańskiej miłości zostało zaszczepione na drzewie ignorancji, dostarczającym prawdziwej wiedzy tak niewiele pokarmu, że owoc nigdy nie dojrzewa i nie może nakarmić światła mądrości, które powinno prowadzić wszystkich ku otwartym bramom nieba, odzianych w szaty prawdy.

Pierwszym doznaniem, którego duchy zwykle doświadczają po zrzuceniu zewnętrznej powłoki, jest nieopisane poczucie wolności. Nadzieja budzi się do życia tak jasna i piękna, że wielu mówiło mi, iż mieli ochotę krzyczeć z radości, nawet wiedząc o smutku swoich bliskich, którzy sądzili, że pogrążyli się oni w wiecznym śnie.

Moim pierwszym odczuciem było jednak zdumienie. Stałem przy swych zużytych łachmanach niczym człowiek oszołomiony ciosem, dopóki nie obudził mnie głos tak słodki, że wzbudził w moim sercu błogie uczucie. Pomyślałem, że anioł wzywa mnie do nieba.

Spojrzałem w górę, a ujrzana wizja przekonała mnie, że rzeczywiście anioł przywołuje mnie, abym podążył za nią, gdyż melodyjne dźwięki płynące ze światła, które ją otaczało, nie przypominały ani śmiertelnego głosu, ani ludzkich słów. Powiedziałem wtedy:

– Pójdę z tobą, lecz najpierw muszę się odpowiednio ubrać.

Schyliłem się, aby podnieść to, co uważałem za własne ciało, lecz całe moje jestestwo ogarnęło uczucie odrazy i pośpiesznie oddaliłem się od tej nieczystości, której moja duchowa postać nie była w stanie dotknąć.

Mój anielski przewodnik poprowadził mnie następnie ku światłu znajdującemu się ponad moim ziemskim domem. Wkrótce otoczyło mnie wielu mężczyzn i wiele kobiet, których znałem na Ziemi, lecz których uważałem za zmarłych, ponieważ widziałem, jak składano ich pod ziemią i starannie zasypywano, aby nie mogli się wydostać. Po raz pierwszy ogarnął mnie strach, lecz jeden z mężczyzn znacznie mnie uspokoił, mówiąc:

– Nie lękaj się, Ingersoll. Znajdujesz się w swoim niebiańskim domu, w miejscu, którego nigdy nie spodziewałeś się ujrzeć.

Następnie jeden po drugim ściskali moją dłoń z taką dobrocią i miłością, że zacząłem czuć się szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej. Zarówno z obserwacji, jak i z własnego doświadczenia wiem, że byłem szczęśliwszy niż przeciętny śmiertelnik podczas ziemskiego życia.

Wkrótce przyprowadzono do mnie duchowe postacie mego drogiego ojca i matki. Wówczas mój kielich radości zdawał się przepełniać szczęściem. Powitalny pocałunek matki jakby napełnił moje serce miłością całego życia, która wzrastała w niebiańskim świetle, przeznaczona dla mnie i dla mego wiecznego dobra.

Słowa miłości i powitania, które otrzymywałem od przyjaciół i krewnych, mnożyły się, aż wydawało mi się, że nie brakowało ani jednej twarzy człowieka, którego kiedykolwiek znałem lub do którego wypowiedziałem choć jedno życzliwe słowo. Wszyscy stali wokół mnie z obliczami tak rozświetlonymi miłością, że wydawali się piękniejsi od wszystkich śmiertelnych twarzy, jakie kiedykolwiek widziałem. Sam również zacząłem wyobrażać sobie, że muszę być lepszy niż dawniej, skoro moi przyjaciele byli tak szczęśliwi w moim towarzystwie.

Zobaczyłem starego przyjaciela, którego znałem na Ziemi. Jego postarzała i pomarszczona twarz nieraz sprawiała, że pragnąłem uniknąć spustoszeń czasu, lecz teraz wyglądał młodo, beztrosko i niemal pięknie w swej nowej postaci.

– Mój drogi stary przyjacielu – powiedziałem – czy od naszego ostatniego spotkania odnalazłeś źródło młodości, czy też jedynie śni mi się, że widzę cię z nową twarzą?

– Nie – odparł. – Widzisz duchową postać, której nie potrafiłeś rozpoznać, dopóki przebywałeś w śmiertelnym ciele. Ty także, w pełniejszym świetle duchowego rozwoju, wydajesz się znacznie jaśniejszy i szczęśliwszy. Dowiesz się, że prawa duchowe, gdy zostaną właściwie zrozumiane, znacznie przewyższają prawa fizyczne i ich błahe przejawy.

Radość, jakiej doświadczałem, witając tylu szczęśliwie wyglądających przyjaciół, których twarzy nigdy już nie spodziewałem się ujrzeć, nie pozwalała mi uświadomić sobie ogromu przemiany, która doprowadziła do tego cudownego spotkania. Lecz równie szybko, jak opuściłem ciało, moje myśli pobiegły ku żonie i dzieciom.

– Muszę do nich wrócić – powiedziałem.

Mój anielski przewodnik sprowadził mnie więc z powrotem do ziemskiego domu. Jej dobroć i łagodne ostrzeżenia wydawały mi się zupełnie niepotrzebne, ponieważ byłem tak szczęśliwy, że nie obawiałem się żadnego zła. Kiedy jednak znalazłem się w obecności ukochanej żony i dzieci, moje serce doznało wstrząsu, jakiego nigdy wcześniej nie przeżyło i jakiego już nigdy nie zazna.

Przez kilka dni znosiłem niewysłowioną mękę. Byłem równie blisko swoich ukochanych, jak wówczas, gdy nosiłem śmiertelną szatę, oni jednak nie mogli mnie zobaczyć ani usłyszeć, gdy do nich mówiłem. Pozostałem z nimi podczas próby, jaką przeżywali, rozstając się z tym, co uważali za moje szczątki, a czym ja gardziłem jako czymś tak odrażającym, że nie zaznałem spokoju, dopóki nie ujrzałem, jak na zawsze usunięto je z pola widzenia.

