NIEWIDZIALNE KIEROWNICTWO AMERYKI
THOMAS JEFFERSON
Emisariusz Bractwa
Autor: Corinne Heline
„Prawdziwy kościół jest tam, gdzie jedna dłoń spotyka drugą w pomocnym geście.”
– Ruskin
Thomas Jefferson, trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych, urodził się 13 kwietnia 1743 roku, a odszedł z tego świata 4 lipca 1826 roku. Ten wielki człowiek został trafnie nazwany „Ojcem Demokracji”.
Pomimo że urodził się w arystokratycznej rodzinie plantatorów z Wirginii, Jefferson, kierowany współczuciem dla biednych i uciskanych, a także dzięki pełnym poświęcenia działaniom na ich rzecz, stał się już w młodości znany jako „człowiek ludu”.
Całe jego życie było praktycznym wyrazem ideałów Nowej Ery, opartych na Ojcostwie Boga i Braterstwie Ludzi.
Jefferson oddał się z całą pasją, na jaką było go stać, stworzeniu społecznej demokracji na nowym kontynencie. Gdyby Ameryka nadal podążała boskim planem, jaki został objawiony Jeffersonowi, a przez niego przekazany ludowi, kraj ten już dziś cieszyłby się w znacznie większym stopniu dobrodziejstwami i błogosławieństwami, które należą do epoki Wodnika.
Nasz naród mógłby wówczas stać się „światłem na wzgórzu”, widocznym dla całego świata, przykładem do naśladowania przez wszystkie narody.
Pierwsza walka Jeffersona jako młodego prawnika rozegrała się w Zgromadzeniu Wirginii, między interesami arystokratycznych plantatorów a osadników.
Równe prawa dla klas i mas ludowych były od początku głównym celem jego życia. To właśnie ten cel uczynił go jednym z czołowych duchów oporu przeciwko niesprawiedliwościom narzucanym przez brytyjski rząd, co ostatecznie doprowadziło do Rewolucji i niepodległości amerykańskich kolonii.
Celem i ambicją całego jego życia było zapewnienie osobistej wolności i bezpieczeństwa wszystkim ludziom.
Stał niezłomnie na platformie wolności we wszystkich warunkach.
Nie tylko głosił wolność od brytyjskiego panowania, ale także zniesienie niewolnictwa, wolną ziemię dla wolnych ludzi, wolność religijną i jak największy zakres wolności w ramach samorządu lokalnego.
Kiedy Jefferson zobaczył, że kolonie są już na dobrej drodze do wolności, z równym zapałem pragnął służyć tej samej sprawie wolności we Francji.
Uczynił to najpierw jako asystent Benjamina Franklina w czasie, gdy ten był amerykańskim ambasadorem we Francji, a później, po jego odejściu, objął po nim stanowisko ministra.
Pracował niestrudzenie, by ulżyć losowi uciśnionych i pozbawionych przywilejów.
Komentując żałosne warunki społeczne panujące we Francji przed rewolucją, pisał:
„To prawdziwy obraz tego kraju, w który wejdziemy po śmierci – gdzie zobaczymy Boga w Jego chwale, a potępionych u Jego stóp.”
W liście do Waszyngtona, napisanym w czasie swej misji we Francji, Jefferson doradzał swojemu przełożonemu:
„Zachowaj kluczową zasadę naszego wyjątkowego doświadczenia w rządzeniu – Wolność.
Najmniejsze odstępstwo w stronę monarchizmu niechybnie doprowadzi do upadku wolnego rządu amerykańskiego.”
Podobnie jak największych Wyzwolicieli, również Jeffersona można nazwać „człowiekiem smutku, obeznanym z cierpieniem”.
Arystokracja urodzenia i przywileju zaciekle sprzeciwiała się jego wysiłkom na rzecz poprawy losu ubogich i uciśnionych.
Za swój humanitaryzm był znienawidzony i wyszydzany przez wielkie rzesze ludzi, których interesy były ograniczone do własnych egoistycznych spraw.
Podczas lat spędzonych na stanowisku wiceprezydenta w Filadelfii był praktycznie wykluczony z towarzystwa elity miasta.
