Wieszcz

Moce Powietrza

„MOCE POWIETRZA”.

Interesting Record of Early Experiences.
Interesujący zapis wczesnych doświadczeń.

„…nasze ciała są naszymi ogrodami,
a nasze wole są ich ogrodnikami; tak więc jeśli zechcemy sadzić pokrzywy albo siać sałatę;
szczepić hyzop lub wyrywać tymianek; zaopatrywać je w jeden rodzaj ziół albo przepełniać wieloma;
albo pozostawić je jałowym przez bezczynność, albo użyźnić pracowitością;
to moc i możność naprawy tego wszystkiego spoczywa w naszej woli.” – Shakespeare

Blackwood opublikował jakiś czas temu interesujący artykuł zatytułowany „Powers of the Air”, w którym autor, po pobieżnym omówieniu niektórych faktów przedstawionych mu na poparcie rzekomej interwencji „Duchów” w sprawy doczesne, przechodzi do stwierdzenia: „Czy możemy się od nich czegokolwiek nauczyć albo za ich pośrednictwem?… Niektórzy twierdzą, że duchy mogą i rzeczywiście wpływają na umysły ludzi… Jeśli to prawda, jakże doskonale współbrzmi ona z Pismem!… Jeżeli da się cokolwiek o nich wyjaśnić, nasza wiedza posunie się naprzód”.

Drugą doktryną, którą autor rozważa, jest „Powszechna niewiara w istnienie złych duchów”. „Wydaje się” – mówi – „sprzecznością nazywać siebie chrześcijaninem, a potem zaprzeczać istnieniu złowrogich duchów, które posiadają ogromne moce i które mogą kierować biegiem rzeczy na tym świecie ku złemu, przeciwstawiając się i udaremniając – w dozwolonym zakresie – opatrzność Bożą. Nasze nadzieje na przyszłe życie można w pewnym sensie powiedzieć, że opierają się na osobowości, niegodziwości i mocy złych duchów, ponieważ wyraźnie powiedziano nam, że Bóg posłał swego Syna na ten świat, aby zniszczył dzieła Diabła. W innym miejscu czytamy, że Syn Boży przyszedł na świat, aby zbawić grzeszników. Tak więc zbawienie rodzaju ludzkiego i zniszczenie dzieła Diabła wydają się być jednym i tym samym. Jak śmiemy tak lekko traktować tę fundamentalną prawdę, by twierdzić, że te ustępy Pisma są jedynie figuratywne, o ile odnoszą się do Diabła?… Zaiste, istota ta jest zbyt niebezpieczna, by lekkomyślnie ją ignorować… Chciałbym też usłyszeć, jak ci, którzy sprzeciwiają się uznaniu istnienia diabła, tłumaczą zamęt tak powszechny na tym świecie. Nie mogą przecież wierzyć, że przewrotność, niesprawiedliwość, cierpienia, smutek i zniszczenie, które nieustannie się ujawniają, są bezpośrednim dziełem Wszechmogącego”.

Jeśli chodzi o pierwsze z tych twierdzeń, doświadczenia ze sfery spirytualizmu, którymi cieszyłem się przez ostatnie dwadzieścia lat, skłaniają mnie do zaoferowania autorowi „Powers of the Air”, a także każdemu, kto interesuje się tym tematem, pewnego wyjaśnienia opartego na faktach związanych ze zjawiskami „manifestacji duchowych”, obserwowanymi w sposób, który – jak sądzę – powinien zapewnić im powszechną wiarygodność. Gdy ta wiarygodność zostanie uznana lub przyjęta, dodam jeszcze przekazy od Duchów, ustne i pisemne, przekazywane przez media w transie, opisujące przejście duszy po oddzieleniu od ciała do świata poza nim, jej stan i otoczenie po przebudzeniu do świadomości, a także zawierające nauki i napomnienia dla tych, którzy wciąż znajdują się w tym życiu – nauki, które wydają mi się rozsądne i które, jak wierzę, okażą się pożyteczne dla wszystkich, którzy je przyjmą, odpowiadając tym samym na pytanie: „Czy możemy się od nich czegokolwiek nauczyć?”