Wkrótce zrozumiałem, że każda podejmowana przeze mnie próba pocieszenia pogrążonych w żałobie bliskich jedynie zwiększała ich cierpienie. W końcu wezwałem swego anielskiego przewodnika i poprosiłem, aby zabrała mnie tam, gdzie było moje miejsce, ponieważ śmierć wzniosła pomiędzy mną a żyjącymi ukochanymi barierę, której nie potrafiłem pokonać.

– Z czasem pokonasz tę barierę – odpowiedziała łagodnie – i będziesz mógł wracać do ukochanych bez bolesnych doznań, które teraz znosisz. Czas otrze ich łzy, a ty będziesz mógł cieszyć się ich obecnością, a nawet pocieszać ich poprzez myśli, posługując się prawami duchowymi, o których pouczą cię wyższe duchy.

Następnie przewodniczka zaprowadziła mnie do najpiękniejszego miejsca odpoczynku. Żadne słowa nie są w stanie opisać budowy ani położenia siedziska czy też łoża, na którym spocząłem. Błogiego odpoczynku, jakiego tam zaznałem, śmiertelnicy nie są w stanie sobie wyobrazić. Najdoskonalszy spokój przeniknął moją duszę. Zwróciłem się do pięknej anielskiej przewodniczki i zauważyłem, że jest to rozkosz większa, niż zasługiwałem otrzymać, ponieważ korzystałem ze wszystkich wygód ziemskiego życia, a w porównaniu z przystanią spokoju, której teraz doświadczałem, wydawały się one prymitywne.

– Wszyscy śmiertelnicy powinni przybywać tutaj gotowi przyjąć swoje dziedzictwo: nieskończoną miłość Boga, który przygotował domy dla wszystkich swoich dzieci, choć wielu nie potrafi ich przyjąć, dopóki nie zostaną uwolnieni od ziemskich błędów.

Nie odpowiedziałem na te słowa, czując, że błądziłem, lecz przypuszczając, iż miałem szczęście wślizgnąć się tam przez przypadek i nie zostałem zauważony przez strażnika dzierżącego klucz do nieba. Podobnie jak wielu innych zachowałem jednak milczenie, sądząc, że może ono być lepsze niż słowa, które rzuciłyby światło na mój prawdziwy charakter i naznaczyły mnie jako kogoś, kto nigdy naprawdę nie wierzył w Bożą miłość i dobroć.

Odpoczynek i spokój, które wypełniały całe moje jestestwo, przez pewien czas czyniły mnie bardzo szczęśliwym. Ziemia i jej mieszkańcy jakby odeszli w zapomnienie, a czystość otoczenia wydawała mi się czymś cudownym. Widziałem aniołów i duchy, które wspólnie przebywały i pracowały w tak doskonałej harmonii, że grzech i grzesznicy zdawali się pozostawać daleko w tyle. Uśmiechnąłem się do jasnych świateł miłości, po czym zwróciłem się do przewodniczki:

– Mam nadzieję, że nie przebudzę się z tego spokojnego odpoczynku i nie odkryję, że wprowadzono mnie do niewłaściwej siedziby!

– Nie – odpowiedziała. – Przekonasz się, że błędy wyrastają z ziemskiego życia, lecz niebiańska miłość doprowadza nawet błędy do doskonałości, kiedy duchowy umysł w pełni się przebudzi.

Nie potrafię powiedzieć, jak długo pozostawałem w tym spokojnym stanie ducha. Byłem zbyt szczęśliwy, aby mierzyć czas, nawet gdybym miał taką możliwość. Po pewnym czasie zacząłem jednak budzić się z dziwnym uczuciem niepokoju albo z bardziej ziemskimi doznaniami. Ogarnęła mnie trwoga, gdyż zdawałem się rozpoznawać wydarzenia pojawiające się przed moim wewnętrznym wzrokiem jako doświadczenia z życia ziemskiego. Stawały się coraz wyraźniejsze i intensywniejsze, aż poczułem się bardzo nieszczęśliwy z powodu niektórych rzeczy, które widziałem i słyszałem.

W końcu wezwałem swoją anielską przewodniczkę i poprosiłem ją aby mi to wyjaśniła, gdyż był to pierwszy niepokój, jakiego doznałem od chwili przybycia do mojego nowego domu.

– Pokój z tobą – odpowiedziała łagodnie. – Jedynie dokonujesz przeglądu swojego minionego życia.

Poczułem się wówczas spokojniejszy, lecz podczas tej trudnej próby wielokrotnie wzywałem swoją anielską przewodniczkę i błagałem ją, aby pozwoliła mi wrócić na Ziemię oraz dała sposobność oczyszczenia mojego dzieła z błędów, które – jak teraz wiedziałem – popełniłem, usiłując oświecać ludzkość.

– Nie – odpowiedziała. – Musisz pozostać tutaj, dopóki nie osiągniesz pełnego zrozumienia, a czystość i cnota uczynią cię wolnym.

– Nie rozumiem tego – odparłem.

– Zrozumiesz później – odpowiedziała. – Teraz żałujesz swoich błędów. Kiedy zestawisz pomyłki własnego osądu z prawdziwym światłem duchowości, przekonasz się, jak sądzę, że czystość i cnota przeważą nad błędami twojego sądu. Da ci to światło potrzebne do zrozumienia prawa wiecznej sprawiedliwości, które waży wszystko na szali. Żałuj teraz i staraj się przezwyciężyć swoje błędy, a otrzymasz wszelką pomoc, jakiej zapragniesz.

– Czy to dzieło zatrzymuje mnie w tym pięknym świecie? – odważyłem się zapytać.

– Tak. Twój duchowy umysł przebudzi się w pełni, kiedy uwolnisz go od wszystkich błędów, a prawa duchowe dadzą ci moc naprawienia wszelkich pomyłek. Zrozumiesz prawa wszechświata i będziesz mógł przemierzać całą ziemską sferę z prędkością błyskawicy. Żałuj teraz i ciesz się błogosławieństwami oczekującymi ludzi czystego umysłu.

