Niezwykła Opatrzność

Przez Fanny Green

W czasach Rewolucji żył czcigodny i pobożny duchowny Kościoła kongregacjonalnego, znany jako ojciec Moody. Posiadał cudowny dar modlitwy i pod wieloma względami był osobą niezwykłą.

Od młodości był przedmiotem bardzo prawdziwych duchowych wrażeń i wskazań, którym zawsze był posłuszny z największą nabożną gorliwością i gotowością. Nigdy nie było wiadomo, by choć w najmniejszym stopniu kwestionował cokolwiek, co zostało mu w ten sposób nakazane; nigdy też nie został przez to oszukany ani w najmniejszym stopniu wprowadzony w błąd.

O ile możemy sądzić z jego własnej relacji, wydaje się, że zjawiska duchowe, których doświadczał, wyrażały się w formie znanej obecnie jako Wewnętrzny Głos.

Jakkolwiek by było, przemawiano do niego w zrozumiałych słowach, jak pokaże następująca opowieść. Relację tę uzyskano od osoby, która często słyszała ją z ust samego czcigodnego bohatera; kiedy bowiem był już starym człowiekiem, lubił zatrzymywać się przy tych wydarzeniach ze swego życia duchowego. W ten sposób wynagradzał sobie przemianę zewnętrznych form, gdy cienie starości opadały na nie, a one stawały się ciemne dla zewnętrznego oka.

Jego dom znajdował się około pięćdziesięciu mil na północny wschód od Bostonu, a w czasie, o którym mowa, okolica była jeszcze dość nowa i surowa.

Pewnego bardzo zimnego poranka wstał nagle od stołu śniadaniowego, mówiąc:

„Muszę dziś jechać do Bostonu!”

– Nie dziś, mój drogi! – zasugerowała jego żona. – Czy wiesz, jak zimno jest na dworze? Ziemia, rozbita przez ostatnią odwilż, znów zamarzła, twarda jak skała, a podróż będzie bardzo trudna.

– Poza tym to okrutny dzień, ojcze – wtrąciła jedna z córek. – Naprawdę boję się, że zamarzniesz na śmierć.

– Sądzę, że nie ma takiego niebezpieczeństwa – odpowiedział. – Nie wierzę, aby Pan kiedykolwiek wezwał mnie do męczeństwa bez powodu. Powiedział mi, abym szedł, i przeprowadzi mnie bezpiecznie.

– Ale po co jedziesz? – zapytała żona.

– Nie potrafię powiedzieć, jestem tego pewien. W tej chwili wiem o tym nie więcej niż ty – odparł.

– Ale z pewnością – ośmieliła się zauważyć – nie można oczekiwać od ciebie takiego kroku bez jakiegoś wyraźnego zapewnienia, że powinieneś go podjąć. Czyż nie istnieje punkt, w którym szaleństwo zaczyna bardzo blisko stąpać po piętach pobożności? Dobrze jest być gorliwym, lecz nie ślepo entuzjastycznym ani lekkomyślnym.

Z pewnością mówiła jak rozsądna kobieta, i to bardzo w duchu duchów naszych dni; mimo to jej słowa nie odniosły żadnego skutku.

„Pan powiedział mi, abym poszedł” – brzmiała odpowiedź, wypowiedziana tym głębokim i uroczystym tonem, który budził w słuchaczach uczucie odpowiadające temu, co wyrażali.

Żona nie powiedziała już nic więcej, wiedziała bowiem, że daremnie byłoby walczyć z tego rodzaju wrażeniem. Córki jednak błagały go, aby nie jechał.

– Przeżyłem prawie siedemdziesiąt lat – odpowiedział – i nigdy jeszcze się nie zawahałem, gdy Pan nakazał mi powstać i być posłusznym Jego głosowi. Niech moje dzieci będą pewne, że teraz jest już za późno, aby zaczynać.

Widząc, że nie ma sensu się sprzeciwiać, starano się jedynie zapewnić mu możliwie największą wygodę, na jaką pozwalały okoliczności.

Jego wierzchnie odzienie dobrze ogrzano, a jego czcigodną postać osłonięto wszelkimi możliwymi sposobami przed surowością pory roku – dnia, który należał do najostrzejszych.

W takich okolicznościach sędziwy Widzący – bo inaczej nazwać go nie możemy – wyruszył konno, aby odbyć pięćdziesięciomilową podróż w krótki, zimowy dzień, w celu i dla zadania, które nie zostały mu jeszcze objawione.