Najpierw więc co do autentyczności czy realności manifestacji, dzięki którym zdobyłem wiarę w ich istnienie; a potem – co do nauk, które ta wiara, nabyta przez owe manifestacje, umożliwiła mi przyjąć.

Mogę przypuszczać, że niemal każdy słyszał o tym, co znane było jako „Rochester Knockings” („stukania z Rochester”), i znał nazwiska dwóch małych dziewczynek (takimi bowiem były, gdy to się zaczęło), Katey i Margaretty Fox, w których obecności dochodziło do tych tajemniczych stuków. Niemal każdy wie, że rodzina Foxów była z tego powodu prześladowana, aż w końcu – wykazując więcej rozsądku – postanowiono sprawdzić, czy dźwiękom tym można nadać jakieś znaczenie; i zwracając się do ich domniemanych sprawców, zasugerowano, aby przy powtarzaniu alfabetu wybierali stuknięciami litery, które miałyby utworzyć to, co chcieliby zakomunikować. Tak rozpoczęła się komunikacja telegraficzna (bo czas dowiódł, że jest nią ni mniej, ni więcej) pomiędzy badaczami a niewidzialnymi inteligencjami, dla których media – jak je nazwano – stanowią instrumenty telegraficzne.

Kiedy te tajemnice po raz pierwszy ogłoszono światu jako środek, dzięki któremu moglibyśmy nawiązać kontakt z naszymi zmarłymi przyjaciółmi, mój gust i mój osąd odrzuciły tę myśl jako zbyt absurdalną, by poświęcić jej choćby chwilę uwagi. Dopiero gdy po raz drugi pewien ceniony lekarz z Nowego Jorku nalegał, abym był obecny na spotkaniu, w którym mieli uczestniczyć jedynie młody brytyjski oficer i jego żona (w drodze do Kanady), ów lekarz i ja, a medium miała być Catherine Fox, wówczas dziewczyna około szesnastoletnia – zgodziłem się do nich dołączyć. Spotkaliśmy się w małym saloniku hotelu Waverley na Broadwayu i zasiedliśmy wokół stołu o średnicy około sześciu stóp; młode medium siedziało pomiędzy lekarzem a młodym oficerem. Lekarz, który od dwóch lat zajmował się badaniem tego zagadnienia, powiedział, że dla zaoszczędzenia czasu poinformuje nas, iż pięć stuknięć lub dźwięków zawsze oznacza „wezwanie do alfabetu”, trzy dźwięki znaczą „tak”, a jeden „nie” w odpowiedzi na dowolne pytanie, oraz że pojedyncze stuknięcie lub dźwięk przy danej literze, wypowiadanej podczas powtarzania alfabetu, wybiera właśnie tę literę, którą jeden z badaczy powinien zapisać; i w ten sposób miały się układać słowa i zdania.

Był to letni wieczór, godzina szósta, okna były szeroko otwarte, a więc panowało pełne światło dzienne. Wszyscy położyliśmy ręce na powierzchni stołu, lekarz i młody oficer kładąc po jednej swojej dłoni na dłoni medium. Wkrótce dały się słyszeć ciche dźwięki, raczej po mojej stronie stołu niż po stronie medium, które siedziało naprzeciwko mnie. Po chwili stały się wyraźniejsze, a następnie ułożyły się w pięć wyraźnych uderzeń czy stuknięć, bez przerwy pomiędzy nimi, po czym nastąpiła cisza. Wówczas medium powtórzyło alfabet. Następnie zostało podane imię całkowicie nieznane medium ani nikomu obecnemu poza mną – imię osoby, która była związana ze mną w mojej młodości najszlachetniejszymi i najświętszymi więzami, a od dwudziestu lat pozostawała oddzielona ode mnie, jak sądziłem, poza wszelką możliwością kontaktu w tym życiu.

