Sakrament Siedmiokrotny

SAKRAMENT SIEDMIOKROTNY

W wirach obsydianu
U mych stóp rzeka płynęła,
Pomiędzy mną a makami zdobioną
Wyspą, gdzie splątane korzenie brzeg opierały,
A siedem sióstr-topól stało
Jak siedem Duchów Boga.

Cicho, jak milczenie w uchu,
Szum i pomruk jazów
Głosem basu niosły pieśń
Uwięzionego słowika.

Wyżej, na cierpliwej rzece,
Aksamitne światła, bez drżenia,
Powtarzały swym cichym rymem
Blask ogrodu pod lipami.

Potem wieś ponura, zwieńczona
Zamkowym wzgórzem,
Gdzie w całunach czerni
Stała jedna wieża i wielki szczyt –
Posępne widmo
Fałszywej, upadłej wiary.

A ponad wszystkim, spokojna, panująca,
Młoda tarcza księżyca,
Jej blady sierp ku martwemu zachodowi,
Święta pływała, srebrne koronki
Rozsypując na liściach światłem.

W oddali ku zenitowi stała gwiazda,
Świadek wiecznej godności i miary,
Świadek świetlisty, nieskończony.

Tak cicha była noc, że ja
Poruszałem trawy z czcią
I skryłem się. Blask ogrodu
Pociemniał, a całe złoto w dole
Zgasło, pozostawiając złoto w górze
Dla swego sakramentu miłości –
Tylko lilie złote, w adoracji,
Strzegły mego miejsca.

Gdybym nie lękał się poruszyć,
Ukryłbym swój wstyd przed taką nocą!
Człowiek niegodny jest wtargnąć
Swoją bezduszną pustką w samotność;
A jednak Bóg dał ją na przyjaciela
Pielgrzymom, aby Jego pokój spoczął,
Jak gołębica nad groźnymi i mrocznymi
Wodami, co szturmują arkę,
I by ich słabszą miłość ku sobie
Przywiódł do Jego miłości.

Życie jest pieśnią, mową, jękiem,
Jak być może; lecz żadna z tych rzeczy
Nie ma udziału w ciszy Jego serca.

W owym niemowlęcym powietrzu
Trwałem, nieświadom, oczekując.
Cisza mnie spowiła,
Zasłona na zasłonę, uwięziony
Przez Syrenę Nocy,
Której słowa były rzeką i ptakami.

Tak blisko mnie oplatała, i wiązała
Moje jestestwo z czystą głębią
Jej własnej intymności,
Że gdyby Artemida, zadyszana, biegła,
Srebrno-obuta, z łukiem i kołczanem,
Polując wzdłuż trzcinistej rzeki,
I wezwała mnie na łowy –
Nie usłyszałbym, nie zrozumiał.

Lub gdyby Zeus swą niebezpieczną córkę,
Afrodyta, z wody wyniósł,
Jaśniejącą, miękkie ramiona rozwarte,
Czary i zaklęcia wszystkie
Stopione w jedną boską pokusę
Jej ust czerwonych, przyciśniętych do mych –
Nie ujrzałbym, nie usłyszał, nie poczuł
Idalijskiej.

Pomiędzy
Duszą moją a wszelkim poznaniem
Światła i miłości,
Myśli, istnienia, czasu i przestrzeni,
Serca Matki, Oblicza Ojca,
Wszelkiej męki czy rozkoszy
Rozciągała się nieskończona otchłań.

Wszystko to za mną! Lecz dusza moja,
Bez gwiazdy, co wskazuje biegun,
Bezrozumna, od łaski odrzucona,
Ogołocona z wszelkiego bogactwa,
Obrazów pozbawiona,
Magiczną tkaninę rozplecioną,
Narzędzia złamane,
Imię zapomniane, Słowo niewypowiedziane,
Owdowiała z Pana wiecznego,
Srebrna czara rozbita, złoty sznur zerwany,
Drabiny świetliste strącone,
Uszy głuche jak żmije,
Okno zaślepione, muzyka ucichła,
Z miejsca swego w Niebie spadła,
Z tronu gwiezdnego runęła
Poza kolumny świata –
Uniesiona z przepaści światła
W Ciemną Noc!

Księżyc skrył się za wieżą,
Gdy na moment, mocą natury –
Jak orle oko, co odwraca się zmęczone
Od słońca – ja spadłem
Z konnego szczytu poznania,
Ponad Wszechświat Rzeczy,
W mroczne bezczelności
Zwierciadlanych kłamstw zmysłów.

A gdy chciałem spojrzeć na gwiazdy,
By runy przeznaczenia odczytać,
Oczy moje służby swej odmówiły,
Tak starannie Bóg mnie zasłonił
Przede mną samym!