Z tego powodu jego salony, zarówno we Francji, jak i w Ameryce, przyciągały nie bogatych, lecz ludzi intelektualnie wybitnych.
Jednak mimo że władza i przywilej nienawidziły go i się go obawiały, lud go uwielbiał.
Jak wspomina jego córka, kiedy Jefferson przejeżdżał powozem, tłumy gromadziły się wokół, by go zobaczyć; ludzie zatrzymywali konie i rywalizowali o zaszczyt prowadzenia jego powozu po głównych drogach.
Czarni niewolnicy, ze łzami w oczach, zbierali się przy jego drodze tak licznie, że czasem powóz musiał się zatrzymać, aby Jefferson mógł uścisnąć ich dłonie i przyjąć wyrazy wdzięczności za wszystko, co dla nich uczynił.
„Współczujący” prowadzą ludzkość coraz dalej naprzód poprzez dzieło swoich wybranych wysłanników na ziemi.
Ci „wyznaczeni”, zwani synami przeznaczenia, aby stać się doskonałymi posłańcami, muszą osiągnąć wysoki stopień bezosobowości.
Muszą pozostać nietknięci i niezachwiani w obliczu prześladowań, a nawet śmierci.
Wielkimi przykładami takiej bezosobowości byli Sokrates, który wypił kielich cykuty, oraz Jezus Chrystus na Golgocie.
Podczas swojej pierwszej kadencji prezydenckiej Waszyngton doszedł do wniosku, że o wiele łatwiej jest zjednoczyć armię niż zjednoczyć naród.
Aby temu sprostać, zaprosił do swojego gabinetu ludzi o skrajnie różnych poglądach i temperamentach.
Najbardziej kontrastującymi postaciami byli Alexander Hamilton, sekretarz skarbu, oraz Thomas Jefferson, sekretarz stanu.
Hamilton reprezentował ultrakonserwatystów i wszystko, za czym się opowiadali.
Poglądy Hamiltona były całkowicie monarchiczne. Dążył do odtworzenia Starego Porządku na nowym kontynencie.
Pragnął przyczynić się do stworzenia silnie scentralizowanego, biurokratycznego i utylitarnego państwa.
Idealizm Jeffersona koncentrował się na jego wierze w ludzi oraz na głębokiej i trwałej miłości i ufności, jaką w nich pokładał.
Jego najdroższym marzeniem było ujrzeć, jak ten Nowy Świat staje się Utopią Wolności, wznoszącą swój głos w powitaniu wszystkich uciskanych świata i oferującą im schronienie w swoich granicach.
Pragnął narodu wolnych dusz, prowadzonego jednak przez boskie przewodnictwo z wewnątrz.
Hamilton reprezentował zatem Stary Porządek, który przemija, podczas gdy Jefferson pragnął rządu z ludu i dla ludu.
Było rzeczą naturalną, że tak różne poglądy dwóch tak potężnych i dominujących osobowości wstrząsnęły młodym rządem Stanów Zjednoczonych niemal do jego podstaw, w czasie, gdy dopiero się kształtował.
W tym kryzysie ludzie zjednoczyli się wokół sprawy Jeffersona i założyli gazetę The National Gazette.
Arystokraci popierający Hamiltona odpowiedzieli założeniem innej gazety – The Gazette of the United States.
W tym długotrwałym sporze między dwiema tak skrajnie różnymi ideologiami Waszyngton ujrzał klęskę swego marzenia o Nowym Świecie, które miało polegać na powstaniu prezydentury wspieranej przez mądrą radę, harmonijnie zjednoczoną i prowadzącą ku wspólnemu przeznaczeniu zjednoczonego narodu.
Jefferson wciąż pozostaje symbolem ideału przywództwa Nowego Świata, choć, niestety, ideał ten wciąż jest daleki od pełnego urzeczywistnienia.
Jak wspomniano wcześniej, Jefferson był zarówno nienawidzony, jak i budzący strach wśród swoich przeciwników.
Arystokraci nie wyciągnęli żadnej nauki z Rewolucji, a kupcy nie widzieli nic poza swoimi księgami rachunkowymi.
Zanim Waszyngton wycofał się z życia publicznego, małostkowa polityka i intrygi zaczęły przenikać do najwyższych sfer.