Dźwięki wybrały litery, które utworzyły dwa imiona chrzestne oraz nazwisko panieńskie. Muszę przyznać, że mimo mojego przygotowanego niedowiarstwa, znaczenie wybranych liter mną wstrząsnęło, a moją następną myślą było: „Jeśli to rzeczywiście jest tym, za co się podaje, czyżby zatem nazwisko po mężu było w tamtym życiu zarzucone?” Ta myśl, zupełnie niewypowiedziana, ledwie przemknęła mi przez umysł, gdy rozległo się pięć łagodnych stuknięć, wypowiedzianych szybciej niż poprzednio, i do poprzednich danych dodano moje nazwisko.

Następnie w podobny sposób przypomniano mi wiele zdarzeń z naszego wspólnego życia, wykazując tym samym tożsamość Ducha. Potem nastąpił opis świata duchowego, a raczej jej własnego bezpośredniego otoczenia, którego nie mogę teraz przytoczyć, ponieważ nie mam go przy sobie w tym kraju, ale dobrze pamiętam zakończenie: „W tym pięknym domu mieszkają moi najdrożsi przyjaciele; nikt nie może do niego wejść, jeśli nie pozostaje ze mną w głębokim powinowactwie”… „A teraz, drogi…, masz w swojej mocy zbudować dla siebie dom równie doskonały. Każda czysta myśl, którą żywisz, każdy dobry uczynek, którego dokonujesz, jest nowym krzewem w twoim ogrodzie. Każda święta myśl jest wybornym kwiatem w twoim duchowym domu. Niech więc twoje życie będzie czyste i buduj sobie dom tak nieskalany, by żaden duch nie mógł do niego wejść, prócz tych, których kochałeś i których możesz kochać przez całą wieczność”.

Lekarz od dwóch lat był badaczem tego zjawiska, zwołując co tydzień krąg złożony z niego samego, jego żony oraz trzech lub czterech przyjaciół, którzy spotykali się w prywatnym domu jednego z uczestników. Dźwięki, opisane powyżej, poleciły mi dołączyć do tego kręgu, obiecując zadowalające dowody; na początek polecono mi przynieść gitarę. Zebraliśmy się więc zgodnie z tym poleceniem, a ja zabrałem własną gitarę. Zasiedliśmy wokół okrągłego stołu w jadalni, połączonej z frontowym salonem za pomocą składanych drzwi. Pozostawiliśmy je otwarte. Była szósta wieczorem, pora letnia, okna były otwarte, a światło dzienne pełne. Medium była ta sama panna Fox; jej ręce spoczywały jak poprzednio na stole, lekarz kładł jedną swoją dłoń na jej dłoni, a jego żona drugą na drugiej, i każde z nich stawiało stopę na jednej ze stóp medium. Reszta z nas miała ręce na stole, dotykając się wzajemnie.

Stuknięcia, jak poprzednio, poleciły mi umieścić gitarę pod stołem, co uczyniłem, kładąc ją pośrodku. Wkrótce usłyszeliśmy, jak gitara przesuwa się po dywanie i napiera na moje stopy. Cofnąłem je pod krzesło, a gitara podążyła za nimi; wtedy struny zostały słyszalnie trącone pięć razy, a litery „s-i-n-g” zostały wybrane przez dźwięk na gitarze przy wypowiadaniu każdej kolejnej litery alfabetu, który powtarzało medium. Gdy panie połączyły głosy w pieśni, gitara podniosła się pionowo między moimi stopami, drgała rytmicznie w takt melodii od jednej mojej nogi do drugiej, a jednocześnie wykonywała pełny i mocny akompaniament do śpiewu.

