Wieszcz

Symbol Śmierci

było sformułowaniem użytym wobec mnie przez Madame Bławatską na wizytówce polecającej dla pana C. C. Masseya, którą wręczyła mi w Bombaju w sierpniu 1879 roku. Słowo to odnosiło się do mojego stosunku do spirytyzmu oraz do zjawisk psychologicznych w ogóle. Określenie to dość trafnie oddawało moje stanowisko i sądzę, że mogę powiedzieć, iż nadal tak jest. W związku z tym opowieść, którą zamierzam przedstawić o osobistym doświadczeniu, może być opowiedziana z pewnym, być może, uprzedzeniem wobec cudownych manifestacji.

Jesienią 1877 roku dr J. M. Peebles z Hammonton w stanie New Jersey (USA), autor „The Seers of the Ages”, „Spiritualism Defined and Defended” oraz innych prac, podczas swojej drugiej podróży dookoła świata odwiedził Madras, gdzie redagowałem jedną z tamtejszych gazet codziennych. Dr Peebles przyszedł do mnie do biura i, uznawszy go za wyjątkowo miłego rozmówcę oraz człowieka ujmującego, zaprosiłem go na obiad do mnie i mojej żony. Skorzystał z zaproszenia i po kolacji siedzieliśmy na werandzie naszego domu niemal do północy, omawiając różne tematy, lecz – co naturalne w towarzystwie dr. Peeblesa – przede wszystkim spirytyzm. Dr Peebles opowiadał wiele niezwykle interesujących zdarzeń ze swojego życia – zdarzeń, które od czasu do czasu kwitowałem życzliwym sceptycyzmem. Innym razem ponownie gościliśmy dr. Peeblesa i znów prowadziliśmy miłą rozmowę, głównie na temat spirytyzmu. Kiedy po tej drugiej wizycie odjechał, ja i moja żona rozmawialiśmy jeszcze o tym wieczorze; ona wydawała się nieco poruszona tym, co powiedział nasz amerykański przyjaciel. Żartobliwie droczyłem się z nią, że staje się wyznawczynią spirytyzmu, na co odpowiedziała z taką szczerością w głosie, że wówczas mnie to zaskoczyło: „Cóż, Williamie, możesz się śmiać, ile chcesz, ale jednego jestem pewna: nie miałoby znaczenia, ile tysięcy mil by nas dzieliło – gdybyś umarł, wiedziałabym o tym w tej samej chwili; a gdybym to ja umarła z dala od ciebie, jestem pewna, że ty byś wiedział.” Nie odpowiedziałem na tę uwagę i nie pamiętam, byśmy kiedykolwiek wrócili do spraw spirytyzmu. W tym czasie moja żona była w dość dobrym zdrowiu, lecz zimą i wczesną wiosną tak wyraźnie pojawiły się objawy pogorszenia, że zalecono jej wyjazd do domu na lato. Opuściła Madras w marcu 1878 roku z mocnym przekonaniem, że wróci do mnie w sierpniu tego samego roku. Żadne z nas nie przypuszczało, że jej śmierć jest blisko.