W próbie naprawy tej sytuacji, na naleganie Waszyngtona, Jefferson objął stanowisko wiceprezydenta u boku Johna Adamsa, drugiego prezydenta.
Z tej pozycji został następnie wyniesiony na urząd prezydenta, obejmując nowo wybudowany Biały Dom w roku 1801, w wieku 58 lat.
Spędził tam osiem samotnych, smutnych lat, niemal całkowicie wykluczony z towarzystwa „wyższych sfer”, których specjalne przywileje klasowe stały w sprzeczności z demokratyczną i egalitarną filozofią polityczną, której był najwybitniejszym przedstawicielem.
Mottem jego administracji było hasło:
„Liberalizm bez podziałów partyjnych.”
W swoim przemówieniu inauguracyjnym wyraził zasady tej polityki, mówiąc, że celem jest:
„mądry i oszczędny rząd, który powstrzyma ludzi od wyrządzania sobie nawzajem krzywdy i pozwoli im swobodnie kierować własnym życiem, przemysłem i rozwojem, nie odbierając im owoców ich pracy.”
Jefferson był praktycznym religijnym myślicielem.
Jego doktryny miały charakter ery Wodnika, a nie eklezjalny.
Jego „Artykuły Wiary” opierały się na idei Braterstwa Ludzi.
Nie należał do żadnego zorganizowanego Kościoła ani nie uznawał żadnego oficjalnego wyznania, przez co wielu uważało go za niedowiarka.
Silny sprzeciw, z jakim musiał się mierzyć, wynikał z takich nieporozumień – świadczy o tym fakt, że osiemnaście tysięcy kobiet zarejestrowało protest, ukrywając swoje Biblie w dniu jego wyboru na prezydenta.
Na poziomie ogólnokrajowym rozgorzała zaciekła debata o to, czy samotny człowiek siedzący w Białym Domu, rozmyślający o sposobach i środkach dla światowego dobra, był ateistą, czy chrześcijaninem.
W czasie tego sporu Jefferson pracował nad własnym zbiorem społecznych nauk Jezusa Chrystusa, który miał stanowić fundament demokracji Nowego Świata.
Jefferson pragnął poszerzać, a nie zawężać każdą politykę.
Podobnie jak Thomas Paine, kierował się troską o dobro swojego narodu, lecz obejmował nią przyszłość całej ludzkości.
Zawsze patrzył w przyszłość, ku czasom, gdy zainteresowanie człowieka sięgnie poza sprawy lokalne i stanie się naprawdę uniwersalne.
W dalekowzrocznym manifeście napisanym w czasie swojej prezydentury zawarł wiele koncepcji Nowej Ery, wyrażając wiarę w to, że w miarę duchowego postępu człowieka jego wzrost moralny przekroczy obecne ograniczenia i doprowadzi do bardziej integrującego braterstwa ludzkości.
Marzył o prawdziwym, „wodnikowym” świecie – bez granic, rasowych uprzedzeń i antagonizmów, w którym współczesne armie i floty zostałyby przekształcone w jedną światową siłę policyjną, oddaną utrzymaniu powszechnego pokoju.
Wszystko to było w istocie wyrazem jego wizji Boskiego Planu – planu ostatecznego udoskonalenia rodzaju ludzkiego.
Jefferson był duszą silną i odważną, gotową do podjęcia czynów, na które niewielu przywódców kiedykolwiek się zdobyło.
Jego wysiłki zmierzały ku prawodawstwu, choć Boski Plan został już w jego wizji spełniony.
W swoim dziele ustawodawczym zachowywał wzrok utkwiony w ideał demokracji, który – jak wierzył – stanie się rzeczywistością w Nowym Świecie, będącym wówczas, jak i dziś, w procesie tworzenia.
Ta ziemska płaszczyzna jest szkołą ludzkości, a ponieważ żadna lekcja nie może być opanowana w jednym życiu, żaden człowiek nie może wypełnić swojego przeznaczenia w jednym wcieleniu.
Duch rozwija swoje boskie możliwości przez wiele cykli życia ziemskiego – talenty są rozwijane, umiejętności doskonalone, mądrość pogłębiana – aż w końcu dusza osiąga swoje boskie cechy i staje się wykwalifikowanym emisariuszem Wielkich Istot, gotowym do służby w wielkich dziełach, gdy nadchodzi czas kluczowych zadań i epokowych eksperymentów duchowych.
