Napisane przez naszego Specjalnego Korespondenta.
PANI ROWAN VINCENT.
Rozmowa z panną Rowan Vincent ujawnia osobę o odświeżająco skromnym usposobieniu, a zarazem o umyśle poruszającym się po liniach zdrowego rozsądku. Choć przejawia dobre zdolności psychometryczne i jasnowidzące, nie wyróżniła się dotąd w szczególnym stopniu jako medium – i przyznaje to z otwartą, samokrytyczną szczerością. Ma też bardzo stanowcze poglądy na temat sprzedawania przez media swoich usług.

– „To niewłaściwe i wprost szkodliwe” – powiedziała z naciskiem – „i wyrządziło spirytualizmowi więcej krzywdy niż wszystkie pozostałe czynniki działające przeciw niemu razem wzięte”.
– „A zatem mogę założyć, że pani sama nigdy nie brała honorarium, panno Vincent?”
– „Nigdy. Fakt, że moje usługi być może nie zostałyby uznane za warte opłacenia, nie wpływa – zapewniam – w żaden sposób na moją opinię, która jest szczera i oparta na silnym przekonaniu moralnym”.
– „Cóż, wielu myśli podobnie. Przypuszczam, że jak inni, była pani medium od najmłodszych lat.”
– „Och, skądże! Jeszcze około siedmiu lat temu nigdy o czymś takim nie słyszałam i nigdy by mi to nie przyszło do głowy”.
– „Co? Nie była pani nawet jako mała dziewczynka dziwna, niesamowita, samotnicza – inna niż zwykłe dziewczynki?”
– „Choć trudno mi to przyznać, uczciwość zmusza mnie, by odpowiedzieć: nie”.
– „Nie miała pani wizji, nie słyszała głosów, nie bawiła się zjawowymi niemowlętami, których inni nie widzieli, i nie była za to bita oraz w inny sposób dręczona przez nieświadomych i brutalnych opiekunów?”
– „Nic z tych rzeczy. Naprawdę przykro mi pana rozczarować, ale…” – panna Vincent urwała nagle i spojrzała z poczuciem winy.
– „Sumienie wyrzuca pani te pochopne zaprzeczenia prawowiernego, mediumicznego dzieciństwa”.
– „Tak. Przypominam sobie teraz, że raz rzeczywiście dostałam lanie za to, iż twierdziłam, że ktoś zniósł mnie po schodach, podczas gdy wszyscy widzieli, że nie było nikogo, kto mógłby mnie znieść”.
– „Ulżyła mi pani. Cieszę się, że i pani dostała lanie jak inni. Zdaje się to pieczętować autentyczność mediumizmu i dowodzić, że – jak inni – urodziła się pani medium, a nie stała się nim. A więc siedem lat temu po raz pierwszy uświadomiła sobie pani, że jest medium?”
– „Tak. Byłam wówczas wolnomyślicielką i sprzeciwiałam się spirytualizmowi. Poszłam do Towarzystwa Okultystycznego i spotkałam tam jasnowidza, który podał mi bardzo dobry opis kogoś, kogo znałam. To rozbudziło moją ciekawość. Wspomniałam o tym dwóm przyjaciołom, którzy zgodzili się zasiąść ze mną eksperymentalnie. Usiedliśmy i od początku otrzymywaliśmy wiadomości literowane. Były po angielsku, francusku i niemiecku; wszystkie dotyczyły jednego z moich przyjaciół i wszystkie co do joty były nieprawdziwe. Mój przyjaciel znał francuski i niemiecki; ja nie. Trwało to sześć miesięcy, aż postanowiłam nie mieć z tym nic wspólnego, jeśli nie zostanę uchroniona przed tymi fałszami; i po tym czasie kłamliwe przekazy nękały nas już bardzo rzadko. Następnie komunikujące się inteligencje zapytały, czy pozwolę im malować przeze mnie, co bardzo mnie rozbawiło, bo o malarstwie wiedziałam tyle co papuga; lecz odpowiedziały: „Bądź cierpliwa, nauczymy cię”. Najpierw jednak spróbowałam pisma automatycznego i otrzymałam go mnóstwo – przeważnie w formie kazań”.
– „Żeby wypędzić z pani wolnomyślicielskie skłonności”.
