Otrzymałem z Paryża drugi tom „Le Diable au XIXe Siècle” („Diabeł w XIX wieku”), lecz zanim przytoczę dalsze świadectwa autora, muszę powiedzieć coś o ich wartości dowodowej. Przyznaję, że w mojej ocenie ona rośnie. Istotne jest to, że znamy już prawdziwe nazwisko świadka, że rzeczywiście jest on francuskim lekarzem oraz że możemy domniemywać, iż – jak podawał „dr Bataille” – jest lub był lekarzem służbowym w przedsiębiorstwie Messageries Company. Jego dobrą reputację i szczerość można ponadto dość zasadnie wnioskować z faktu, że duchowni oraz inni ludzie o niepodważalnej powadze gotowi są wiązać z nim swoje nazwiska i współpracować przy jego dziele, które obecnie jest kontynuowane przez „La Revue Mensuelle”.
Co więcej, panna Diana Vaughan, której czci nikt – na ile się orientuję – nie próbował podważać (nawet jej dawni towarzysze i obecni wrogowie, palladyści), przynajmniej milcząco przyzwoliła na twierdzenia dotyczące jej osoby, przedstawione przez dr. Hacke (czyli „dr. Bataille’a”), z którym – jak się zdaje – pozostaje w przyjaznych stosunkach.
W istocie oświadczyła mu wprost fakt swojego „opętania” (korygując jego odmienne zdanie, przytoczone już w „Light” z 14 września).[1] Wcześniej sprostowała też pewne błędy w datach w wypowiedziach „dr. Bataille’a”, odnoszących się do niej, dodając jedynie, że co do reszty jest jej to obojętne. Jak wiele sama powie światu w swoich nadchodzących wyznaniach – pozostaje do zobaczenia. Jednak ani przed, ani po swoim nawróceniu nie zaprzeczyła dotąd „dr. Bataille’owi” w żadnej kwestii zasadniczej. Ile warta jest z punktu widzenia dowodowego jej własna odpowiedzialność – to oczywiście osobne pytanie.
Na razie musimy przyjąć: (1) że bezspornie jest ona byłą Wielką Mistrzynią Palladium; (2) że dołącza swoje świadectwo do świadectwa „dr. Bataille’a” (który zresztą nie stoi w tym osamotniony) na temat kultu Lucyfera w wysoko-okultystycznym wolnomularstwie, a jej „nawrócenie” nastąpiło wprost od tego kultu; (3) że nie zaprzecza niezwykłym zjawiskom wiązanym z jej „opętaniem”. Przeciwko temu wszystkiemu, jak dotąd, mamy jedynie mgliste sugestie o jezuickiej konspiracji oraz opinię (przytoczoną w „Freemason” z 28 września, za „Catholic Times”) katolickiego biskupa Charleston i monsignora Quigleya, wikariusza generalnego diecezji, że oskarżenia o „kult diabła” wobec wolnomularzy z Charleston są bezpodstawne. Lecz gdy chodzi o najbardziej tajne procedury tajnego stowarzyszenia, opinia osób z zewnątrz – choćby najbardziej wybitnych i bezstronnych – ma niewielką wagę. Zapewne 12 października 1307 roku, w przeddzień nagłego aresztowania templariuszy we Francji, nawet najlżejszy z zarzutów wobec nich zostałby odparty jako absurdalny i nie do uwierzenia przez całą opinię publiczną chrześcijaństwa.[2]
[1] „Mój drogi doktorze” – powiedziała autorem w grudniu 1893 r. – „jeśli nazywa pan ‘utajenie opętanymi’ tych, którzy bez pomocy magnetyzmu lub Elekt-Maga (Elect Magus) sami z siebie uzyskują przeniknięcie przez ducha światła, proszę wiedzieć, że od co najmniej roku jestem tak samo opętana jak Zofia (Walder), jeśli nie nawet bardziej”. Ponieważ może się wydawać dziwne, że na długo przed swym nawróceniem panna Vaughan utrzymywała przyjacielskie stosunki z demaskatorem palladyzmu, trzeba wyjaśnić, że byli już wtedy sojusznikami w opozycji wobec następcy Alberta Pike’a, Adriana Lemmiego – choć różnili się w szerszej kwestii boskości Lucyfera. Palladyści byli w owym czasie bardziej podnieceni tym bratobójczym sporem niż ich wspólną wrogością wobec chrześcijaństwa.