Kiedy skończyła mówić, podziękowałem jej i kontynuowałem dzieło skruchy, które – jak byłem przekonany – zostało mi powierzone. Chociaż anielska przewodniczka zdawała się pozostawać blisko mnie, jej obecność nie była dla mnie uciążliwa. Odnosiłem bowiem wrażenie, że na mocy jakiegoś niezwykłego prawa lub działania siły jestem całkowicie sam. Podczas tej trudnej próby często z głębi serca dziękowałem za tajemniczy stan, który oddzielał mnie od innych duchów.

W czasie tej próby żaden duch nie wkroczył do mojej obecności. Kiedy pojąłem to niezwykle piękne światło mądrości, płonące bez najmniejszej skazy, przesłałem błogosławieństwo światłom znajdującym się ponad mną za ten największy sąd, jaki kiedykolwiek został ustanowiony – sąd, przed którym każdy musi stanąć, lecz który nie okrywa winowajcy hańbą, ponieważ nikomu nie wolno oglądać zapisu obciążających go zarzutów. Jedynie obowiązek niesie światło, a przenikliwe światło prawdy wypala w duszy piętno grzechu.

Czasami moja praca była bardzo przyjemna. Innym razem czułem przygnębienie i smutek, gdy natrafiałem na błąd uświadamiający mi, że niewiedza o tym pięknym świecie nie pozwalała mi nieść bliźnim większej nadziei i światła. W innych chwilach wydarzenia przepływały przede mną w jasnym blasku czystości i miłości. Czułem się wówczas bardzo szczęśliwy i spokojny, a w tym pogodniejszym stanie umysłu zdawałem się zapominać o mroku wywołanym błędnym osądem lub nieżyczliwością.

Jestem głęboko przekonany, że w tym przeglądzie nie pominięto ani jednej życzliwej lub nieżyczliwej myśli, ani jednego słowa czy czynu z całego mojego ziemskiego życia. Wiele zdarzeń, o których zupełnie zapomniałem, pojawiało się przede mną niczym gniewne chmury, gotowe zalać mnie ulewą za jakąś wrogą myśl lub słowo skierowane przeciw śmiertelnemu przeciwnikowi. Lecz światło rozumu, płonące teraz tak mocno, aby mnie prowadzić, pomagało mi rozpraszać te chmury. Wtedy krople deszczu czystszej miłości, budzące się w moim sercu, zdawały się spływać przebaczeniem na mój błąd, który znikał mi z oczu, aby już nigdy nie powrócić.

Z czasem wszystkie te doświadczenia zaczęły zanikać. Z ulgą stwierdziłem, że wciąż pozostaję w tym samym szczęśliwym stanie, który był moim udziałem, zanim rozpoczęło się ważenie dobrych i złych uczynków. Ponieważ nie powracały już wcześniejsze doznania, odważyłem się powiedzieć swojej anielskiej przewodniczce:

– To niezwykłe, że tak długo pozostaję w jednym miejscu. Czuję wielki niepokój i pragnę się poruszać.

– To znak, że jesteś gotowy przyjąć naukę o prawach duchowych – odpowiedziała – lecz musisz wezwać inteligencję wyższą od własnej.

Odparłem, że nie jestem zdolny samodzielnie dokonać wyboru, na co przewodniczka odpowiedziała:

– Wezwę nauczyciela.

Po krótkiej chwili przyprowadzono do mnie duchową postać mojej ukochanej matki. Z jej słodkich, niebiańskich ust otrzymałem naukę o największej, najwznioślejszej i najwspanialszej filozofii wszechświata – o prawdzie oczyszczonej z wszelkiego głupstwa, pozoru i oszustwa w odniesieniu do jedynego prawdziwego Boga; Boga tak potężnego i łaskawego, że wszystkie Jego dzieci pewnego dnia nauczą się przestrzegać Jego praw i obejmą należne im dziedzictwo: wieczną miłość i pokój.

Nauki przekazane mi przez matkę pozwoliły mi poruszać się bez przewodnika. Od tej pory bardzo często odwiedzałem swoich ukochanych. Chociaż nie mogli mnie zobaczyć ani usłyszeć, wkrótce przestałem z tego powodu odczuwać bolesne odtrącenie, ponieważ dzięki prawu telepatii nauczyłem się docierać do ich serc z pokrzepiającymi myślami, gdy tęsknili za moją obecnością. Radość z tego niebiańskiego błogosławieństwa stała się źródłem większego światła niż jakikolwiek inny etap mojego rozwoju. Pocieszenie płynące z tej wiedzy wynosiło mnie coraz wyżej w krainy światła dzięki szczerym podziękowaniom, które codziennie kierowałem ku wiecznej mądrości, nieskończonemu źródłu wszelkiej wiedzy.

Pouczono mnie, jak wprawiać mojego ducha w ruch z tak zdumiewającymi skutkami, że śmiertelnicy nieznający praw natury przeraziliby się, gdyby mogli ujrzeć niewidzialne postacie z niebiańskich siedzib przybywające i odchodzące z wyższych oraz niższych sfer.

Nawet prędkość światła nie oddaje szybkości, którą zostaliśmy obdarzeni. Wasza własna myśl, kiedy dociera do przyjaciela albo wroga oddalonego daleko od was, lepiej niż jakiekolwiek inne porównanie oddaje duchową zdolność przemieszczania się wokół was i ponad wami.

Kolejne nauki, których udzielała mi ukochana matka – synowi, którego teraz przyjęła z miłością wolną od ziemskich żądz i ciężaru materialnego życia – były jeszcze piękniejsze i bardziej wzniosłe. Był to język miłości. Jego brzmienie jest muzyczne, a żadna ziemska muzyka nie może dorównać jego słodyczy. Zestrojone z niebiańskimi drganiami każde słowo lub myśl – bo trudno właściwie powiedzieć, że są wypowiadane – płyną z ust wyżej rozwiniętych duchów niczym nuty tak słodkie i czyste, że żaden śmiertelnik nie zdołałby uchwycić ich subtelniejszych tonów, nie padając na kolana w zachwycie nad ich brzmieniem.