Listy, które otrzymywałem z Anglii, miały na ogół uspokajający charakter aż do piątku 21 czerwca. Także list, który przyszedł pocztą dostarczoną tego dnia, był w gruncie rzeczy podtrzymujący na duchu, jednak opisano w nim pewne objawy, które wzbudziły we mnie poważny niepokój – tym bardziej, że moja żona zdawała się wcale nie rozumieć ich znaczenia. Wieczorem omówiłem to z kilkoma przyjaciółmi, którzy wpadli do mnie do domu, lecz oni wyśmiali moje obawy. Ja jednak nie potrafiłem pozbyć się lęku i postanowiłem nazajutrz uwolnić się od zmartwień, grzebiąc się całkowicie w pracy. W tamtym czasie londyńskie wydawnictwo Messrs. Longmans przygotowywało do druku moją książkę „Famine Campaign” („Kampania przeciw głodowi”) – piątkową pocztą otrzymałem od nich niemal sto stron korekty, którą zobowiązałem się odesłać statkiem pocztowym odpływającym w następną środę. W sobotę zacząłem pracę o szóstej rano i bez przerwy czytałem korektę do ósmej, po czym wziąłem kąpiel i zjadłem śniadanie. Wróciłem do pracy i kontynuowałem ją bez żadnej przerwy czy zakłócenia aż do około wpół do pierwszej. Przez cały ten czas nie uświadamiam sobie, by moje myśli choć raz powędrowały ku mojej odległej żonie. Wiedząc, że zamartwianiem się nie mogę jej pomóc, wysiłkiem woli odsunąłem od siebie wszelkie myśli o niej i skupiłem całą uwagę na pracy. O wpół do pierwszej, wskutek intensywnego skupienia na korekcie oraz działania nieznośnego upału miasta, poczułem się tak wyczerpany, że postanowiłem chwilę odpocząć. (Powinienem może dodać, że mój stół do pisania stał w sypialni – dużej, przewiewnej, lecz pozbawionej szczególnych skojarzeń z żoną. Zrezygnowałem z prowadzenia domu i mieszkałem „po koleżeńsku” z przyjacielem w domu, który moja żona odwiedziła, o ile pamiętam, tylko trzy razy).

Obróciłem krzesło biurowe i ustawiłem je tyłem do stołu, spojrzałem na zegarek leżący na stole i zanotowałem czas (było dokładnie za dwadzieścia minut pierwsza), po czym natychmiast zapadłem w głęboki sen. Obudziłem się gwałtownie, świadomy dziwnego przeżycia, i stwierdziłem, że od chwili, gdy zamknąłem oczy, upłynęło zaledwie kilka minut. W tym czasie zdawało mi się, że jestem w Anglii, w pokoju, którego nie rozpoznawałem, wraz z moją żoną, która leżała na łóżku bardzo blada. Trzymałem jej dłoń w swojej. Nie pamiętam, by padły między nami jakieś słowa, lecz przypominam sobie, że na jej twarzy spoczywał wyraz łagodnego odpoczynku i pokoju, i wiedziałem – byłem całkowicie świadomy – że właśnie umarła. Gdy trzymałem jej dłoń w swojej, wydawało mi się, że znów zasypiam. Do pokoju weszła moja matka i powiedziała: „Dziwię się, Williamie, że możesz spać, kiedy Nellie dopiero co umarła.” Odpowiedziałem:
„Nie ma się czemu dziwić. Nellie jest już poza bólem i cierpieniem. Czuwałem przy niej tak długo i jestem tak zmęczony. Poza tym wiem, że ona już odpoczywa.” Wtedy – obudziłem się i tak pewnie, jak kiedykolwiek cokolwiek widziałem w życiu, ujrzałem postać mojej żony leżącą na łóżku, z takim wyrazem na twarzy, jakiego spodziewałbym się po kimś, kto kilka chwil wcześniej spokojnie odszedł. Dość niecierpliwie obróciłem krzesło z powrotem ku stołowi do pisania i pomyślałem, raczej niż powiedziałem, z westchnieniem: „Och! doprawdy, to na nic. Wystarczy, że na moment oderwę się od pracy, a już martwię się o Nellie.” Ponownie, wysiłkiem woli, odsunąłem od siebie wszelkie myśli o niej i wróciłem do pracy, nie zastanawiając się nad tym, co właśnie zaszło.