[2] To prawda, że wina lub niewinność templariuszy do dziś pozostaje jedną z drażliwych i pozornie nierozstrzygalnych kwestii historii. Jednak żaden obrońca Zakonu nie opierałby dziś argumentacji na niedowierzaniu, z jakim – nawet po aresztowaniu – opinia publiczna początkowo przyjęła oskarżenia przeciwko nim. A przecież ryzyko „przecieku” tajemnic musiało być nieporównanie większe w przypadku stowarzyszenia tak wystawionego na obserwację jak templariusze, niż w przypadku lóż ezoterycznych (jeśli istnieją) wolnomularstwa.
Fakt, że panna Vaughan występuje dziś publicznie, a jej (przynajmniej milczące) przyznania wzmacniają świadectwo dr. Hacke, skłania mnie, by spośród niezliczonych fenomenów zapisanych przez tego ostatniego wybrać niektóre z tych, w których ona brała udział.
Pomijam wyjaśnienie autora dotyczące sposobów, dzięki którym nawet po rozpoczęciu publikacji wciąż mógł wchodzić do lóż Palladium, i przechodzę od razu do opisów tego, czego był tam świadkiem z panną Vaughan w stosunkowo niedawnych datach (1893–1894): –
Działo się to w jednym z trójkątów najbardziej fanatycznie oddanych wierze lucyferycznej; dyskutowano tam, z wahaniem, jaką aprobatę należy okazać buntowi wysokich masonów amerykańskich przeciw Lemmiemu. Carducci, Bovio, Hobbes przysłali listy zapewniające nas o całkowitej regularności postępowania na tajnej konwencji; Findel pisał, że trzeba ustąpić wobec faktu dokonanego; Goblet d’Alviella wyraził opinię przychylną Lemmiemu. Wielki Mistrz trójkąta, zakłopotany, pozostawał jednak w najlepszych stosunkach z obrońcami sprawy Charleston. Niektórzy palladyści sugerowali, że ponieważ w palladyzmie nic nie dzieje się inaczej jak tylko z woli dobrego Boga, odmowa uznania wyboru (Lemmiego) z 20 września 1893 roku może pociągnąć za sobą poważne konsekwencje w zakresie działań magicznych trójkąta.
– Co macie na myśli?! – krzyknął Palacios, który towarzyszył pannie Vaughan na zebraniu, na które wszyscy przyszli, by zebrać cenne deklaracje poparcia dla swojej antylemmistycznej kampanii.
– Mamy na myśli – odpowiedziano – że jeśli dobry Bóg rzeczywiście jest z Wielkim Mistrzem Rzymu (Lemmim), jak ten twierdzi, to walka z jego wyborem nie będzie sposobem na ściągnięcie boskich łask.
– Ale dobry Bóg nas nie opuścił! – zawołała Wielka Mistrzyni Nowego Jorku (panna Vaughan).
To był więc powód ich zniechęcenia, wahania, by przystąpić do ślubowania protestu: bali się kary podczas następnego seansu hermetycznego; że duchy ognia przestaną ich chronić i wydadzą ich na pastwę przemocy wrogich duchów (maleachów). Czytelnik nie zapomniał, że w lucyferycznym przesądzie maleachowie to demony, które ukazują się w ohydnych postaciach i napadają na obecnych, a wtedy nazywa się je duchami królestwa Adonai.
Palacios zaprosił pannę Vaughan, by zademonstrowała tym lękliwym, że Lucyfer nie opuścił strony Charleston.
– Jeśli dobry Bóg nie jest z nami – powiedział – pierwszą, którą by porzucił, byłaby nasza siostra Diana, skoro jest duszą naszego oporu. Czy nasza siostra podda się próbie wielkiego rytu?
– Chętnie – powiedziała panna Vaughan. – Jestem pewna niebieskiej ochrony geniuszy światła.
Poprosiła brata-służebnego, by sprowadził jej dorożkę; pojedzie do hotelu i przyniesie swoje talizmany.
Nie było jej długo. W międzyczasie chóralnie odmawiano pewne inwokacje. Panna Vaughan wkrótce wróciła, trzymając w dłoni małe płaskie pudełko.
Wyjęła z niego wspaniałą czerwoną różę o zadziwiającej świeżości oraz mały tamburyn. Były to dwa talizmany, których używała do ekstazy. [Pomijam opis tamburynu, którego symbolika nie jest dla mnie całkiem jasna.]
Diana gestem zażądała ciszy; znajdowała się pośrodku sali. Śpiew rytualny przerwano, wszyscy wstali, uważni; zapadła całkowita cisza.