Ponieważ te materialne czy fizyczne dowody okazały się jedynie alfabetem lub stopniem wiodącym ku nieskończenie wyższemu i czysto duchowemu pouczeniu, zatrzymam się przy nich tylko na tyle, by zapisać doświadczenie jeszcze jednego badanego spotkania, zanim przedstawię kilka przykładów wyższych faz duchowego nauczania za pośrednictwem przekazów pisemnych lub ustnych. Spotkanie, o którym teraz mówię, odbyło się w prywatnym kręgu osób spokrewnionych z moją rodziną, nowych w tym temacie; medium był słynny pan Home, wówczas – a było to jakieś dwadzieścia lat wcześniej – bardzo młody człowiek, wynajmujący pokoje w domu dwóch starszych pań dobrze znanych naszej rodzinie. Zebraliśmy się w liczbie siedmiu osób, a pan Home stanowił ósmego, w małym saloniku, który zajmował, siedząc wokół zwyczajnego stołu jadalnianego; pan Home siedział na jednym końcu, a nad naszymi głowami wisiał jasno oświetlony żyrandol. Po kilku minutach siedzenia, przy czym wszyscy mieliśmy ręce widoczne na powierzchni stołu, stół uniósł się z podłogi na wysokość około jednej stopy i utrzymywał się tak przez kilka minut. Potem ze strony uczestników padło wiele uwag. „Jak to mogło być dokonane?” „Czyż nie mamy w tym jakiegoś udziału?” „Ale jak można by używać naszych dłoni, skoro widać je na powierzchni?” „A jednak o ileż bardziej zadowalające byłoby to, gdyby stół mógł się tak unieść bez dotykania go naszymi rękami!” Wtedy zapytano pana Home’a: „Czy to byłoby możliwe?” Odpowiedział: „Nie wiem; przypuśćmy, że spróbujemy”. Wówczas wszyscy, łącznie z panem Home’em, trzymaliśmy ręce kilka cali nad stołem. Po kilku minutach zaczął się unosić, a gdy podniósł się na około jedną stopę nad podłogę, trzymaliśmy dłonie w tej samej odległości nad nim – kilka cali. Wtedy jeden z panów z naszego grona wskoczył na niego w pozycji siedzącej, a potem, nie obniżając go ani trochę, wyciągnął się na nim na całą długość; i gdy pozostawał w tej pozycji, stół zaczął falować, tocząc go ku jednej krawędzi, a potem z powrotem ku drugiej, ale nie pozwalając mu spaść, przypominając – jak powiedział – kołysanie się statku na morzu.

Następnie rozległo się pięć stuknięć i przy powtarzaniu alfabetu dźwięki wskazały litery polecające jednej z pań, by wsunęła rękę pod stół. Uczyniła to, a po chwili zawołała: „Czuję bardzo małą rączkę, jak rączka niemowlęcia, stukającą mnie po dłoni. Bawi się moim pierścionkiem; zdejmuje mi pierścionek!” Podniosła rękę, a pierścionka już nie było. Drugiej pani, siedzącej naprzeciw, dźwięki poleciły włożyć rękę pod stół. Wkrótce zawołała: „Czuję tę małą rączkę, o której mówiłaś. Zakłada mi pierścionek na palec”. Podniosła rękę, pokazując tamtej pani jej pierścionek. Wkrótce został w ten sam sposób zwrócony. Po tym nastąpiło kilka równie niezwykłych manifestacji, aż w pewnej chwili zauważono, że wyraz twarzy pana Home’a się zmienił. Stała się ona jakby przejrzysta, a pod każdym względem zdradzała nienormalny stan. W tej postaci wygłosił do nas przemowę – a raczej uczynił to Duch, który, jak twierdzono, go opanował – wyjaśniając cel tych fizycznych manifestacji: miały one służyć dostarczeniu dowodu na obecność i pewien zakres mocy niewidzialnych sił, nie wywołując przy tym lęku; następnie ukazać, że siły te posiadają inteligencję, prowadząc tym samym do dociekań, które będą rodziły teorie, aż manifestacje te staną się czymś znajomym od pokoju dziecięcego po kuchnię w każdym domu. W ten sposób, rozpraszając wszelki niepokój, mielibyśmy zostać przygotowani do przyjęcia prawdy, że owe fizyczne manifestacje mają nas uczulić na obecność i interwencję duchowych przyjaciół, którzy, posługując się tymi samymi środkami, dzięki którym śmiertelnicy udoskonalili sposoby komunikowania się ze sobą ponad oceanami i pod nimi, mogą korespondować z nami ze swych bardziej eterycznych, a jednak substancjalnych sfer. „Czyż wy sami nie używacie” – sugerował komunikujący – „elektryczności, aby porozumiewać się z przyjaciółmi na ziemi? Tak samo elektryczność i magnetyzm są wielkimi narzędziami w naszych rękach. Znając, rozumiejąc prawa ziemi, pojmując chemię życia, możemy tak wywoływać skutki przez łączenie substancji, by dawać wam tak interesujące manifestacje. Wiedzcie, że od was czerpiemy wiele magnetyzmu, od medium zaś inne materiały, i są one dla nas narzędziami, za pomocą których działamy. Elektryczność jest naszą główną sprężyną działania w tych manifestacjach – gdy chcemy wywołać skutki duchowe, musimy odwołać się do praw duchowych, i wtedy medium odczuwa oraz odbiera wrażenia; lecz kiedy dajemy wam manifestacje fizyczne, taką właśnie metodą się posługujemy”.