Daremne byłoby podejmowanie próby przedstawienia choćby bladego obrazu świętej pracy mojej ukochanej matki. Umysł śmiertelny w porównaniu z umysłem duchowym przypomina kawałek drewna albo kamień. Jedynymi ludźmi na Ziemi, których myśli są choć częściowo otwarte na prawdę, są ci, których cała duchowa natura została przebudzona i którzy wyciągają ręce ku światłu oraz przyjmują je od umysłów uwolnionych ze śmiertelnej szaty.

Kiedy opanowałem sztukę – tak przynajmniej nazwałbym ją z punktu widzenia ziemskiej wiedzy – właściwego przemieszczania swego ciała duchowego oraz porozumiewania się bezgłośnym językiem z wyżej rozwiniętymi umysłami, odwiedziłem wszystkich moich przyjaciół i krewnych, zarówno niebiańskich, jak i ziemskich, i dowiedziałem się wielu cudownych rzeczy o powszechnym świetle mądrości i wiedzy.

Gdy rozwinąłem się wystarczająco, aby odwiedzać wyższe sfery, prowadził mnie anioł wybrany do tego zadania. Jego moc wynoszenia mnie ponad moją własną sferę była bowiem tak czysta w swym świetle, że potrafił przezwyciężyć wszelki lęk lub zwątpienie, jakie mogłyby mnie ogarnąć, gdyby mój umysł nie był zdolny pojąć prawdy i z tego powodu nie mógł wejść do bardziej świętych stanów błogiej radości.

Nie będę próbował przedstawiać szczegółowego opisu sfer niebiańskich. Mój język nie potrafi wyrazić nawet cienia prawdy. Obawiam się też, że zarówno przyjaciele, jak i przeciwnicy mogliby zakwestionować moje słowa i uznać opis za sen – tak nierzeczywisty, cudowny i niewiarygodny, że Ingersoll zostałby uznany za największego kłamcę, jaki kiedykolwiek podjął się opisywania siedzib ponad niebiosami.

Z czasem wszystko stanie się jaśniejsze. Podam więc jedynie krótki opis, aby przygotować was na większą wiedzę, którą wszyscy pewnego dnia będziecie mogli pojąć, kiedy odłożycie materialne umysły i przybędziecie tutaj z umysłem duchowym czystym i mocno przepełnionym duchowymi pragnieniami.

Spróbuję dać choćby słabe wyobrażenie o mojej własnej sferze. Skoro mój język nie znajduje słów zdolnych oddać jej sprawiedliwość, tym bardziej żadne moje słowa nie zdołają ukazać we właściwym pięknie jeszcze wyższych siedzib miłości.

Moja dotychczasowa praca umieściła mnie jedynie w trzeciej sferze, lecz korzystając z tej sposobności, chcę was poinformować, że stale się wznoszę, a obecne dzieło nie przeszkodzi mi w tym, lecz przyda blasku mojej duszy. Przeszedłem z trzeciej do piątej sfery i spróbuję opisać tę, do której najpierw wkroczyłem.

Znajduje się ona wysoko ponad niebem, które śmiertelnicy niekiedy utożsamiają z niebem duchowym, choć my wiemy, że jest ono jedynie częścią mglistej atmosfery otaczającej wasz świat. Sfera, którą próbuję opisać, nie jest zbudowana ze srebra i złota, jak zwykli przedstawiać niebiańskie siedziby niektórzy ortodoksyjni duchowni. Ma mniej ziemski charakter i jest utworzona z materii, którą porównałbym do nieskażonej moralności – o ile potraficie otworzyć dusze na przyjęcie takiej myśli.

Obawiam się, że sam nigdy nie zdołałbym pojąć tej prawdy za życia, lecz wiem, że na ziemskiej płaszczyźnie istnieje obecnie wiele umysłów tak czystych w myślach i pragnieniach, iż moje słowa nie zostaną przez nie uznane za niemożliwe.

Prawda może wejść jedynie do umysłu oczyszczonego przez serce przebudzone naturalną miłością do całej ludzkości. To otwiera duszę na przyjęcie boskiego światła z góry i pozwala niemal doskonale ujrzeć wszechmocną miłość docierającą do każdego serca. Tak przebudzona świadomość nie zna podziałów na wysokich i niskich, wykształconych i niewykształconych, bogatych i biednych, czarnych i białych, chrześcijan i pogan, lecz rozumie prawo, które zbawia przez czyny, a nie słowa; przez dobroć i miłość, a nie puste formuły, obrzędy i wyznania wiary.

Wygląd sfery, do której wkroczyłem z tak wielką radością, nie przypomina żadnej struktury widzialnej dla śmiertelnego wzroku. Światła zdają się przenikać i wzajemnie przeszywać to, co wydaje się głównym tworzywem niebiańskich siedzib, o których wszyscy słyszeliście, że nie zostały uczynione ludzkimi rękami. Nie musicie obawiać się uznać tego za prawdę, ponieważ żaden śmiertelnik nie potrafiłby zbudować ani nawet pojąć sztuki konstrukcyjnej, która połączyła wszystko w doskonałą całość. Umysł Stwórcy był doskonały, dlatego doskonałe jest również Jego dzieło.

Piękno mojej sfery nie składało się z prostych ozdób, jakimi śmiertelnicy upiększają ziemskie domy. Ozdobami niebiańskich siedzib są żywe piękności zrodzone w sercu. Wszystkie duchy i aniołowie odziani są we własne dobre myśli, słowa i czyny. Śmiertelnemu umysłowi może się to wydawać niedorzeczne, lecz musicie przyznać, że nawet ziemskie idee, gdy są dobre i czyste, są znacznie trwalsze i piękniejsze niż tkane materiały służące do okrywania fizycznego ciała.

Aniołowie i duchy w mojej własnej sferze wyglądali pięknie i promiennie, lecz gdy zbliżyliśmy się do wejścia do sfery położonej ponad moją, moje serce przeszył tak gwałtowny dreszcz zachwytu, że położyłem dłoń na tym słabiej rozwiniętym źródle dobra, obawiając się, że nie zdoła pozostać w granicach mojej duchowej postaci.

