J. W. Hurlbut, medium
Stanąłem na wyniosłości, z której rozciągał się widok na krainę Północy i Południa.
Kraina Północy była nierówna, poszarpana i jałowa. Całkowicie pozbawiona roślinności, sprawiała wrażenie pustkowia i spustoszenia.
W pewnej odległości od miejsca, w którym stałem, ujrzałem wielkie mnóstwo mieszkańców ziemi. Panował tam hałas i niezgoda. Co kilka chwil z tłumu wznosił się potężny okrzyk, jakby na cześć odniesionego zwycięstwa.
Zaciekawiła mnie przyczyna tych okrzyków. Obserwując ich uważnie przez pewien czas, odkryłem, że były one wywoływane przez przybywanie nowych osób do zgromadzenia.
Sposób, w jaki dołączały do tłumu, początkowo mnie zastanawiał. Po chwili jednak środek zgromadzenia rozstąpił się, aby zrobić miejsce jakiemuś znamienitemu przybyszowi. Wówczas dostrzegłem otwór w ziemi, przez który nieustannie wydostawały się na powierzchnię nowe istoty.
Każdy, kto przez niego przechodził, był natychmiast rozpoznawany przez kogoś obecnego, a zaraz potem rozlegał się gromki okrzyk powitania.
Przy pojawieniu się każdej wybitniejszej postaci okrzyki radości były szczególnie donośne i pełne entuzjazmu.
Zauważyłem również, że zgromadzeni byli ubrani w stroje ze wszystkich stron świata. Widziałem przedstawicieli najwyżej rozwiniętej cywilizacji, ale także barbarzyńców i nagich dzikich mieszkańców puszczy.
Wszystkimi zdawał się kierować duch Samolubstwa. Każdy troszczył się przede wszystkim o zachowanie skarbu, który przyniósł ze sobą.
Między nimi panowała wzajemna podejrzliwość i nieufność, a jednak wszyscy byli skłonni łączyć swoje siły jako lepsze zabezpieczenie przed grożącym nieszczęściem, którego nieustannie się obawiali.
Liczebność wydawała się ich jedyną ochroną.
Wszyscy byli mile widziani. Nie miało znaczenia, z jakiego narodu czy plemienia pochodzili — Egipcjanin, Żyd czy Hotentot, człowiek cywilizowany, barbarzyńca czy dzikus. Każdego witano jednakowym okrzykiem, gdy dołączał do tłumu.
Między mną a zgromadzeniem, niedaleko miejsca, w którym stałem, ujrzałem obręcz Koła o średnicy około dwudziestu stóp. Było ono otoczone jasnym płomieniem i obracało się z wielką szybkością w powietrzu wokół niewidzialnego środka.
Następnie zwróciłem uwagę ku południowej części tej równiny.
Jakże odmienny — o, jakże odmienny! — był to widok od tego, który oglądałem na Północy.
Tutaj panowały piękno i szczęście w całej swej czystości i miłości.
Scena była piękniejsza, niż można opisać słowami.
Jak daleko sięgał wzrok, rozciągała się kraina, której roślinność była doskonała zarówno pod względem piękna, jak i różnorodności.
Rosły tam kwiaty o najświetniejszych barwach i najrozmaitszych kształtach. Fontanny o niezwykłych formach wyrzucały w górę strumienie pachnącej wody, napełniającej powietrze wonią.
Po gałęziach przelatywały ptaki o wspaniałym upierzeniu, śpiewając radosne pieśni.
Aniołowie i duchy sprawiedliwych, odziani w światłość i promieniujący najczystszym pięknem, byli wszędzie obecni.
Wszystko było tam miłością, szczęściem i harmonią.
Samo życie ich szczęścia zdawało się przenikać atmosferę, którą oddychali. Radość jednego była radością wszystkich.
Po dłuższej obserwacji tego szczęśliwego zgromadzenia zobaczyłem jednego z jego członków przygotowującego się do podróży.
Otaczali go współtowarzysze duchowi. Każdy pragnął przemówić do niego i pozostawić mu znak swojej miłości, aby dodać otuchy temu, który wyruszał z misją.