Takie są niektóre z notatek, sporządzonych niedoskonale podczas wygłaszania owej przemowy, która utwierdziła nas w przekonaniu o powadze i świętości tego celu oraz radziła nam nie gardzić środkami użytymi w celu przyciągnięcia naszej uwagi.

Dalszy ciąg moich wieloletnich badań nad tym zagadnieniem w pełni podtrzymał i potwierdził to zapewnienie. Wszystkie zmysły zostały zaspokojone dowodami obecności i tożsamości Ducha. Tym, którzy czytali opis zjawy „Białej Damy z Avenel” pióra sir Waltera Scotta, trudno byłoby mi przekazać trafniejszy obraz sposobu, w jaki Duch ukazywał mi się raz po raz – najpierw w moim własnym domu, i zawsze w okolicznościach, które absolutnie wykluczały jakąkolwiek możliwość złudzenia.

I. V. W.

(To be continued.)
(Ciąg dalszy nastąpi.)


THE “POWERS OF THE AIR.”
„MOCE POWIETRZA”.

Ciąg dalszy 

W czasie, gdy przechodziłem przez te dziwne doświadczenia, poznałem wybitne medium, sędziego J. W. Edmondsa, sędziego Sądu Najwyższego w Nowym Jorku, którego córka, panna Laura Edmonds, niezwykle utalentowana jasnowidząca lub medium transowe, z wielką życzliwością dawała mi liczne okazje do otrzymywania przekazów za pośrednictwem swego mediumizmu, który przejawiał się w transie; w tym stanie albo pisała, albo wypowiadała przekazywaną treść. Jako przykład komunikatów, które otrzymywałem za jej pośrednictwem, podaję następujący; został napisany w mojej obecności, z zamkniętymi oczami, przy czym jej głowa była ustawiona względem papieru tak, że nie mogłaby go widzieć, nawet gdyby miała oczy otwarte. A jednak każda litera była zapisana dokładnie na liniaturze. Tematem był stan duszy w następnym świecie, będący następstwem jej degradacji i nadużywania w tym życiu. Duchem ukazującym się i przejmującym kontrolę nad panną Edmonds był ten sam, który wcześniej objawił mi się. Powiedział:-