Duchy zamieszkujące tę sferę wydawały się jeszcze piękniejsze niż mieszkańcy mojego własnego domu, a ich szaty były tak subtelne i wspaniałe, że byłem przekonany, iż utkały je anielskie dłonie.

Powiedziałem o tym swojej przewodniczce, a ona odpowiedziała:

– Tak, lecz całe to dzieło powstaje dzięki czystym i świętym myślom, a nie pracy rąk tkaczy. Choć w twoich oczach wydaje się ono niezwykle delikatne, jego trwałość może ustąpić jedynie jeszcze większemu pięknu. Wejdziemy teraz, a ujrzysz jeszcze wspanialsze cuda.

Nie odezwałem się już ani razu, dopóki nie powróciłem do własnej sfery. Cudowne i piękne dzieła, które tam ujrzałem, przerastały możliwości mojego rozwiniętego umysłu duchowego, a zachowując milczenie, zdawałem się pełniej pojmować znaczenie wielu rzeczy ukazywanych mi przez przewodniczkę. Jej życzliwe i pełne miłości słowa odsłaniały przede mną liczne tajemnice wszechświata i pozwalały lepiej je zrozumieć.

Były tam duchy tak rozwinięte w czynieniu dobra, że ich myśli promieniały niczym światła miłości i życzliwości. Zdawały się przenikać niebiańskie siedziby, a jak mi powiedziano, docierały nawet do ziemskiej sfery, ilekroć śmiertelnicy odczuwali prawdziwe pragnienie niesienia pomocy drugiemu człowiekowi.

Były tam również inteligencje, których wewnętrzne światło mądrości i wiedzy wzrastało w niebiańskiej prawdzie, aż same wydawały się tak cudownie napełnione mocą, że czułem się ku nim przyciągany szczerym pragnieniem poznania prawdy takiej, jaka rzeczywiście istnieje – nie wiedzy zdobytej dzięki ludzkiemu światłu, lecz wiedzy pochodzącej z praw natury.

Istnieją tutaj umysły tak wysoko rozwinięte, że jedna ich myśl wprawia w ruch nieskończone łańcuchy wiedzy, docierające do mieszkańców ziemskiej sfery, ilekroć któryś ze śmiertelników pragnie dokonać dzieła, które owe wyższe inteligencje uznają za wystarczająco wzniosłe, by udzielić mu pomocy.

Kiedy wyczuwają takie pragnienie w umyśle śmiertelnika, dotykają klucza wiedzy i mądrości, a następnie przekazują słabszej mocy, czyli umysłowi ludzkiemu, dokładnie tyle, ile jest on zdolny pojąć. W ten sposób powstały dzieła nazywane pismami natchnionymi. Należałoby jednak rzucić jaśniejsze światło na niektóre z tak zwanych pism natchnionych, zanim wszystkie zdołają wytrzymać przenikliwe spojrzenie prawdy.

W przeszłości, podobnie jak obecnie, istnieli natchnieni pisarze i mówcy, których idee nie zawsze pochodziły z wyższych źródeł. Ich własne umysły bywały zabarwione bujnymi, niezdrowymi naroślami, które niszczyły lepsze myśli napływające z góry. Powstały dysonans odcinał dostęp wyższego światła, a wyższe inteligencje wycofywały swoje pomocne myśli.

Cudowne dzieła podejmowane przez duchy realizujące własne pragnienia obudziły w moim duchowym umyśle potrzebę dokonania jakiegoś wzniosłego dzieła, zgodnego z moją prawdziwą naturą.

Istnieją tutaj dusze tak rozwinięte, tak piękne, promienne i czyste w pragnieniach swych serc, że nie można ich porównać z niczym ziemskim. Błogość i radość ukoronowały je, a ich korony jaśnieją blaskiem, któremu nie dorówna żaden ziemski klejnot. Te jaśniejsze światła miłości i dobroci osiągnęły wieczną chwałę, a mimo to nadal wysyłają bezcenną miłość, dając mniej szczęśliwym możliwość wznoszenia się ku górze.

Odwróciwszy się od widoków, których żaden śmiertelnik nie mógłby ujrzeć i pozostać przy życiu, powróciłem do własnego miejsca pobytu, przekonany, że życie doczesne jest rzeczywiście pełne marności i cierpienia, a jedynie duch ukryty w ciele zasługuje na szacunek. Gdyby przemijająca cielesna powłoka służyła wyłącznie swemu prawdziwemu przeznaczeniu, jak wiele nieszczęścia można byłoby uniknąć na Ziemi.

Piękne widoki, których byłem świadkiem, przemieniłyby najgorszego człowieka w świętego, a muzyka, którą się tutaj rozkoszujemy, jest tak przepełniona niebiańską mocą, że jej dźwięki przenikają słuchaczy doskonałą miłością.

Drogi prowadzące do rozwinięcia każdego talentu są tutaj otwarte dla wszystkich dostatecznie czystych, aby wkroczyć w wyższe życie duchowego rozwoju. Uniwersytet natury nie został ustanowiony po to, by bogaci stawali się jeszcze bogatsi. Najbiedniejszym i najmniej wykształconym mężczyznom i kobietom daje się tutaj wszelką możliwość rozwinięcia każdego talentu czy daru, zarówno w sztuce, jak i w nauce. To właśnie tym duchom ludzkość zawdzięcza wiele informacji oraz tak zwanych wynalazków śmiertelników.

Kiedy duchy zostały za życia pozbawione możliwości pełnego rozwinięcia swoich zdolności, tutaj nie tracą czasu. Niezmiennie urzeczywistniają własne idee za pośrednictwem umysłów śmiertelników, gdy uda im się nawiązać kontakt z człowiekiem poszukującym światła potrzebnego do rozwinięcia tego samego pragnienia.