– „Być może, ale nie było w nich nic ckliwego. Pisane były staroświeckim stylem, a często także staroświecką ortografią. Poza tym pojawiały się wiadomości rzekomo od duchów związanych z różnymi moimi przyjaciółmi i w kilku przypadkach zostały one potwierdzone. Zaskoczyło mnie, że miałam jako przewodnika Johna Bunyana, co mnie bawiło – zwłaszcza że żywiłam największą niechęć do Wędrówki pielgrzyma, którą w dzieciństwie kazano mi czytać „za karę”, tak iż nabrałam żywej odrazy i do książki, i do autora”.
– „Może właśnie dlatego. Przyczyna i skutek, wie pani!”
Panna Vincent uśmiechnęła się życzliwie. – „Rozumiem, co pan sugeruje. Ta sama myśl często przychodziła mi do głowy. Wcale nie upieram się przy tożsamości kontroli z Bunyanem czy jakimkolwiek duchem pośmiertnym i jestem całkowicie gotowa rozważyć każdą rozsądną hipotezę. Wiem tylko, że istnieje jakaś kontrola; że twierdzi, iż jest duchem Johna Bunyana, i że od początku aż do dziś była charakterystyczna i konsekwentna. Jest pewna osobliwa okoliczność związana z jednym z moich obrazów, która odnosi się do tej kwestii. Obraz został podpisany – przez moją rękę – imieniem Johna Bunyana, a podpis, o bardzo osobliwym charakterze, bo oba inicjały były małe zamiast pisanych wielką literą, różnił się od wszystkich znanych mi podpisów „wizjonera-kotlarza” (tinker seer), jakie potrafiłam znaleźć lub o jakich słyszałam. Pokazałam go dr. K., który wówczas pracował w British Museum. Powiedział, że sądzi, iż taki podpis znajduje się w niewielkim tomiku wierszy, nieznanym szerzej publiczności, i po porównaniu stwierdził, że podpis na obrazie jest faksymile. Otóż jeśli potrafi pan wyjaśnić, jak faksymile podpisu, którego nigdy nie widziałam, znalazło się u dołu mojego obrazu poprzez moją rękę – ja nie potrafię. Jednocześnie, oczywiście, nie ma dowodu, że to sam Bunyan był w tej sprawie sprawcą”.
Panna Vincent przyniosła dwa lub trzy przykłady swoich prac artystycznych i poprosiła mnie o opinię, zapewniając, że ponieważ nie czuje się w żaden sposób odpowiedzialna – poza rolą zwykłej „maszyny” – nie będzie urażona bez względu na to, co powiem.
– „Straszne bohomazy, prawda?” – zapytała.
– „Wydają mi się osobliwe, a zatem mogą się okazać dziełami geniuszu. To chyba John Bunyan w swojej celi. Czy to szczury i myszy biegają po podłodze?”
– „To zabawki, które Bunyan robił, by zająć sobie czas w długich godzinach niewoli. Nie, to nie gęś z zewnętrznego, zwyczajnego świata przelatuje za oknem; to ma być anioł, który przychodzi pocieszyć udręczonego więźnia. Zauważa pan, że osobliwością obrazu jest to, iż wszystko jest przechylone – ściany, drzwi, stół, krzesło i sam więzień? Nawet Bunyan nie stoi prosto. Gdybym malowała to dla własnej przyjemności, choćby wykonanie było kiepskie, wszystkie te rzeczy byłyby przynajmniej pionowe. Zawsze mówiono mi poprzez stół albo przez pismo automatyczne, jakich kolorów użyć, i w wielu przypadkach miałam znaczną trudność ze zdobyciem tego, czego żądano – informowano mnie, że proszone barwy albo od wielu lat wyszły z użycia u artystów, albo obecnie znane są pod innymi nazwami. To – jak mi się wydaje – jest mocnym argumentem, że obrazy te nie są przynajmniej wytworem mojej własnej wyobraźni”.
– „Czy bywa pani kiedykolwiek w pełnej kontroli, panno Vincent?”