„Jak opowiedziałam ci o moich duchowych narodzinach, tak opowiem ci o tym, czego doświadczyłam w moim poszukiwaniu wiedzy. Zbliżyłam się do łoża skąpca, gdy jego duch właśnie opuszczał ciało. Odeszłam od niego do łoża śmierci małego dziecka i zestawiłam ze sobą te dwa obrazy, wyciągając z nich wiele nauk. Ujrzałam, że człowiek światowy był przywiązany kajdanami, których nie mógł zerwać; prowadził życie samolubne, zaspokajając własne pragnienia, szukając zysku, nie zaglądając w głąb siebie ani nie zważając na głos, który nieustannie go ostrzegał, lecz zawężając swój umysł, pokrywając swe moce żużlem, a lepsze uczucia ledwie w nim żyły. Obserwowałam umierającego człowieka. Nie znał przyszłości; bał się pytać; bał się spojrzeć; myślał tylko o tym, czego nie mógł zabrać ze sobą. Byłam blisko łoża, gdy duch, czyli zasada życia, opuścił gliniane ciało, i ujrzałam jedynie iskrę spoczywającą w atmosferze wokół tej postaci. Nie mogłam dostrzec formy duchowej, lecz tylko obłokopodobną masę, spoczywającą spokojnie w powietrzu, i zapytałam łagodnego Ducha, który był moim przewodnikiem, dokąd odszedł duch tego człowieka, a on odrzekł: «Poszukiwaczko prawdy, jego dusza jest w tej masie, w tym obłoku. Na ziemi nie dawał tej duszy ani pokarmu, ani napoju, i żyła ona jedynie dlatego, że umrzeć nie mogła. Nie odpowiadał na jej wołanie o siłę, lecz trzymał ją w wąskiej celi, a gdy posuwał się w latach, ściany tej celi stawały się mocniejsze i bardziej nieprzeniknione, a kiedy ciało zakończyło swą pracę, ściany skruszały, a klejnot, umieszczony przez kochającego Ojca w tym szkatułce, był jedynie jak iskra wyrzucona z paleniska kuźni». «I jak długo» – zapytałam – «musi pozostawać w tym szczególnym stanie?» «Dopóki pierwiastki, których duch potrzebuje, nie osiągną pewnego stopnia; wtedy forma duchowa stanie się widzialna. Ta iskra musi trwać blisko ziemi, a jej anielscy przewodnicy będą ją prowadzić i troszczyć się o nią, a w miarę jak ciało będzie się rozkładać, duch będzie się stopniowo kształtował; tak silne bowiem było ziemskie przyciąganie tego umysłu, że więź, która łączy ducha z ciałem, nie została jeszcze zerwana, i ten duch będzie przechodził dalej i poruszał się w atmosferze tych, którzy na ziemi są uduchowieni, otrzymując od nich pierwiastki potrzebne do utworzenia duchowego otoczenia dla tej duszy». «Powiedz mi więc, łagodny Duchu, czy umysł będzie cokolwiek z tego uświadamiał sobie?» «Nie, ponieważ pozostaje on w stanie snu; słońce prawdy jeszcze nad nim nie wzeszło i nie wezwało go do działania. Trwał on w uśpieniu przez tak wiele lat, że potrzeba czasu, by obudzić ducha do aktywności».”

„Nie obserwowałam ich już dłużej, lecz pospieszyłam ku scenie odejścia małego dziecka. Była czysta i piękna, z intelektem rozwiniętym ponad siły fizyczne. Matka troskliwie prowadziła tę młodą roślinę, czuwała nad jej duchowym wzrostem i dawała napój spragnionej duszy. Duch był w takiej harmonii z ciałem, był przez rodziców tak kształcony i tak pobudzany do życia, że łatwo przyjmował pierwiastki, które miały utworzyć ciało duchowe. Jego duch rozszerzył się poza szkatułkę, która go mieściła, i Ojciec rzekł: «Przynieście mi klejnot, bo jest już gotów do Nieba». Dziecko łagodnie zamknęło oczy – jedno westchnienie, i szlachetny duch opuścił swe ograniczone mieszkanie, a ja ujrzałam go czynnego, jako czystą i jasną indywidualność, zdolną od razu pojąć i docenić swoje otoczenie. I zapytałam łagodnego Ducha, który pouczył mnie, gdy patrzyłam na pierwszą naukę, dlaczego duch dziecka uformował się tak łatwo, skoro warunki fizyczne nie były tak w pełni rozwinięte jak w pierwszym przypadku, a on odpowiedział, że duchowe i fizyczne były kształcone jednakowo, aż osiągnęły pewien punkt, kiedy duch dostrzegł swoją zdolność do rozszerzania się, do postępu, i jeszcze będąc zamknięty w ciele, żył już w krainie duchowej i czerpał z życia duchowego esencje, które nadadzą mu formę i kształt.”