Dokładnie kwadrans później mój „chłopiec” (służący) wszedł do pokoju ze słowami „Telegram, sai’!” i z jednym z matowych, czerwonych, podłużnych kopert używanych przez Indyjski Urząd Telegraficzny w ręku. Nie przeczuwając niczego – bo znów wciągnęła mnie praca – otworzyłem kopertę dość niedbale i natychmiast zadrżałem, zauważywszy, że złożony telegram jest na żółtym papierze, co oznaczało, że wiadomość przyszła z Anglii. Szarpnąłem kopertę, otwierając ją szerzej, i znalazłem w niej depeszę od mojego brata z Cambridge, treści: „Nellie umiera, tu!” Co dziwne, ani jedna myśl o tym, co otrzymałem wcześniej jako wskazówkę, że w tej chwili już nie żyje, nie przemknęła mi przez głowę. Nie pamiętałem przeżycia, które mnie spotkało. Poleciwszy przygotować powóz jak najszybciej, pojechałem do urzędu telegraficznego i wysłałem długą wiadomość do Cambridge – słowa ufności i nadziei w Boga oraz w Życie Po, które chrześcijański mąż naturalnie chciałby wyszeptać ukochanej żonie, gdy ta przeprawia się przez ciemne wody Rzeki Śmierci. Potem wróciłem do domu.

Przyjaciel, z którym mieszkałem, wyjechał na urlopową wycieczkę na Cejlon i, poza rodzimą służbą, w domu nie było nikogo. Spędziłem wyczerpujące, pełne niepokoju popołudnie i wieczór, oczekując telegramu, który – czułem – musi wkrótce nadejść i ogłosić śmierć. Przyszedł, około wpół do dziewiątej wieczorem, i brzmiał tak: „Nellie zmarła spokojnie między siódmą a ósmą dziś rano.” Aby choć częściowo zająć umysł, pojechałem do urzędu telegraficznego i wysłałem kolejną wiadomość. W drodze powrotnej po raz pierwszy uderzyło mnie, że między Madrasem a Cambridge jest pięć godzin różnicy czasu, że godzina ósma rano w Cambridge odpowiada pierwszej po południu w Madrasie, i że otrzymałem ów „znak” śmierci, o którym mówiła moja żona, gdy odwiedzał nas dr Peebles – a ja, w swoim sceptycyzmie, nie doceniłem go. Przez całą noc pozostawałem w stanie rozdzierającego niepokoju, modląc się w myślach, aby – skoro otrzymałem „znak” – wizja została powtórzona. Lecz minęły godziny ciemności i żadna wizja się nie pojawiła. Mimo to nie potrafiłem pozbyć się poczucia realności tej południowej sceny, która wracała do mnie z niezwykłą wyrazistością.

Później dowiedziałem się od mojego brata, w którego domu zmarła moja żona, że wkrótce po siódmej rano wszystkie jej cierpienia ustały. Leżała bardzo spokojnie, z zamkniętymi oczami, gdy mój brat pochylił się i powiedział: „Nellie, czy jest coś, co możemy dla ciebie zrobić?” „Nie, dziękuję” – odpowiedziała – „czuję taki spokój. I wiesz, wydaje mi się, jakby William był tutaj przy mnie.” Nie otwierając już oczu, w krótkim czasie zmarła; nie padły z jej ust żadne kolejne słowa, a czuwający przy niej bliscy nie poznali dokładnej chwili jej odejścia. Dodam, że mój telegram ze słowami pocieszenia i otuchy dotarł do Cambridge zbyt późno, by posłużyć celowi, jaki mu nadałem. Z uczuciem, którego nie mogę im złościć, przyjaciele położyli żółty formularz telegramu na piersi zmarłej i został on pochowany razem z nią.

Opowieść, którą przedstawiłem powyżej, jest prostą, nieupiększoną relacją. Minął rok i kwartał od tego zdarzenia, gdy Madame Bławatska nazwała mnie „sceptykiem” w odniesieniu do nauk okultystycznych w ogóle. Nie dostrzegam żadnej zmiany poglądów od sierpnia 1879 roku i – jak powiedziałem – jeśli w ogóle pisałem z jakimś uprzedzeniem, to raczej przeciw, a nie na korzyść
spirytyzmu.
W. D.

[Znamy osobiście autora powyższej relacji. Jest on człowiekiem o najwyższym poczuciu honoru i prawości, i można w pełni polegać na każdym słowie, które napisał. – Red. „Light”.]

Większość cieni, które padają na naszą drogę przez życie, powstaje dlatego, że stoimy we własnym świetle,

źródło: A Token of Death,  LIGHT – A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter;  SATURDAY, AUGUST 26, 1882.