Panna Vaughan ugięła prawe kolano do podłogi i włożyła czerwoną różę w stanik. Następnie, lekko się obracając, uniosła tamburyn na chwilę ponad głowę lewą ręką, po czym powoli opuszczała go, aż jej wargi dotknęły srebrnej gwiazdy.
Pocałowała ją delikatnie.[3] Potem, wyciągając ręce, ujęła tamburyn w prawą dłoń i potrząsnęła nim; małe metalowe elementy, zderzając się, wydały osobliwą wibrację, dziwną, krystaliczną harmonię. Odwracając całkowicie pozycję bez upadku – jak gdyby podtrzymywało ją jakieś niewidzialne coś, na którego ramieniu spoczęło jej ciało – wyrzuciła tamburyn w powietrze: magiczny przedmiot wirował, wznosił się ku sufitowi, uderzył w niego, a uderzenie wydało długi pomruk, jak odległy grzmot; następnie zszedł w dół łagodnie, tak łagodnie jak kartka papieru na lekkim wietrze. Nie dotykając podłogi, zatrzymał się metr nad nią, obracając się, drżąc i pobrzękując wokół Diany, która teraz miała ugięte oba kolana, lecz tylko stopy spoczywały na podłodze; całe jej ciało leżało poziomo, niepodparte, dłonie zaś miała skrzyżowane na piersi w znaku Dobrego Pasterza.
[3] Była to gwiazda o siedmiu promieniach; w centrum litera A (Asmodeusz?) złotem.
Następnie, pozostając w tej pozycji i spoglądając przez prawe ramię, przyglądała się widzom po tej stronie z wyrazem słodyczy nadludzkiej. Ekstaza się rozpoczęła.
Jej stopy uniosły się z podłogi, podnosząc się do poziomu reszty ciała, i w ten sposób leżała już całkowicie wyprostowana, poziomo w przestrzeni. Tamburyn, jak magiczny motyl, wciąż drżał i krążył wokół niej.
Teraz, zachowując pozycję poziomą, Diana była delikatnie podnoszona w górę, a tamburyn towarzyszył jej w tym ruchu, obracając się, podskakując i pobrzękując. A gdy się wznosiła, wznosiła – słyszeliśmy melodyjny koncert głosów, jakby niewidzialnych syren, śpiewających słowa nienależące do żadnego języka.
Wszystko to ustało, gdy ekstatyczka dotarła do pewnej odległości od sufitu. Tamburyn ustawił się pod jej głową jak poduszka. Tam w górze jasne światło otaczało pannę Vaughan. Osobliwe było to, że jej suknia nie opadała w dół; wyglądało to tak, jakby ciało i ubiór stanowiły jedną całość.
Pozostawała tak, nieruchoma, zawieszona w powietrzu, przez blisko kwadrans. Ciszę co pewien czas przerywały pomruki grzmotu – zawsze z oddali.
Potem opadła, z tą samą powolnością, z jaką się wznosiła; a gdy była w połowie drogi, zatrzymała się na tej wysokości na kolejny kwadrans. Następnie, wciąż bardzo łagodnie, jej ciało przyjęło pozycję pionową, głową w dół, bez jakiegokolwiek poruszenia ubrania. Potem obróciła się, raz leżąc twarzą w dół, raz znów wracając do pozycji pionowej – lecz tym razem stopami ku ziemi; wreszcie, z szeroko otwartymi i nieruchomo utkwionymi oczami, zachowując postawę wyprostowaną, ponownie ujęła tamburyn lewą ręką, a prawą wyjęła czerwoną różę ze stanika i, namiętnie wdychając jej woń, całkowicie opadła.
Stała jak my wszyscy, stopami dotykając podłogi; jej oczy odzyskały naturalny wyraz; potarła je, jakby budziła się z rozkosznego snu, uściskała srebrną gwiazdę tamburynu i powiedziała do nas spokojnym tonem: – „Moi przyjaciele, siostry i bracia – ach, gdybyście mieli moje szczęście!”
Podeszła do Palaciosa, uścisnęła jego dłoń i usiadła obok niego.
W tej chwili tamburyn i róża, poruszywszy się same z siebie, runęły do szkatułki, która zamknęła się sama. Demonstracja dobiegła końca; nikt w trójkącie nie ośmielił się już sugerować, że moce ognia opuściły sprawę Charleston.
Opis przywołania sobowtóra panny Vaughan zachowuję na przyszły tydzień – albo na czas, kiedy Redaktorowi będzie dogodnie go zamieścić.
C. C. M.
źródło: MORE LUCIFERIAN PHENOMENA; Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research; Saturday, October 12, 1895.