Zaczęło się zupełnie nagle: oto ujrzałam siebie idącą szeroką ulicą włoskiego miasta w towarzystwie kilkorga osób, o których wiedziałam, że są moimi najbliższymi przyjaciółmi, choć żadna z nich nie odpowiadała nikomu, kogo znałam w życiu na jawie. A jednak moje relacje z nimi wszystkimi były w moim umyśle określone z największą jasnością. Wiedziałam na przykład doskonale, że wszyscy mieli o mnie jedno wspólne zdanie, mianowicie: że jestem bardzo „rozmarzona”, a moja głowa jest nazbyt pełna tego, co nazywali „dziwnymi pomysłami i niesamowitymi wyobrażeniami”.
Wiedziałam jednak również, że wszyscy naprawdę mnie kochają, a ich żarty zawsze pełne były dobrodusznej pobłażliwości. Było też milcząco przyjęte, że gdy zdecyduję się poślubić mężczyznę, którego znałam jako „St. Johna”, wszyscy będą nie tylko zadowoleni, lecz wręcz odetchną z ulgą. Moje własne uczucie w tej sprawie było jednak takie, że choć żywiłam do niego bardzo szczere przywiązanie, nie mogłam – jakkolwiek pragnęłam sprawić im przyjemność i jakkolwiek niechętnie myślałam o zranieniu jego uczuć – wyobrazić sobie takiej przyszłości ze spokojem.
Przy tej szczególnej okazji zatrzymał się przed restauracją i powiedział:
– Zjedzmy tutaj, zamiast wracać do hotelu. Chiapatti przyrządza indyka we frykasach jak żaden inny śmiertelnik!
Pamiętałam, gdy wszyscy ze śmiechem skręcaliśmy ku drzwiom, że jego absurdalne upodobanie do indyka było wśród nas stałym przedmiotem żartów. Lecz właśnie w tej chwili mój wzrok nagle przyciągnął strzęp starego, murszejącego muru, widoczny gdzieś u końca ulicy. Nie potrafię wyjaśnić, jak ani dlaczego, lecz poczułam się przymuszona – jakby przez jakąś siłę zupełnie zewnętrzną wobec mnie – aby tam pójść.
– Wejdźcie – powiedziałam niedbale do pozostałych. – Ja tylko pójdę kawałek dalej, żeby coś zobaczyć. Zaraz wrócę.
– Jakiś murszejący kawałek ruin? – spytał złośliwie St. John. – Dobrze, tylko nie bądź długo, Elinor. Frykasy Chiapattiego są zbyt dobre, by jeść je letnie.
Nie czekałam jednak, by wysłuchać dalszej filozofii St. Johna.
Droga ku ruinom
Dziwne było to, że chociaż nigdy wcześniej nie byłam w tym mieście, to jednak dotarłszy do fragmentu ruin, skręciłam bez żadnego świadomego wahania w jedną wąską ścieżkę, potem w drugą, jak gdyby te pozbawione słońca przejścia między murami z wilgotnego trawertynu od dawna były mi znaną drogą, prowadzącą w jakiś sposób do miejsca, którego pragnęło moje serce. Przynajmniej miałam niejasne przeczucie celu, choć celu tego nie umiałam w żaden sposób określić.
Przeszedłszy w końcu przez niskie, sklepione przejście, wyszłam na cichy i opuszczony dziedziniec. Jego wysokie mury porastał mech i rozsypywały się w ruinę, a płyty posadzki były na wpół uniesione przez potężne, dzikie chwasty, jakby stuletniego wzrostu. Po przeciwnej stronie połamane marmurowe schody prowadziły ku ciężkim drzwiom, pokrytym misterną kratownicą osobliwie kutego żelaza, lecz bez widocznego sposobu wejścia.
Przyłożyłam dłoń do czoła.
– Kiedyś było tu przejście – wymamrotałam z zakłopotaniem – ale zapomniałam. A przecież tak często, w dawnych dniach…
Wtedy nagle, bez żadnego świadomego aktu woli z mojej strony, moja ręka jakby sama odnalazła i nacisnęła pewne miejsce, a wielkie drzwi powoli odchyliły się na zawiasach.