Mieszkańcy niższych sfer stanowią symboliczne odbicie ziemskiego życia. Nie jest moim zadaniem opisywanie ich cierpień, lecz gdybyście wszyscy mogli stanąć na niezasnutej chmurami granicy pomiędzy dwoma światami, wybralibyście lepszą drogę, służylibyście prawdziwemu światłu duszy i nie pozwalalibyście, aby niższa natura mężczyzny lub kobiety, ukryta w zewnętrznej powłoce, działała na rzecz zła, którego nie powinniście wspierać.

Istnieją złe duchy, moi przyjaciele, lecz nie są one zastępami diabła, o których słyszeliście w ortodoksyjnych kościołach. Są po prostu wytworem ziemskiego życia. Duchem opiekuńczym zła jest demon znajdujący się w waszym własnym sercu i umyśle. Kiedy przezwyciężycie zło, które tak bardzo umiłowaliście, odrzucicie od siebie owego demona stworzonego przez własne żądze.

Dobro właściwe każdemu człowiekowi jest mocą wyższą, a dobro to niesie światło miłości, które może wzrosnąć do takiej potęgi, że widok jednego z wysoko rozwiniętych duchów przestraszyłby nieczystego śmiertelnika znacznie bardziej niż widok diabła, którego wszyscy tak bardzo się obawiacie. Nieczystość istniejąca w ludzkim umyśle i sercu nie mogłaby bowiem znieść potężnego światła czystości promieniującego z czystych duchów niebiańskich siedzib.

Pragnę teraz skierować kilka słów otuchy i rady do moich fanatycznych przyjaciół: materialistów, deistów, chrześcijan i niewierzących, protestantów i katolików, ludzi o umysłach szerokich i liberalnych:

Niebem nie rządzą formuły ani wyznania wiary, lecz prawdziwa miłość i prawa Boga Wszechmogącego.

Gdybym mógł dotrzeć do was głosem tysiąckrotnie potężniejszym niż ludzki język, ostrzegałbym was, dodawałbym wam odwagi i wszczepiłbym w wasze serca światło prawdy tak silne, że wypaliłoby się w waszych duszach i otworzyło drogę ku prawdziwym ideom religijnym – prawu ludzkiej dobroci. Gdy prawo to jest przestrzegane, otwiera bramę nieba i pozwala, by światło wiecznej miłości spłynęło na zło otaczające ludzi pozostających w niewiedzy. Rozsiewa ono światło rozumu, uznając nieskończoną miłość zakorzenioną w sercach wszystkich dzieci Bożych.

Pod działaniem tego prawa światło prawdy zaczyna promieniować, a cienie otaczające nieszczęśliwych, którzy stali się ofiarami ludzkiej nieżyczliwości, bledną, gdy brama nieba otwiera się, aby przyjąć opiekuńczymi ramionami nawet najniżej upadłego. Jego błędy zostają wówczas dotknięte miłością płonącą w sercach wszystkich – świętym światłem Boga i życia wiecznego.

Piękne światło ukryte w błądzącym człowieku musi zostać pobudzone do życia przez szlachetniejsze światła płynące z brzegów wiecznego pokoju.

Moje ostrzeżenia nie są skierowane wyłącznie do złoczyńców, lecz także do faryzejskiego chrześcijanina, który niekiedy ma znacznie więcej powodów do skruchy niż nieszczęśnik, którego ziemskie życie było pozbawione otoczenia i okoliczności niezbędnych, by pomóc mu poszukiwać światła.

Modlitwy, które nie budzą w waszym sercu prawdziwej miłości do całej ludzkości, są rzeczywiście daremne. Są martwym owocem zatruwającym proszącego, ponieważ pozostają w jego wewnętrznej świadomości, a później powracają, aby szydzić z duszy, która wierzyła, że zdoła dotrzeć do nieba za pomocą płytkich modlitw, niezestrojonych z jego miłością i światłem.

Pragnę wszystkim szczególnie uświadomić, że najtrudniejsze do przezwyciężenia są błędy osądu. W imię sprawiedliwości wobec samych siebie i całej ludzkości nie potępiajcie ani jednej duszy za to, że nie wierzy tak jak wy. „Nie sądźcie” – powiedział wam wasz największy Nauczyciel – i jest to prawo. Człowiek, który w myśli lub słowie skazuje choćby jedną duszę na wieczną mękę, odciska na własnej duszy czarniejsze piętno niż jakikolwiek niewierzący czy szyderca.

Kiedy mężczyźni i kobiety wykorzystują swoje umysły do potępiania dobra wrodzonego każdemu śmiertelnikowi narodzonemu zgodnie ze świętym prawem Boga, sami nakładają na własne dusze wyrok, który nieuchronnie będzie płonął niemal równie dręczącym okrucieństwem jak bezlitosne dzieło diabła, któremu służą, tworząc piekło we własnym umyśle poprzez potępianie skazując na wieczne potępienie duszę, która na zawsze pozostaje związana z duszą wszechświata.

To właśnie doprowadziło do najgłębszej rozpaczy wielu mężczyzn i kobiet, których śmiertelnicy po dziś dzień otaczają czcią, a nawet uznają za świętych, ponieważ uczynili coś, co sami uważali za wielkie dzieło dla swego Boga. Gdybym jednak mógł unieść zasłonę spowijającą niższe krainy, ujrzelibyście i usłyszeli ofiary ich własnej niewiedzy, wołające ku niebu, aby zagłuszyło krzyki ludzi przez nich skrzywdzonych i otworzyło im oczy na światło, które wskutek błędnego osądu podeptali.

Możecie sądzić, moi drodzy przyjaciele, że kreślę jedynie obraz fantazji, lecz z miłości do samych siebie, nawet jeśli nie z miłości do bliźnich, nie osądzajcie tego, w co nie wierzycie, i nie potępiajcie niczego, co w świetle ludzkiej dobroci nie jest bezwzględnie złe. Pamiętajcie również, że skoro człowiek jest zdolny do dobroci i miłości, to Stwórca wszechświata nie może posiadać ich mniej. Wy zaś jesteście jedynie słabym i nieświadomym naczyniem, dotkniętym iskrą prowadzącą ku większemu światłu.