Ten, kto osiągnął tak wysoki stopień duchowego rozwoju poprzez różnorodne doświadczenia i cierpienia, zawsze nosi w sobie „podpis duszy” współczucia i bezinteresownej służby wobec innych.
Takie cechy ujawniają się w tak wyraźny sposób, że często prowadzą do prześladowań, a niekiedy nawet do męczeństwa.
Takim emisariuszem był Thomas Jefferson, który – jak wyraził to apostoł Paweł – był „narodzony przed czasem”.
Doświadczył całej samotności, niezrozumienia i prześladowań, które są udziałem każdego ewangelisty niosącego światło nowego poznania.
Jego misją było dawanie świadectwa o świcie nowej ery, widocznej już dla tych, którzy stoją wysoko na duchowych wyżynach, choć jeszcze niewidocznej dla mas na nizinach.
Cztery Wolności, które dziś zajmują uwagę całego cywilizowanego świata i zapowiadają nadejście Nowego Porządku Świata, mają swoje korzenie w ideach Jeffersona.
Wolności, które przewidział – wolność słowa, wolność prasy, wolność religii i wolność od niedostatku – to te same ideały, do których świat dąży po dzień dzisiejszy.
Jak już wspomniano, Jefferson był duszą starą, mądrą, zahartowaną w wielu cyklach doświadczeń, przez co posiadał niezwykłą wszechstronność i zdolność do doskonałego opanowania wielu dziedzin.
Jeden z jego biografów napisał:
„Kiedy zajmował się mechaniką, miałem pewność, że jest inżynierem.
Gdy rozmawiał o medycynie, czułem się, jakbym był w obecności lekarza.
W teologii przypominał duchownego, a w literaturze profesora, który wie wszystko o świecie.”
Jego kolekcja dzieł sztuki – obrazów, grafik i rzeźb – należała do najcenniejszych w kraju.
Jego bogata biblioteka stanowiła z kolei zalążek obecnej, światowej sławy Biblioteki Kongresu w Waszyngtonie.
Jefferson, człowiek wrażliwy i estetyczny z natury, obdarzony głęboką słodyczą i pokorą, a zarazem niezwykłym duchem zrozumienia i tolerancji, wydawał się bardzo odległy od brutalnego świata polityki.
Jednak w ciągu czterdziestu lat służby publicznej pełnił funkcje: członka legislatury stanowej, kongresmena, gubernatora, sekretarza stanu, ministra spraw zagranicznych, wiceprezydenta oraz dwukrotnie prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Uczeni biografowie zauważyli, że po dogłębnym zbadaniu jego życia niewielu ludzi osiągnęło tak doskonałą równowagę filozoficzną i duchową harmonię.
W bogactwie jego mądrości zewnętrzne czyny i wewnętrzne życie zdawały się tworzyć jedność.
Pomimo intensywnego zaangażowania w społeczne reformy, Jefferson nigdy nie żywił nienawiści wobec swoich przeciwników.
Gardził zasadami i systemami, które uważał za niesprawiedliwe, ale nigdy nie gardził ludźmi.
Pewnego razu Noah Webster, surowy krytyk Jeffersona i jego poglądów politycznych, wysłał mu książkę swoich esejów pełną nieprzychylnych uwag.
Jefferson odpowiedział z uprzejmością, pisząc:
„W wyrażaniu swoich opinii uczyniłeś to, do czego ma prawo każdy człowiek,
i to dla dobra społeczeństwa, bo każda słuszna myśl powinna być swobodnie wypowiadana.”
Inną cechą człowieka o wyrafinowanym duchu, mądrego mądrością wieków, była jego głęboka fascynacja nauką i równie wielka miłość do piękna.
Te podwójne dary Jefferson rozwinął w stopniu niezwykłym.
Był prezesem Amerykańskiego Towarzystwa Filozoficznego oraz członkiem zagranicznym Instytutu Francuskiego.
W jego bibliotece znajdowały się książki obejmujące ponad tuzin nauk, a w kilku dziedzinach sam wniósł pionierski wkład w amerykańską myśl naukową.