Z westchnieniem zadowolenia weszłam do wilgotnego, stęchłego korytarza, a potem przez mroczny, odbijający echo półmrok dawno opuszczonych komnat szłam dalej, aż wreszcie – w wirze najostrzejszych uczuć, jakich kiedykolwiek doznałam – stanęłam na progu celu, którego niemal nieświadomie szukałam.
Tak, to było to: ta wyblakła, wspaniała sala, z cudownymi weneckimi lustrami, których osobliwe rokokowe ramy były na pół ukryte pod pajęczynami; z portretami pędzla Tintoretta; z bezcennymi bibelotami; z hiszpańskimi gobelinami, w których dawna radosna barwność wydawała się teraz jedynie wyczerpanym i zmarniałym widmem tego, czym była niegdyś.
Wszystko było tak stare, tak przeminione, a zarazem tak magicznie znajome. I właśnie w tej znajomości było coś, co przyprawiało mnie o drżenie.
Pokój wspomnień
Wiemy, jak czasem miejsce podobne temu potrafi poruszyć wyobraźnię, aż mężczyźni i kobiety minionych stuleci, którzy tam żyli, zdają się – jak to mówimy – ożywać na nowo. Lecz w moim przypadku dziwne było to, że wiedziałam – wiedziałam z pewnością, z jaką wie się o własnym istnieniu – że gdybym tylko mogła uchwycić te mgliste, natrętne wspomnienia, które żyły dla mnie w każdej fałdzie gobelinu, w migotaniu światła na tych wspaniałościach minionej sztuki wiszących na ścianach, byłyby one prawdziwe. Byłyby prawdą, która w jakiś sposób trwała dalej w niejasnej nieśmiertelności, w najgłębszej komnacie mojej duszy.
Nagle mój wzrok padł na wielką, ciemną plamę na podłodze, w miejscu, gdzie jeden z ciężkich dywanów, rozpadających się już w proch, został odsunięty.
– Powinno być tu także odsunięte krzesło – pomyślałam niejasno – to z rzeźbieniem Baccia d’Agnella.
A kiedy spojrzałam i zobaczyłam, że rzeczywiście tak jest, owe prześladujące mnie wspomnienia zaczęły powoli się rozjaśniać, przybierać wyraźny kształt – i wiedziałam.
Bo w jakiś sposób, który nadal wydaje mi się cudowny i który jest dla mnie naprawdę niewytłumaczalny, przestałam być sobą, a stałam się kobietą, której życiowa tragedia rozegrała się tutaj, dokładnie w tym miejscu, przed wiekami.
Pojedynek
Wtedy zobaczyłam wszystko. Zobaczyłam, jak rozgrywa się raz jeszcze.
Walczyli ze sobą: Andrea da Feltro i Agnolo Padovanni, dwaj najzręczniejsi szermierze Europy. Mężczyźni, których sztuka władania szpadą była dodatkową więzią obok więzów pokrewieństwa; którzy byli sobie jak bracia, aż do chwili…
Tak! Tak! Przypomniałam sobie teraz!
To Andrea przyprowadził mnie tutaj, abym patrzyła, jak umiera mój ukochany – ukochany, który okazał się niewierny jego siostrze, Contessie.
– To dług honoru – powiedział – i słuszne jest, abyś widziała, jak zostaje spłacony.
Skuliłam się więc pod ścianą – tam, gdzie ja, a raczej kobieta z owej minionej tragedii, odsunęła krzesło – i patrzyłam. Patrzyłam na błysk i połysk tych błyskawicznych rapierów. Patrzyłam z przyprawiającym o mdłości przekonaniem, jaki musi być koniec, a jednak z dziką, nikłą nadzieją, której nie sposób było stłumić.
Bo w dawnych dniach, dniach, które skończyły się zaledwie jedną krótką godzinę wcześniej, trudno byłoby postawić na któregokolwiek z nich. Teraz jednak ich oczy zapowiadały wynik: oczy Andrei – z chłodną, rozmyślną nienawiścią; oczy Agnola – z płomienną namiętnością. Żadna ręka nie mogła być pewna, gdy…
O Boże! Agnolo? Nie! Nie!