Kiedy rozmyślnie niszczycie ludzkie ciało, dokonujecie wszystkiego, co leży w waszej mocy. Zniszczenie duszy pozostaje jednak poza waszym zasięgiem. Możecie natomiast tak bardzo poczernić własną duszę pragnieniem zesłania innych do wymyślonego przez siebie piekła, że gdy odrzucicie śmiertelną szatę, ujrzycie na niej znamiona swych złych zamiarów i piekielnych czynów. Przez całe wieki możecie zbierać to, co zasialiście – ziarna nienawiści i złośliwości – podczas gdy wasze ofiary, wskutek waszych błędów, będą korzystać ze wszystkich radości wiecznej miłości w siedzibach położonych wysoko ponad wami.

Pragnę skierować słowa otuchy do nieszczęśliwych mężczyzn i kobiet, którym warunki życia i otoczenie od początku aż do końca ziemskiej wędrówki przynosiły jedynie troskę i smutek. Życie po zrzuceniu śmiertelnej powłoki napełnia człowieka najbłogosławieńszą radością. Każdy ból i smutek zaczyna wydawać się środkiem, który wyniósł was wyżej w krainy szczęścia, i nabieracie pewności, że ziemskie próby przyniosły wam tę najwyższą nagrodę.

Trudności, które wydają się tak ciężkie do zniesienia i które wielu skłoniły do zrzucenia śmiertelnej szaty, zanim natura zakończyła swe dzieło, muszą być cierpliwie dźwigane przez tych, których przeklęły ziemskie warunki, chyba że zdołają przezwyciężyć zły los zgodnie z prawami natury. Żadnego prawa natury nie można naruszyć bez poniesienia kary.

Odebranie życia – własnego lub cudzego – naznacza człowieka jako tego, kto złamał prawo. Wasza ofiara może zostać wyniesiona wysoko przez wasz niegodziwy czyn, ponieważ uwolniliście ją, posługując się jedną z naturalnych sił niszczących. Kiedy jednak odbieracie sobie życie, aby uciec od ziemskich cierpień, jedynie zaciemniacie własną duchową postać i pozbawiacie ją światła potrzebnego do wznoszenia się. Po takim odejściu cierpicie znacznie bardziej niż podczas życia w ciele, gdyż do pozostałych nieszczęść dodaliście jeszcze zabójstwo.

Znoście więc cierpliwie próby życia i poszukujcie uwolnienia od błędnych ocen oraz niewiedzy, spoglądając poza ciasne granice własnego otoczenia. Wędrówka zakończy się wówczas radosnym świetle wolności, które wyniesie was tak wysoko ponad ziemskie smutki, że spojrzycie wstecz na drogi przebyte przez zmęczone śmiertelne stopy i podziękujecie za każde doznane cierpienie. To dzięki tym doświadczeniom rozszerzyło się wasze rozumienie, bez którego nie bylibyście zdolni przyjąć światła tak hojnie ofiarowanego duchowi, gdy natura obdarza go wolnością.

Nie jest moim przywilejem wyjaśnianie wszystkich tajemnic życia. Poszukiwałem i odnalazłem wiele światła. Wiem również, że śmiertelnik, którego ziemskie życie było całkowicie wolne od trosk i nieprzyćmione żadnymi złymi warunkami, nie wkracza w pełnię duchowego światła równie łatwo jak człowiek mniej szczęśliwy, który żył w trudzie i ubóstwie.

Tajemnica tego może być ukryta w tym, kto odziedziczył mniej dóbr ziemskich. W ludzkim sercu i umyśle zdają się istnieć pierwiastki, które mogą zostać pobudzone jedynie przez ciężką pracę i cierpienie – czy to przez walkę o środki materialne, czy też przez wysiłek podejmowany, aby pomóc mniej szczęśliwym dźwigać ich ciężary.

Smutki ziemskiego życia przestają być ciężarem, kiedy światło niebiańskiej miłości przenika prawdziwy rozum. Każde cierpienie zniesione przez biednych i udręczonych otwiera ziarna mądrości, które powinny dojrzeć ku pożytkowi wszystkich. Ziarna te są rozwijającymi się światłami, lecz jeśli nie poświęca się im uwagi, ich posiadacz pogrąża się na drodze egoizmu, a nawet bezduszności.

Serce, które nigdy nie doświadczyło utraty ukochanej osoby, nie jest zdolne do ludzkiego współczucia, chyba że z natury pozostaje wrażliwe na potrzeby ludzkości. Wydobądźcie na powierzchnię ziarna miłości i dobroci i pozwólcie im dojrzewać w świetle prawdy – mądrości, która czerpie siłę ze smutku i bólu. Wtedy pobłogosławicie każdy ból, żal i troskę zniesione na Ziemi, ponieważ przybędziecie tutaj przygotowani, aby zebrać to, co zasialiście. Żniwo będzie tak obfite, że zapragniecie głośno obwieścić chwalebną prawdę: z każdego zła musi narodzić się jakieś dobro dla żniwiarza, który nie wysiewa kąkolu złej woli.

Niebiańskie siedziby rozświetla miłość. Oczekują one na wszystkie dzieci Ziemi. Boska miłość stworzyła każdego śmiertelnika, a boski pierwiastek łączy każdą duszę narodzoną dzięki miłości Boga.

Niektóre ogniwa tego łańcucha wydają się jasne i piękne. Inne są niskie i przeżarte występkiem, a lepsza dusza bywa niekiedy całkowicie ukryta pod rdzą i brudem, które – podobnie jak zewnętrzna powłoka ciała – zasłaniają światło znajdujące się wewnątrz. Choć mogą minąć całe stulecia, zanim czystość zostanie odsłonięta, iskra pochodząca z nieskończonego źródła musi zostać wydobyta i oczyszczona przez miłość Boga – jedyne światło oczyszczające, które nigdy nie gaśnie.

Niebiańskie siedziby jaśnieją miłością, która nie matowieje. Prawo dobroci i miłości rządzi każdym sercem. Niższe duchy są posłuszne wyższym, a wszystkie zostają wprowadzone do wspólnoty sprawiedliwości za pomocą prawa, które rządzi, lecz nigdy nie obraża nawet najniżej upadłych.