Czyn taki sprawiłby, że niejeden z naszych współczesnych bohaterów skurczyłby się do nicości w porównaniu z nim; a mówiąc najostrożniej, był to czyn prawdziwy i odważny.

Ojciec Moody nie żył w czasach kolei i parostatków ani udogodnień, które w jakiś sposób wkradły się do pociągu i wytrwale podążają w marszu

Postępu. Jego udziałem były: prawdziwy umysł, silne serce i szczera wiara.

Miał wyraźne przeczucie, że musi dotrzeć do Bostonu przed pierwszą w nocy, aby wypełnić tajemniczy cel, dla którego został posłany.

Przez pozornie zły zbieg okoliczności dzień ten był jednym z najkrótszych w roku. Gdy mijał, nie mógł powstrzymać nerwowego niepokoju o to, czy przybędzie o właściwej porze.

Tak silne było to wrażenie, że ani razu nie opuścił siodła, z wyjątkiem kilku minut, aby dać koniowi odpocząć. Podczas ostatniego postoju zjadł niewielki kawałek pożywienia, który zabrał ze sobą jako drugie śniadanie.

Tak więc, niedostatecznie wypoczęty, ogrzany i nakarmiony, jechał dalej swoją zimną i ponurą drogą, stopniowo ustępując uczuciu przygnębienia, do którego nie był przyzwyczajony.

Gdy słońce skryło się za zimnymi, szarymi wzgórzami, a dzień niemal tak nagle zapadł w noc, jakby zgaszony przez gaśnicę, uczucie to wzrosło do stopnia niemal nie do zniesienia.

W tym stanie Diabeł – jak sam to określił – zaczął wsuwać do jego umysłu wątpliwości i obawy, zwracając się do niego tonem znajomego głosu, który zdawał się przypominać Księgę Hioba. Pokazywał przez to, że skoro „lampart nie zmienia swoich plam ani Etiopczyk swojej skóry”, tak samo Szatana zawsze można poznać po jego rozszczepionym kopycie.

– No cóż, ojcze Moody – powiedział na powitanie – po cóż to wyruszyłeś w taki zimny dzień? To musi być coś bardzo ważnego, skoro człowiek w twoim wieku oddala się tak daleko od domu w taki dzień jak ten.

– Cóż, jeśli o to chodzi – odparł ojciec Moody, na tyle zapominając o osobowości stojącej przed nim, że wdał się z nią w rozmowę – jeśli o to chodzi, nie mogę powiedzieć, żebym sam wiedział, i to całkiem wyraźnie.

– Musisz więc prowadzić niezły interes, delikatnie mówiąc – odpowiedział intruz z chytrym wzruszeniem ramion. – O gustach się nie dyskutuje. Niektórzy ludzie lubią głodować, marznąć i robić pięćdziesiąt innych głupich rzeczy dla spokoju sumienia albo dla innego podobnego powodu wstydu. Miałeś ciężką drogę, nie mówiąc już o twoim biednym koniu! Posłuchaj mojej rady: zawróć natychmiast i jedź z powrotem do gospody. Zatrzymaj się na noc w wygodnym miejscu. A następnym razem dobrze się zastanów, zanim podejmiesz się podobnej donkiszotowskiej wyprawy.

W tej mowie było tyle pozornej słuszności, że na pewien czas uciszyła dobrego anioła czcigodnego Widzącego. Przez chwilę poczuł się bardzo nieswojo, z uczuciem niemal podobnym do samowyrzutu.

Z pewnością igrał lekkomyślnie z własnym zdrowiem i wygodą. Opuścił rodzinę wbrew jej woli i życzeniom. Aż do jego powrotu będą trzymani w stanie największego niepokoju.

A jeśli coś złego stanie się jemu samemu? Czy nie będzie moralnie odpowiedzialny za całe zło, jakie może wyniknąć z tej pochopnej wyprawy?

Przebiegły Przeciwnik, dostrzegając swoją przewagę – co zawsze jest gotów uczynić, jeśli tylko przyjmiemy opinię tych, którzy znają go najlepiej – powiedział nieco śmielej:

– No dalej, lepiej bądź rozsądny i wracaj. Jeśli spodziewasz się uczynić coś dobrego, bardzo się pomylisz.

Przez chwilę myśl o ciepłym schronieniu, kolacji i łóżku była niemal pokusą. Ojciec Moody, choć był krzepkim i silnym starcem, nie był przecież Herkulesem.

Było mu bardzo zimno i był głodny. Zgrzytał zębami wobec kontrastu między chwilową myślą a obecną sytuacją.