„Na późniejszym etapie powróciłam wraz z moim przewodnikiem do tego człowieka i ujrzałam go jako wierną kopię tego, czym był na ziemi. Lecz na jego twarzy dostrzegłam wyraźnie wypisane zdumienie, zamieszanie i żal, a Duch powiedział mi, że teraz rozpoczęło się dzieło odpłaty. Pamięć była najwierniejszą służebnicą i dobrze wykonywała swoją pracę, a ten ustęp Biblii, który mówi: «Pomsta do mnie należy, mówi Pan», należałoby nieco zmienić i zamiast tego czytać: «Pomsta do mnie należy, mówi dusza», gdyż pamięć i myśl są nieśmiertelne, a dusza sama wypracowuje swoje odkupienie i sama przedłuża swój dzień sądu. I zapytałam mojego przewodnika: «Czy długo pozostanie w tym stanie?» «Dopóki nie odpowie na każde żądanie swojej duszy, które pozostawił bez odpowiedzi za życia. Po pierwsze, musi wiedzieć i uświadomić sobie, że żyje; po drugie, że jego dusza była zaniedbywana; po trzecie, że tylko on sam może odpowiedzieć na jej żądania; po czwarte, że tylko on sam może wypracować jej odkupienie; po piąte i ostatnie, musi poczuć w sobie ufność, nadzieję w miłosiernego Ojca, który go wzmocni w jego wysiłkach i ześle mu światło, o które prosi, a wtedy zrozumie jeszcze to, co w dzieciństwie przemawiało do niego w strumieniu, górze i kwiecie – że Bóg jest Miłością».”

Nie sposób pojąć tak rozległego zagadnienia w jednym tylko przekazie, ale nie odkładając pióra, podam kilka wyjątków z komunikatu tego samego Ducha, również przekazanego przez pannę Edmonds, w odpowiedzi na moją prośbę o przedstawienie poglądów Ducha na religię.

Panna Edmonds, będąc w stanie transu, mówiła – o ile moja pamięć mnie nie zawodzi – mniej więcej tak:-

„Przede wszystkim, czym jest prawdziwa religia? Czy jest nią życie zgodne z zasadami, które są w nas wrodzone? Każde serce posiada zalążek dobroci, a każda dusza odczuwa w pewnym momencie życia śmiertelnego pragnienie, by zaspokajać dobre uczucia. We wszystkich warstwach społeczeństwa, w rozmaitych okolicznościach, serce woła o sprawiedliwość i chciałoby postępować zgodnie ze swoją Boską istotą. Religia nie polega na wykonywaniu form, które podobają się zewnętrznym zmysłom, lecz na życiu będącym odpowiedzią na wezwanie Boskiego Ducha w nas. Zmysły są częścią zewnętrznego człowieka. Często się do nich odwołuje i przez zmysły religia może dotrzeć do serca. Formy zewnętrzne są dla niektórych konieczne, by ich obudzić i przyciągnąć, ale skutek nie tkwi w formach. Skutek oddziaływania na zmysły jest wewnętrzny; rezultat musi pochodzić z serca.

W minionych wiekach, kiedy człowiek był bardziej materialny niż duchowy, religia była przedstawiana mu w surowszej postaci. Nie mógł on pojąć łagodności prawdy. W Biblii znajdziesz wiele ustępów, które przedstawiają Istotę Najwyższą jako surowego, zazdrosnego, gniewnego Boga, a czytając dalej, zobaczysz, że starożytni nie potrafili pojąć łagodniejszej Istoty jako obdarzonej mocą. W obecnej epoce dosłowne podążanie za naukami Starego Testamentu jest niedorzecznością. Dobrze jest czerpać z nich nauki moralne i stosować je tam, gdzie można.

Kiedy czytasz Nowy Testament, dostrzegasz, że Chrystus nauczał prawa Miłości, i był surowy jedynie wtedy, gdy mówił prawdę grzesznikom; lecz zawsze kierowała Nim miłość i przez całe swoje życie nie odstąpił od niej. Jego naśladowcy, natchnieni tym samym przymiotem, starali się nauczać w tym samym duchu, lecz dawny zaczyn w nich trwał, a ich wcześniejsze wychowanie i dawna formacja nie zostały jeszcze opanowane, i nieraz znajdziesz u nich słowa, które nigdy nie wyszły z ust ich Boskiego Mistrza. Gorliwi i pełni zapału, byli często ciężko doświadczani przez niewiarę i samolubstwo ludzi, którym służyli, i trudno było im zachować religię w jej czystej postaci nawet we własnych sercach i pośród swoich wyznawców; a gdy rok następował po roku, pojawiali się nowi nauczyciele, a prawo Miłości stawało się coraz mniej czynne, namiętności ludzi były silne, i gdy chrześcijaństwo było nauczane, surowość dawnych praw i zło tkwiące w człowieku niemal zdławiły religię; a teraz, gdy panowanie prawa Miłości stało się niemal baśnią, aniołowie znów pochylili się ku ziemi i tchnęli na nią na nowo… Człowiek w obecnym czasie rozwinął się już ponad te dogmatyczne nauki, a cała ziemia znajduje się w stanie postępu.”