Istnieją siły przyciągania kierujące krokami wszystkich istot. Prawo przyciągania łączy pokrewne dusze, natomiast siła odpychania rozdziela elementy pozostające w niezgodzie. Dzięki tym dwóm potężnym siłom harmonijne życie tutaj nigdy nie zostaje zakłócone. Moc przyciągania rozpoznaje swego prawdziwego przewodnika i niebo rzeczywiście staje się niebem, ponieważ każdy przebywa w naturalnym dla siebie miejscu i nikogo nie obraża ani sam nie zostaje dotknięty przez tych, których światło rozumienia jest odmienne.

Prawo przyciągania spaja elementy łączące najwyższych z najniższymi niczym promienie światła zabarwione niebiańską miłością. Miłość ta nie przestaje wydawać owoców, dopóki wszyscy nie zostaną oczyszczeni przez prawdziwą wiedzę duchową, prowadzącą każdą istotę do najwyższej krainy szczęścia, skąd nie powraca się już na ziemską płaszczyznę inaczej niż jako siła myśli nasycona niebiańskim światłem.

Dla dobra osoby spisującej ten tekst, której życzliwość i cierpliwość pozwalają mi przekazać to przesłanie, pragnę powiedzieć kilka słów o Bogu Wszechmogącym. Pisząca podaje w wątpliwość Jego osobową naturę, ponieważ jej wiedza nie opiera się jedynie na tym, co usłyszała i przeczytała.

Światło prawdy wnika w twoją duszę za pośrednictwem inteligencji wyższych od mojej i nie powinnaś lękać się przyjąć tego, co ci przynoszą. Wszechmocna miłość Boga jest prawdziwa, lecz skoro nie potrafisz pojąć nawet duszy ożywiającej twój własny umysł, o ileż trudniej musi być pojąć duszę Umysłu Wszechświata.

Wiem, że wszyscy jesteśmy przeznaczeni do wyższego rozwoju dzięki potężnej miłości Boga Wszechmogącego. Aby jednak próbować zdefiniować to potężne światło miłości, musiałbym być mądrzejszy od najmądrzejszego człowieka, jaki kiedykolwiek żył na Ziemi, i świętszy od najświętszego umysłu zdolnego porozumiewać się z umysłem śmiertelnika i poprzez niego. Umysł śmiertelny nie jest bowiem światłem w pełni rozwiniętym, lecz światłem dopiero się rozwijającym ku doskonałości serca i umysłu.

To przesłanie, które przekazałem za pośrednictwem życzliwej przyjaciółki, jest dziełem mojego własnego umysłu. Jej odwaga i cierpliwość mogą spotkać się z potępieniem ze strony ludzi niewiedzących i fanatycznych, lecz wszyscy, którzy wątpią w źródło tego tekstu, z czasem przekonają się, że nie umarłem ani nie śpię. Wkroczyłem w prawdziwe życie, utworzone nie z materii podlegającej zniszczeniu, lecz z tworzywa niezniszczalnego.

Tutaj z prawdziwie braterską miłością powitam nawet ziemskiego przeciwnika, który odmawia mi niebiańskiego spoczynku, ponieważ teraz moją siłą jest miłość niebiańska, a moim światłem – moc powitania.

ROBERT G. INGERSOLL


Informacje bibliograficzne

Mary E. Matter – kim była autorka?

O Mary E. Matter wiadomo bardzo niewiele. Jej nazwisko nie zostało wydrukowane na okładce ani stronie tytułowej broszury. Zidentyfikowano je dzięki starej karcie katalogowej Biblioteki Kongresu. Sama przedstawiała się jako „Philadelphia Psychic”, a więc medium lub osoba posiadająca zdolności parapsychiczne.

Z krótkiej wzmianki w ówczesnym czasopiśmie branży drukarskiej wynika, że Mary E. Matter przez około piętnaście lat pracowała jako składaczka drukarska w filadelfijskim dzienniku „Public Ledger”. Broszura o Ingersollu miała być jej pierwszą publikacją książkową.

To interesujący szczegół, ponieważ jej zawodowa znajomość druku i tekstu mogła ułatwić samodzielne przygotowanie oraz rozpowszechnienie niewielkiej broszury. Nie zachowały się jednak dostateczne informacje pozwalające stworzyć pełną biografię autorki. Nie znamy dokładnych dat jej życia, wykształcenia ani dalszych losów.

Dlatego nie należy przypisywać jej rozbudowanej działalności literackiej lub mediumicznej bez dodatkowych źródeł. Najbezpieczniej określać ją jako filadelfijską zecerkę, spirytystkę i medium pisma automatycznego, znaną przede wszystkim z tej jednej publikacji.


Kim był Robert G. Ingersoll?

Robert Green Ingersoll urodził się 11 sierpnia 1833 roku, a zmarł 21 lipca 1899 roku. Był amerykańskim prawnikiem, pisarzem, politykiem i jednym z najwybitniejszych mówców epoki wolnomyślicielskiej. Nazywano go „Wielkim Agnostykiem” ze względu na publiczną krytykę dogmatycznej religii, piekła, biblijnego literalizmu oraz instytucjonalnego chrześcijaństwa. Pełnił również funkcję prokuratora generalnego stanu Illinois i służył podczas wojny secesyjnej.

Ingersoll bronił wolności sumienia, świeckiego humanizmu, praw kobiet, abolicjonizmu i swobody wypowiedzi. Nie przedstawiał się jednak jako człowiek posiadający pewność, że po śmierci nic nie istnieje. Jego agnostycyzm opierał się raczej na przekonaniu, że człowiek nie dysponuje wystarczającymi dowodami, aby rozstrzygnąć kwestie życia pozagrobowego.

To właśnie jego sława jako krytyka religii czyniła go szczególnie atrakcyjną postacią dla spirytystów. Rzekomy pośmiertny przekaz od Ingersolla mógł być przedstawiany jako potwierdzenie, że nawet słynny agnostyk po śmierci odkrył istnienie świata duchowego. W tym sensie wybór jego osoby miał wyraźny charakter perswazyjny i apologetyczny.