Między innymi wynalazł szereg urządzeń ułatwiających pracę, takich jak taczka czy krzesło obrotowe.
Stworzył również dziesiętny system monetarny i założył pierwszą mennicę w Stanach Zjednoczonych.
Był także pierwszym plantatorem, który wprowadził młocarnie i inkubatory dla drobiu.
W swoich czasach wielu uważało Jeffersona za najwybitniejszego architekta Ameryki.
Zaprojektował Kapitol Stanu Wirginia w Richmond, a także okazałą rezydencję w Monticello.
Później założył Szkołę Architektów i Budowniczych w Wirginii.
Poza zamiłowaniem do architektury był również utalentowanym skrzypkiem i zdolnym botanikiem.
Jego geniusz był tak wielki, że mógłby z powodzeniem uczynić karierę w dowolnej z tych dziedzin.
Muzykę nazywał „wielką, namiętną pasją” swojego życia, a piękne ogrody Monticello świadczyły o jego miłości do botaniki.
To właśnie Jefferson nadał ogrodnictwu miano „siódmej sztuki” i wprowadził botanikę jako naukę na Uniwersytecie Wirginii.
Pomimo mnogości zainteresowań nigdy nie przegapił wiosennego kwitnienia w Monticello, które nazywał „ekstazą kwitnienia”.
Wiosna zawsze przynosiła mu głęboką radość – każda roślina, każde stworzenie miało dla niego znaczenie.
Pewnego razu powiedział do swojej córki:
„Gratuluję ci przylotu słowika. Ucz dzieci czcić go jako istotę, którą spotka kara, jeśli stanie się jej krzywda lub zniszczy się jej jajka.”
Podczas swej prezydentury nieustannie otrzymywał wozy pełne kwiatów i owoców z ukochanej posiadłości Monticello.
To właśnie jego ogromne zaangażowanie w Uniwersytet Wirginii, który sam założył, utrzymywało go aktywnym aż do ostatnich lat życia.
Przygotowany na śmierć i pogodny wobec jej nadejścia, powiedział:
„Istnieje pełnia czasu, gdy człowiek powinien odejść i ma do tego prawo.”
Wierzył, że śmierć nie jest końcem, lecz przejściem z jednej formy życia w drugą – wieczną.
Pasją Jeffersona pozostawało zawsze społeczne doskonalenie i dobro ludzkości.
Na kilka dni przed śmiercią napisał:
„Ogólny cel życia…Rozprzestrzenienie się światła nauki ujawniło wszystkim oczywistą prawdę, że ludzkość nie została stworzona po to, by jedni rodzili się z siodłami na grzbietach, a inni – uprzywilejowani – w butach z ostrogami, gotowi ich dosiadać „z woli Bożej”.
W wieku osiemdziesięciu trzech lat, wśród ciszy i piękna swoich ukochanych kwiatów, Mędrzec z Monticello przeszedł do nieśmiertelnych sfer.
Jakby na błogosławieństwo jego odejścia, w jego ukochanych ogrodach rozkwitały stokrotki, dzikie irysy i lilie tygrysie.
Motyle unosiły się nad płotami w pełnym blasku lipcowego słońca, a trąbkowe kwiaty zwisały z drzew, które rzucały cień na łagodne wzgórze – to samo, które przyjęło jego ziemskie ciało.
Tak odszedł ten wielki duch, błogosławiony patriota, miłośnik życia, piękna, wolności i postępu, przyjaciel całej ludzkości i zwiastun ludzkiej dobroci.
Duch i nauki Thomasa Jeffersona są ponadczasowe.
Należą zarówno do czasów jego rewolucji, jak i do współczesnego kryzysu Ameryki – równie aktualne i potrzebne dziś, jak wówczas, gdy wzywały naród do działania.
Jego słowa skierowane do przywódców ówczesnej epoki można śmiało powtórzyć i dziś:
„Współpraca to stan umysłu.
Nie będzie prawdziwego postępu, dopóki nie odkryjemy tej prawdy i nie zaczniemy według niej postępować.”
źródło: AMERICA’S INVISIBLE GUIDANCE – THOMAS JEFFERSON: An Emissary of the Brotherhood; New Age Interpreter, Volume V – October 1944 nr. 7.