Taki jest niedoskonały zapis jej wypowiedzi, sporządzony na podstawie szybkich notatek.

Co się tyczy osobowego diabła, wszystkie Duchy, od których otrzymywałem przekazy (a są one liczne), zaprzeczają istnieniu takiej istoty. Grzech i zło, które tak bardzo panują na świecie i których autor „Powers of the Air” nie potrafi wyjaśnić inaczej, przypisywane są korzystaniu przez człowieka z wolnej woli, dzięki której osiąga on również najwyższe cnoty. Uczono mnie, że każde zwierzę reprezentowane jest w człowieku wraz ze swymi szczególnymi cechami; i wszystkie one mają spotkać się z Duchem, który sam w sobie jest podobny Bogu. Mimo to postęp człowieka zależy od właściwego używania tych cech, które w ten sposób nadają indywidualność Boskiemu Duchowi w nas. „Nie możesz” – mówił jeden z otrzymanych przeze mnie przekazów – „mieć barwy bez przyczyny; i nie możesz znaleźć wyrazu charakteru bez pomocy głębokiego basu natury zwierzęcej, świętej samej w sobie, lecz uczynionej nieświętą przez nadużycie.”

Każdy członek ludzkiego ciała, każda władza duszy, a nawet każda namiętność ludzkiego serca, uznawane są za dobre, tak jak ogień i woda są dobre i pożyteczne, kiedy pozostają pod mądrą kontrolą, lecz stają się niebezpieczne i niszczące, gdy pozwoli się im wymknąć spod panowania.

Jeśli zaś chodzi o pojęcia zbawienia i potępienia, powiedziano mi, że nie zna się innego zbawienia niż wybawienie od nadużywania tych dobrych władz ciała i duszy, które dał nam Wszechmogący, i nie zna się innego potępienia niż to, które sami sobie zadajemy, tu lub w przyszłości, trwając nadal w tych występnych czynach lub pragnieniach, które – dopóki trzymają nas w niewoli – czynią nas niewrażliwymi na przyciąganie Nieba.

Jak się twierdzi, nasze otoczenie, kiedy wkroczymy w nowe życie, będzie – jak w przypadkach skąpca i czystego młodego dziecka – dokładnie dostosowane do stanu naszych dusz w chwili odejścia stąd. Milioner, choćby jego dusza była mroczna i przyziemna, może w tym życiu posiadać pałacową rezydencję, której ściany zdobią dzieła sztuki najwyższego geniuszu, a których on sam, w swojej duszy, nie jest zdolny docenić; podczas gdy natchnieni artyści, którzy je stworzyli, mogą żyć w ubóstwie, w domu pozbawionym wszelkiej zewnętrznej ozdoby, choć w ich łonach nieustannie kiełkuje cały świat sztuki. Lecz „w mgnieniu oka” wszystko się zmienia; jeden znajduje się jako mieszkaniec ciemności, drudzy zaś w świecie jaśniejącym pięknem, ponieważ nasze mieszkania będą wypływem i odpowiednikiem naszego własnego wewnętrznego stanu – mniej lub bardziej ciemnego i ponurego albo wzniosłego i pięknego – zależnie od tego, czy jesteśmy nisko upadli i zdeprawowani, czy też czyści, wyniesieni i podobni Bogu w naszych uczuciach.

I. V. W.

źródło:

Part I:  THE “POWERS OF THE AIR.”; LIGHT – A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter,  August 6, 1881.

Part II: THE “POWERS OF THE AIR.”; LIGHT – A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter,  August 13, 1881.