– Ach, tak! – powiedział tamten. – Z pewnością jest chłodno. Ja sam nie mogę tego znieść; jeśli ty potrafisz, tym lepiej. Ja muszę dostać się gdzieś, gdzie jest dobry ogień, przynajmniej.

Ta aluzja oraz szczególny ton, w jakim została wypowiedziana, skutecznie otworzyły oczy ojca Moody’ego.

Był „znowu sobą”.

Unosząc się w strzemionach, jakby dzięki właściwej godności i przewadze swojej pozycji mógł zmiażdżyć Arcywroga, przemówił donośnym i stanowczym głosem:

„Idź precz ode mnie, Szatanie!”

– Ale co zamierzasz zrobić? – wyszeptał Wróg, świetnie udając niepokój i życzliwą troskę.

„Idź precz ode mnie, Szatanie” – odpowiedział Widzący jeszcze bardziej energicznym tonem, zatrzymując natychmiast konia i stojąc całkowicie wyprostowany.

Wtedy – jak powiedzieliby współcześni psychologowie – stał się pozytywny.

– Tak – powiedział, a jego głos opadł do pogodnego i spokojnego tonu – Pan nigdy mnie nie zwiódł. Nie sprowadzi mnie na manowce

teraz. Pójdę naprzód. On wskaże drogę, a w swoim właściwym czasie ujrzę Jego zbawienie”.

Właśnie gdy wjechał do Bostonu, zegar miejski wybił dwunastą. Ulice były ciche i ciemne. Nie było wówczas latarni gazowych, a nieliczni włóczędzy, jeśli w ogóle istnieli, chodzili równie dobrze bez sztucznego oświetlenia.

Co do uczciwych ludzi – ci o tej porze byli już w łóżkach i spali głęboko; nie potrzebowali więc żadnego sztucznego światła.

Mimo to była to ciemna, zimna i pozbawiona wygód misja, w którą ojciec Moody wyruszył z tak wielką ufnością. Gdy jednak usłyszał, że zegar wybija dwunastą, ogarnęła go gorączka niepokoju i poczuł, że robi mu się cieplej.

Nie zniechęcając się ponurą perspektywą, jechał dalej – raz w górę, raz w dół ulic, przez zawiłe place i ciasne, splątane przejścia. Wszystko jednak pozostawało ciemne i ciche. Nawet strażnicy zdawali się pogrążeni w głębokim śnie, co w owych uczciwych czasach było rzeczą całkiem zadziwiającą, gdy ludzie starali się zapracować na swoje pieniądze, zanim je otrzymali.

Dziś sprawa wygląda zupełnie inaczej, ponieważ – sądząc po pozorach – strażnicy są jedynymi sennymi postaciami w całym mieście.

„Jeszcze tylko godzina – mniej niż godzina” – pomyślał ojciec Moody. – „Czy się spóźnię? Czy Pan zwiedzie swego sługę?”

Pomimo wiary na chwilę ogarnęło go zwątpienie.

Należy raz jeszcze wziąć pod uwagę konieczność odpoczynku i pokrzepienia; w jego obrazowym wierzeniu i języku Diabeł czyhał na niego na każdym rogu, przecinał mu drogę i nieustannie dręczył go natarczywymi pytaniami. Lecz ojciec Moody odpierał je tak stanowczo, że wreszcie przeciwnik wycofał swe siły i właściwie zrezygnował z walki.

Nagle w oddali zamigotało światło. Dochodziło z pokoju na czwartym piętrze domu przy sąsiedniej ulicy.

Gdy tylko ojciec Moody zwrócił na nie wzrok, zrozumiał, że jego misja prowadzi właśnie do tego domu. Przyspieszył więc, skręcił za róg i podjechał prosto pod wskazane miejsce.

Znalazłszy osłonięte miejsce dla swego biednego, zmęczonego konia, zsiadł z siodła, starannie przywiązał zwierzę do słupa i podszedł do drzwi.

Po krótkim szukaniu kołatki uderzył w nie z wolą i znaczeniem; odpowiedziały mu budzące się echa milczących ulic.

Wkrótce ujrzał światło, które wciąż było widoczne, schodzące z piętra na piętro, aż ukazało się w korytarzu.

Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna. Jego blada, wynędzniała twarz zdradzała jednym spojrzeniem najstraszliwszą wojnę namiętności.

– Po co pan przyszedł? – zażądał odpowiedzi gniewnym tonem. – Dlaczego pan tu jest?

– Nie wiem – odpowiedział ojciec Moody – lecz Pan mnie posłał.

Było coś prawdziwie wzniosłego w majestatycznej postawie Widzącego, a także w jego proroczym charakterze i tajemniczym położeniu. Natychmiast przyciągnęło to uwagę i nakazało szacunek.