A jednak ocaliła go tylko grubość włosa. Gdybym tylko mniej wiedziała, gdybym mniej rozumiała ze śmiertelnej zręczności, z jaką toczyli ten pojedynek à la mort! Ukryłam twarz w dłoniach, nie śmiejąc patrzeć, aż szczęk stali o stal stał się szybszy, gwałtowniejszy, bardziej nieodparty.
Droga Matko Boża! Czy nie było żadnej pomocy? A koniec był tak bliski – tak straszliwie bliski! A jednak minuty wlokły się z okropną powolnością, mój umysł chwiał się pod torturą tej agonii, a wciąż rozlegało się to nieustanne: szczęk, szczęk.
A jednak…
Ach, Boże! Jak miałabym znieść grozę ciszy, która wkrótce musiała nadejść? Ciszy, która już nigdy nie zostanie przerwana? Nie śmiałam krzyknąć, nie śmiałam pozwolić, by z moich zaciśniętych warg wymknął się choćby szept, aby jakiś dźwięk – nawet najcichszy – nie przyspieszył końca. Końca, który miał pozostawić mojego ukochanego martwego u mych stóp.
Boże! Boże!
Zacisnęłam dłonie tak mocno, że krew popłynęła z moich wnętrz. Nareszcie! Nareszcie! Z krzykiem, wyrwanym przez stłumioną agonię tego, co zdawało się całym życiem, rzuciłam się naprzód, gdy upadł, i uniosłam jego głowę na swoje kolano.
– Agnolo! – wyszeptałam.
A on uśmiechnął się do mnie poprzez śmiertelną mękę. U jego stóp stał Andrea, pochylony naprzód, trzymając w ręku rapier, z którego ostrza kapała krew.
Ciemność i Contessa
Potem wielka ciemność – ciemność ciała i duszy – ciemność wypełniona kap, kap, kapaniem krwi, a po pewnym czasie także dźwiękiem odległej muzyki, opadła wokół mnie.
Jak długo trwała ta groza, nie potrafię powiedzieć. Lecz gdy wreszcie zdawało mi się, że się budzę, i podniosłam wzrok, w drzwiach stała kobieta: smukła postać w szarej szacie, odchylająca jedną dłonią, ozdobioną klejnotami, ciężką zasłonę z gobelinu.
To była Contessa. Wydawało się tak naturalne, że to wiem. Lecz kiedy patrzyłam na nią ponad otchłanią śmierci z dziwnym, odgadującym współczuciem, zrozumiałam nagle, że ona wciąż żyje w owej tragicznej przeszłości i że to jest jej potępienie.
A najdziwniejsze ze wszystkiego było to, że gdy między naszymi spojrzeniami przepłynęło wzajemne zrozumienie, wiedziałam, iż rozpoznaje we mnie nie kobietę dzisiejszą, której osobowość nagle powróciła do mnie samej, lecz tamtą kobietę z mglistego, minionego stulecia, kiedy Agnolo Padovanni wciąż oglądał słońce.
Przez chwilę – może minutę – stałyśmy naprzeciw siebie w milczeniu. Potem ona powoli ruszyła naprzód.
– Przyszłaś… nareszcie – powiedziała niskim, zmęczonym głosem. – Ach, tak długo czekałam!
– Pamiętasz…? – zaczęłam niepewnie.
– Nigdy nie zapomniałam. Ale ty… Patrzyłam, jak wspomnienie wraca do twoich oczu. Zawsze wiedziałam – mówiła dalej po chwili z osobliwą, senną obojętnością – zawsze wiedziałam, że pewnego dnia wrócisz. Nie mogłaś trzymać się z dala od niego na zawsze.
– Ach, nie! – zawołałam, ogarnięta nagłym, namiętnym wspomnieniem tamtego minionego życia, w którym ja, Elinor D’Eyncourt, spędziłam jeden wspaniały rok w tym starym włoskim pałacu – starym już nawet wtedy – z hrabią Agnolem, jego żoną i Andreą, jej bratem.
Świat zdawał się zawierać tylko nas czworo, a ból i namiętność, radość i szczęście tamtego roku znów stały się moje.