Nie słyszałem szmeru jazów.
Żadnej pomocy w tym świecie ani tamtym!
Byłem sam w otchłani.

Żadnego Skąd! żadnego Dokąd! żadnego Dlaczego!
Nawet „Kto” nie dawało odpowiedzi.
Żadnej wizji, żadnego głosu
Za czuwanie, za modlitwę.

Na próżno konsekrowana szata;
Na próżno gest wzniosły, święty;
Na próżno sprawdzona, doskonała inkantacja
Więżąca niebo, krępująca piekło.

Rozprzęgnięte konie z rydwanu,
W którym toczyłem wojnę niebiańską:
Anioł mój schował miecz znowu
Na rozkaz Pana.

Nawet piekło zamknięte,
By złość i walka nie pokazały duszy
Drogi do życia.

Nadzieja umiera; wiara migocze i gaśnie.
Miłość płacze, potem twardnieje w kamień.
Najbliższe, najwyższe, najświętsze sprawy
Opadają; dusza musi stracić skrzydła,
A okaleczona, bez wskazówki,
Przez nieskończony labirynt kroczyć,
Cel nieznany, droga nietknięta,
Stać nagą, bez hełmu, bez broni, boso
Przed Nieznanym Bogiem.

O, sapanie, o, duszne zmaganie,
Co trzyma się miłości, co kurczowo życia!
Wola złamana, spada daleko,
Gasnąca jak przeklęta gwiazda.
Jaźń, co na moment była zatrzymana,
Wiruje jak martwy liść na wietrze,
W dół, w Otchłań.

Dusza wciągana
W tę Ciemną Noc, która jest jutrzenką,
Przez hale cierpliwości, pałace
Wieczniejszych i wieczniejszych ciszy,
Eony i eony i eony
Bezlampowych niebios,
Ciemniejsze, głębsze, świętsze – jaskinie
Nocy niewzruszonej wiatrem, wielkie groby
Wszystkiego, co jest lub być może
W Czasie i Wieczności.

Wciągana, wciągana, nieuchronnie
Nieznaną ręką,
W głąb – ku nieznanemu końcowi,
Niewidzianemu, nieoczekiwanemu,
Coraz dalej, ponad słowo i wolę,
Do Samej Siebie,
W sen bez snów, którego cieniem jest śmierć,
Aż ku wewnętrznemu boskiemu:
Do świątyni, nawy, chóru, ołtarza,
Gdzie w kielichu świętym
Wino z krwi swej złoży ofiarą.

I nie jest dane żadnemu synowi człowieka
Opiewać ten Sakrament – Jeden w Siedmiu,
Gdzie Bóg i kapłan, i wierny,
Diakon, ministrant, trybularz, chórzysta,
Są jednym, jak byli przed czasem,
Jednym na ziemi, jak jednym są w niebie.

Tam dusza otrzymuje nowe imię,
Przysięgą je potwierdzając,
I winem oraz chlebem niebiańskim
Najdelikatniej karmiona,
A jednak znosi w sobie klątwę
Nieskończonego wszechświata,
Wyznając własne przestępstwo
Tajemnicy grzechu.

Tam uroczyście zaślubiona
Pierścieniem przestrzeni i wieczności,
I gdzie olej, Najświętszy Oddech,
Pierwszym swym szeptem poświęca
Nowe życie dla dalszej śmierci.

Byłem zimny jak ziemia: noc
Ustąpiła. Jedna gwiazda wisiała jasna
Nad kościołem, teraz szarym;
Powstałem, by powitać promień,
Co drżał przez wiązy i kasztany,
Rozświetlał trawę w diamenty,
A długi uśmiech piany jazów
Kazał skakać i śmiać się dniowi.

Ptaki przebudziły się nad całym krajem,
Ponure chłopy szły w pola;
Lilie kiwały się w wietrze,
Co modlitwy poranne szeptał w drzewach;
Pstrągi skakały w żwirzystych nurtach.
Wzbiło się słońce ogromne, co święci
Pogańskie świątynie pracy i światła,
Jak księżyc konsekruje noc.

Praca jest zbożem, a miłość winem,
I oba są błogosławione w świątyni;
I nie jest przeznaczony na kapłana
Kto w jednym tylko uczestniczy.

Tak rozmyślając radośnie, dwukrotnie
Pod jazy przepłynąłem, by wzbić
Bryzgi w górę; potem łąki
Pochwyciły bieg moich stóp w ekstazie.

I tak wypowiedziawszy dziękczynienie
Za sakrament życia,
Zapaliłem fajkę i ruszyłem w drogę
Na śniadanie i trud dnia.

źródło: „The Sevenfold Sacrament” by Aleister Crowley; EQUINOX – MARCH MCMXIX E.V; USA – 1 March 1919.