Przez chwilę nieznajomy zdawał się walczyć, aby oprzeć się temu wpływowi. Potem zadrżał od stóp do głów, jakby ogarnęła go powszechna febra.

Wreszcie, głosem tak drżącym od wzruszenia, że niemal przypominał szloch, powiedział:

„Pójdź za mną i zobacz, po co zostałeś posłany”.

Mówiąc to, zaprowadził go do pokoju, który właśnie opuścił. Wskazując na linę zwisającą z sufitu, dodał:

„Oto ona”.

Po czym nagle się zatrzymał, jakby poczuł, że sznur zaciska się wokół jego gardła.

Po kilku chwilach ciągnął dalej:

„Gdyby przyszedł pan dziesięć minut – tak, pięć minut – później, w tej chwili byłbym już w wieczności”.

– Spójrz tam! – podjął, odwracając się ku stołowi, na którym leżał plik złożonych papierów, starannie uporządkowanych. – Zawiązanie tamtego węzła nie było ostatnim przygotowaniem. Był już związany, a moja ręka spoczywała na śmiertelnej pętli.

Następnie posadził swego gościa i opowiedział mu o okolicznościach, które niemal doprowadziły go do dokonania tak pochopnego i niegodziwego czynu.

Był człowiekiem, którego zwykle nazywa się dzikim albo zapalczywym młodzieńcem, choć nie dokładnie tym, co określa się mianem rozwiązłego. Jego nawyki były jednak takie, że zaszkodziły jego stosunkom biznesowym.

Przez pewien czas walczył, lecz ponieważ z natury miał ponure usposobienie, ciągłe rozczarowania doprowadziły w końcu do choroby serca, która – jak sobie wyobrażał – nie miała odpowiednika ani lekarstwa.

Krótko mówiąc, poczuł zupełne obrzydzenie do życia i postanowił umrzeć.

– Mój synu – powiedział ojciec Moody, wstając i kładąc dłoń na swą głowę w ów imponujący sposób, z którego tak bardzo słynął, „dzięki łaskawej opatrzności Bożej zostałeś wyrwany z potępienia w tej właśnie godzinie. Czy chcesz być zbawiony?”.

Głęboki jęk, który zdawał się rozdzierać serce, z którego się wydobył, był jedyną odpowiedzią. Ojciec Moody był wysoki i pełen dostojeństwa w swym wyglądzie, a przemawiał z powagą doskonale współgrającą z głęboką świadomością swego proroczego charakteru i misji. Kładąc dłonie na ramionach młodzieńca, powiedział: „Módlmy się”.

Kolana młodego człowieka ugięły się niczym wiklina na silnym wietrze, a klękając u jego boku, Ojciec Moody wyzwolił ową cudowną moc wysławiania się, która nie miała sobie równych. Płomienne zdania, żarliwe myśli, retoryka przechodząca wszelkie wyobrażenie ludzi o zimnych sercach, formalnej mowie i szatach, wylały się niczym potężny potok, przytłaczający swą energią, a jednak tak głęboko prawdziwy, że każda myśl trafiała – niczym samodzielny posłaniec – w same najgłębsze zakamarki duszy. Młody człowiek skłonił się ku ziemi. Płakał, szlochał, drżał, jakby targały nim konwulsje. Walka była straszliwa, lecz powstał z niej w stanie spokoju i uległości.

Ojciec Moody usiadł wtedy obok niego i biorąc go za rękę, utkwił w nim owe głębokie, pogodne oczy; nie mówił nic szorstkiego ani pełnego przygany, a jedynie cenne słowa pociechy, otuchy i lepszej nadziei. I nie tylko jego życie zewnętrzne zostało uratowane. Przepełniony zdumieniem, nabożną czcią i wdzięcznością za tajemnicze pojawienie się, działanie i interwencję nieznajomego, młody człowiek postanowił stać się kimś i czynić coś, co usprawiedliwiłoby tak cudowną troskę.

Porzucił swoich dawnych towarzyszy i zajął się pożytecznym rzemiosłem, w którym nauczył się znosić sporadyczne niepowodzenia jako konieczną dyscyplinę. Niedługo potem wstąpił do Kościoła Old South, którego przez ponad czterdzieści lat był niezwykle aktywnym i pożytecznym członkiem, szukając każdej okazji do czynienia dobra i nigdy nie zapominając o mądrych radach czcigodnego Jasnowidza, który został tak prawdziwie powołany, by doprowadzić do jego odkupienia.

źródło: Remarkable Providence; „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.