– Agnolo, Agnolo – zaszlochałam, wyciągając ramiona z niewysłowioną tęsknotą, jakbym chciała sięgnąć poprzez stulecia ku owemu utraconemu szczęściu.
– Tak, Agnolo – powtórzyła zjawa, przeciągając imię w głosie. – Zawsze i tylko Agnolo. Czego więcej mogłyśmy chcieć od życia?
– Ach – zawołałam – jak my żyliśmy! Słońce i radość życia! Dni, które przemarzaliśmy w ogrodach tam w dole; łagodne letnie noce pełne zapachu azalii i oleandrów! I jego muzyka – muzyka Agnola – rzecz tak boska! To tutaj siadywałyśmy i słuchałyśmy, gdy wydobywał z nas same dusze: łzy i śmiech, smutek większy niż ludzki, radość niemal bolesną, melodie, które zdawały się spływać z nieba. Ach, co świat utracił!
– Ale co my zyskałyśmy! – powiedziała cicho Contessa. – Bo nigdy nie mógłby dać światu tego, co dał nam. My byłyśmy jego światem: ty, jego „mały angielski kwiecie”; Andrea, jego przyjaciel; i ja, jego…
Nie wypowiedziała imienia, które niegdyś do niej należało. Wiedziałam, że dlatego, iż w owych ostatnich dniach było ono już tylko imieniem.
Rozmowa dusz
– Powiedz mi! – wybuchnęła nagle, a w jej cienkim, zmęczonym głosie zabrzmiała nuta niemal zazdrości. – Powiedz mi, czy tam, w świecie, gdy nas opuściłaś, znalazłaś kiedykolwiek cokolwiek – cokolwiek?
– Cokolwiek podobnego do tego? – przerwałam dławiąc się. – Nie. Nigdy! Nigdy! Nigdy! Był tylko jeden Agnolo, a on…
– Czy on kiedykolwiek powraca? Czy jego muzyka kiedykolwiek szepcze do ciebie?
– Nigdy. Była tylko cisza. Sama cisza i czekanie – na ciebie.
Przysunęła się bliżej. W swojej miękkiej, niematerialnej szarości wydawała się tak opuszczoną i tragiczną postacią, że moje serce wyszło ku niej falą współczucia, która – jak się zdawało – musiała przerzucić most nawet nad przepaścią śmierci, ziejącą między nami.
– Słuchaj – powiedziała z tą osobliwą obojętnością, którą zauważyłam u niej od początku. – Jestem zmęczona, zmęczona czekaniem, długą, długą ciszą i samotnością. Gdy oboje odeszliście – on ku swemu spoczynkowi, a ty, Bóg jeden wie dokąd…
– To była długa, długa droga – wyszeptałam z rozpaczą – lecz muzyka Agnola zawsze tam była, z wyjątkiem… z wyjątkiem chwil, gdy rapier ociekał krwią. Słyszałam, jak spadają krople. Zdaje się, że nie pamiętam nic więcej. Myślę, że potem nie było już nic więcej w moim życiu.
Powolna groza wpełzła na twarz Contessy.
– Ach, Boże! – wyszeptała, a potem z nagłym zrozumieniem dodała: – Obłąkana! Więc dlatego spadła na nas podwójna klątwa. Bo ty zgrzeszyłaś nieświadomie – ty, dziecko, „mały angielski kwiecie”, który tak kochałyśmy – a my ukarałyśmy cię ponad to, co mogłaś znieść. Jakże mogłabyś go nie pokochać? Jak jakakolwiek kobieta mogłaby nie pokochać Agnola Padovanniego? A ja… ja powinnam była zrozumieć i wybaczyć. Zamiast tego znienawidziłam cię, pamiętając tylko, że przez ciebie jego miłość mnie opuściła – miłość, dla której żyłam. Ach, ale później…
Wyciągnęła dłonie w skruszonym, bolesnym błaganiu.
– Później oddałabym wszystko, aby mieć cię znowu przy sobie. Byłybyśmy zawsze razem, ty i ja, które tak go kochałyśmy.
Moje oczy półmimowolnie powędrowały ku wielkiej, ciemnej plamie na podłodze.
– Jak mogłaś?