– „Tak. Niedługo potem oni – to znaczy, wie pan, komunikujące się inteligencje – powiedzieli, że spróbują kontroli i choć się sprzeciwiałam, byłam – i często bywam – pod wpływem przyjaciół moich gości albo istot, o których nic nie wiem. Zdarzało mi się też bywać nieco proroczą. Na przykład powiedziałam kilku osobom, że Wystawa w Chicago będzie przez cały czas bardzo nieszczęśliwa i że dojdzie do wielkiego pożaru z nią związanego. Gdy pożar wybuchł, pewien pan powiedział: „No dobrze, mieliśmy pożar. Czy będzie jeszcze coś?” – a ja odpowiedziałam: „Tak, Wystawa zakończy się tym, że całe miasto pogrąży się w żałobie z powodu katastrofy”. Te słowa padły kilka miesięcy wcześniej i – jak pan wie – Wystawę zamknięto, gdy miasto było w żałobie z powodu zamachu na burmistrza. Przewidziałam też decydującą bitwę z Lobengulą, a moje stwierdzenia zostały potwierdzone przez telegramy, które potem nadeszły”.
– „Jest pani przyzwyczajona do widywania zjaw również, prawda?”
– „Ma pan na myśli przypadek opisany w Real Ghost Stories, jednym z bożonarodzeniowych numerów Review of Reviews pana Steada, prawda? To było najdonioślejsze z moich doświadczeń w tej dziedzinie. Oto ono:-”
W nocy z czwartku, 24 kwietnia 1890 roku, położyłam się spać, gdy zauważyłam, że nie wypuściłam kota z pokoju. Wstałam więc, aby to zrobić, a gdy zamknęłam drzwi, odwróciłam się, by wrócić do łóżka, i ze zdziwieniem zobaczyłam stojącą między mną a łóżkiem postać mężczyzny, którego rozpoznałam jako przyjaciela, niewidzianego od kilku lat, choć słyszałam, że był chory. Gdy patrzyłam, jego postać powoli zbladła i zniknęła. Wzięłam wówczas pisany alfabet, którego w moich badaniach okultystycznych zwykłam używać, i natychmiast zostały wyliterowane te słowa: – „Nazywam się Charles C. Umarłem między dwunastą a wpół do pierwszej”. Spojrzałam na zegarek: była wówczas dziesięć minut do pierwszej. Następnego ranka powiedziałam o tym przyjaciółce, u której mieszkałam, pani Brinkley, 31, Gower-place, W.C. Powiedziałam też mojemu lekarzowi, który przyszedł w ciągu dnia, dr. Marshowi, 56, Fitzroy-street, W. W następny poniedziałek rano otrzymałam list od mojej dawnej przyjaciółki, pani C., która napisała mi, że jej mąż zmarł w czwartek, 24-go, między dwunastą a wpół do pierwszej w południe – tak że był martwy od dwunastu godzin, gdy mi się ukazał.
– „Pan Stead napisał do pani Brinkley, dr. Marsha i pani C., i uzyskał ich świadectwa potwierdzające moje oświadczenie. Widziałam zjawy jeszcze tylko przy dwóch innych okazjach i w żadnym z tych przypadków nie było żadnej wskazówki co do tożsamości zjawiska. Jednym był mężczyzna, który rozmawiał ze mną przez trzy kwadranse. Często odtąd zastanawiałam się, czy tamta rozmowa była tego samego rodzaju co nasza obecna, czy też słowa były mi przekazywane jasnosłyszeniem. Wtedy o tym nie pomyślałam. Mówił o rozwoju mediumicznym i konieczności utrzymania go całkowicie wolnym od jakiejkolwiek komercyjnej skazy; powiedział też, że chętnie będzie pomagał w moim rozwoju tak bardzo, jak tylko zdoła. Wiele jednak zależało ode mnie – mógł bowiem wejść, jeśli drzwi były otwarte, ale nie wtedy, gdy były zaryglowane uprzedzeniem lub głupotą. Dar mediumizmu – dodał – przychodzi do ludzi na całym świecie i jest dawany niejako „na próbę”; lecz w większości przypadków bywa nadużywany i staje się przekleństwem zamiast błogosławieństwem. Później otrzymywałam pisemne komunikaty od tego ducha, który wtedy był tak „solidny”, że pamiętam, iż widziałam jego odbicie w lustrze toaletowym, lecz zniknął jak błysk światła, gdy skończył mówić. Drugi „duch”, którego widziałam, nic nie powiedział – po prostu stał, patrzył na mnie i zniknął”.
– „Zapewne równie rozczarowany, biedak, że mu się nie udało przemówić, jak pani była rozczarowana. Pani główne osiągnięcia jednak – jak sądzę – dotyczą dziedzin jasnowidzenia i psychometrii…”
źródło: THE MYSTERIES OF MEDIUMSHIP; LIGHT – Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research; Saturday, October 5, 1895.