Piękna istota została następnie odprowadzona przez zastępy anielskie do bramy otwierającej się ku Krainie Północy.
Tam wszyscy skłonili głowy w milczeniu i pozwolono jej odejść.
Widziałem, jak skierowała swój lot ku Północy i wkrótce znalazła się pośród pomieszanego tłumu, szepcząc do uszu tych, którzy znajdowali się najbliżej Południa.
Wkrótce jedna z tych osób opuściła zgromadzenie pod wpływem owego pięknego Ducha i skierowała się prosto ku Kołu, które strzegło jedynego przejścia z Krainy Północy do Krainy Południa.
Gdy znalazł się w odległości kilku jardów od Koła, zatrzymał się i skierował wzrok ku Siedzibom Błogosławionych. Zdawał się rozważać, czy powinien podjąć próbę przejścia przez Koło, czy też powrócić do swoich towarzyszy na Północy.
Potem zobaczyłem, że opuścił to przejście i zaczął badać okolicę, mając nadzieję znaleźć inną drogę prowadzącą na południe, aby uniknąć mocy Koła.
Gdy jednak przekonał się, że jedyna droga do szczęśliwej doliny prowadzi przez przejście strzeżone przez Koło, powrócił.
Zobaczyłem go znów przed Kołem, przygotowującego się do próby. Przyłożył prawe ramię do Koła, a gdy tylko się z nim zetknęło, każda cząstka okrycia została zdarta z ręki i rozrzucona jak pył na wietrze.
Człowiek przestraszył się, zebrał swój skarb i przez pewien czas zdawał się zastanawiać, gdzie powinien go ukryć.
Wreszcie dostrzegłem, że uczynił otwór w swoim ciele, blisko serca. W ten otwór wcisnął swój skarb i wygładził skórę, aby całkowicie go zabezpieczyć, tak aby mógł zabrać go ze sobą do Krainy Południa.
Po upewnieniu się, że jest bezpieczny, obejrzał zmieniony wygląd swojego ramienia i ponownie zbliżył się do Koła.
Zauważyłem, że tym razem podchodził z większą pewnością. Skutek był taki, że zanim zdołał sobie to uświadomić, całe jego ciało znalazło się całkowicie pod działaniem Koła.
W jednej chwili powietrze wypełniło się pyłem, tak że zniknął mi z oczu.
Gdy pył opadł, zobaczyłem człowieka wirującego szybko na nogach przed Kołem. Każda część jego ciała wystawiona była na oczyszczający wpływ jego mocy.
Ruch ten trwał, aż całe jego ciało pokryło się jasnymi płomieniami.
Nagle zatrzymał się, a z Koła wytrysnął strumień ognia prosto na tę część ciała, przy której ukryty był jego skarb.
Początkowo człowiek znalazł się w doskonałej agonii ze strachu przed utratą swego skarbu. Płomień przeniknął jednak jego bok, a skarb został rozproszony na wiatr.
Zdumiewające było patrzeć, jaki niezwykły skutek wywarło to na człowieka.
Gdy tylko skarb został mu wydarty, radość opanowała jego oblicze. To, co przywiązał do serca i cenił jako bezcenną własność, teraz uznał za bezwartościowe, a nawet zgubne.
Gdy wszystko zniknęło, świetlista istota zbliżyła się do niego. Wtedy zobaczyłem, że oczy człowieka zostały otwarte i że mógł ujrzeć tego mieszkańca nieba.
Anioł szepnął mu do ucha i, wskazując na Południe, zniknęli mi z oczu.
Skierowałem wzrok ku Północy. Wszystko było tam ciemne, ponure i groźne. Niezgodne wrzaski tłumu aż nazbyt prawdziwie świadczyły, że uznali odnowionego za dezertera ze swojej gromady — zwiedzionego i zwodzącego.
Znów jednak z Południa dobiegł melodyjny okrzyk. Anielski zastęp dostrzegł swego towarzysza powracającego z odkupionym, a gdy zbliżali się do bramy, całe Niebo rozbrzmiało wołaniem:
„W niebie jest radość z jednego grzesznika, który pokutuje”.
Dane w Troy, Nowy Jork.
źródło: The Mystic Wheel. A Vision; „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.