Spojrzała na mnie przez chwilę jakby w zakłopotaniu, a jednak za każdym wyrazem, który przesuwał się przez jej cudowne oczy, leżała bolesna tragedia, której cierpienie nigdy nie cichło.
– Czy nie możesz zrozumieć – powiedziała powoli – że skoro kochał ciebie, ja musiałam pokochać także ciebie? Ale na to jest już za późno. Dziś pragnę tylko twojego przebaczenia.
– Jeśli było cokolwiek do przebaczenia – zaszlochałam – wszystko zostało przebaczone dawno temu. To raczej ja powinnam prosić o nie.
– Cicho – tchnęła. – Ty nigdy nie nienawidziłaś. A nienawiść jest grzechem niewybaczalnym, nie do odkupienia inaczej niż przez miłość. Teraz, skoro ja pokochałam, a ty przebaczyłaś, klątwa minęła i wreszcie mogę odpocząć. Żegnaj, mały angielski kwiecie.
Prawda i muzyka
Wtedy, jak w oślepiającym błysku, ujrzałam prawdę.
– Zaczekaj! – zawołałam rozkazująco. – Są rzeczy, które muszę ci powiedzieć, prawdy, których nauczyłam się tam, w wielkim świecie…
Contessa zatrzymała się na chwilę, spoglądając wstecz.
– Dla mnie – powiedziała z cichym wyrzeczeniem, którego beznadziejność zdawała się przeszywać moją duszę – dla mnie istnieje tylko jedna prawda, a on jest twój.
– Kochałam go. Tak, Bóg wie, że go kochałam – zawołałam namiętnie – ale są rzeczy, które znaczą więcej niż miłość. Contesso…
Wyciągnęłam ku niej ramiona, usiłując znaleźć słowa, by wyrazić tę wielką, nową prawdę, której się nauczyłam.
– Istnieje siła. Siła, która każe cierpieć, która każe wyrzec się wszystkiego, która nie prosi o nic w zamian. Może to tylko inny rodzaj miłości. Nie wiem. Wiem tylko…
Ach, czy nie możesz zrozumieć, co chcę powiedzieć? Na czas, tylko na krótki czas, on był mój. Lecz na całą wieczność jest twój, twój, twój!
Odwróciła się. Jej twarz powoli rozjaśniała się blaskiem, który nie był z tej ziemi – blaskiem, który sprawił, że zapomniałam o krzyku własnego serca. I wtedy, cicho, z początku niemal nieuchwytnie, zaczęła się muzyka. Muzyka mistrza z owych drogich, martwych dni, aż wreszcie cały pokój został nią wypełniony: jej nieskończonym bólem, nieugaszoną tęsknotą, namiętnością i skruchą, gasnącymi kadencjami smutku, a potem ostatecznym wybuchem wspaniałej, triumfalnej melodii.
– Wybaczone! Wybaczone! Agnolo! Idę! Idę!
Było to jak krzyk cierpiącej duszy, która nagle stała się wolna, pełna stłumionej, głęboko zakorzenionej ekstazy.
Z wyciągniętymi ramionami popłynęła szybko ku zasłoniętym drzwiom – tym naprzeciwko wejścia, którym ja weszłam. A ja, półnieświadomie, z chaosem uczuć w sercu i dźwiękami tej wykwintnej, niebiańsko zrodzonej melodii w uszach, potknęłam się ślepo za nią, aż mroczny półmrok ustąpił miejsca potokowi słońca.
A potem…
Portret
Byłam w wielkiej sali bankietowej o marmurowej posadzce. W jednej z głębokich wnęk okiennych stał mężczyzna, pogrążony w myślach. Na mój widok gwałtownie drgnął, a potem szybko ruszył ku mnie.
– Elinor – wyszeptał z półlękiem.
Następnie ujął mnie za rękę i poprowadził ku odległemu obrazowi.
– Spójrz! – powiedział.
A moja własna twarz patrzyła na mnie z wyblakłego płótna, pod którym widniał napis w dawnym włoskim języku:
„Elinor: mały angielski kwiat.
A. P. 16-.”
źródło: Another Dream Problem; THE OCCULT REVIEW, VOL. III JANUARY – JUNE 1906.