Rozdzielenie ludzkiego ciała na część fizyczną i część fluidyczną lub astralną jest jedną z kwestii, które dziś najbardziej zajmują entuzjastów badań psychicznych – i to nie bez powodu. Gdyby bowiem udało się udowodnić istnienie „sobowtóra” u osoby żywej, łatwiej byłoby również potwierdzić jego obecność u zmarłych, wobec których jak dotąd nie posiadamy żadnych środków weryfikacji.
Eksperymenty związane z tym zagadnieniem, przeprowadzone przez pana Durville’a, sekretarza Francuskiego Towarzystwa Magnetycznego, są tak interesujące, że zasługują, by poświęcić im miejsce na naszych łamach. Powstrzymujemy się jednak, rzecz jasna, od opowiedzenia się po którejkolwiek stronie – za czy przeciw – jego wnioskom, dopóki inni badacze nie potwierdzą ich lub nie obalą w sposób niebudzący wątpliwości.
Według pana Durville’a, gdy podda się osobę wyjątkowo wrażliwą intensywnemu i długotrwałemu oddziaływaniu magnetycznemu, można zaobserwować, że w momencie osiągnięcia odpowiednio głębokiego snu, następuje zjawisko zewnętrznego rozszczepienia. Osoba ta, mówiąc obrazowo, wydobywa się z siebie w formie czułych warstw, które zagęszczają się po prawej i lewej stronie, tworząc widmo – sobowtóra. Gdy już ten „fantom” uformuje się poza ciałem, pozostaje tam przez jakiś czas, zwykle przyjmując pozycję osoby, z której się wyłonił, i oddalony od niej o 50–60 centymetrów; jednak może także zmieniać swoje położenie, a nawet oddalić się.
Elementy, z których składa się ten sobowtór, wydobywają się z całego ciała osoby w formie wyziewów – głównie z czoła, ciemienia, gardła, okolicy nadbrzusza i śledziony. W początkowych próbach wywoływania tego zjawiska towarzyszy temu nieprzyjemne uczucie: oszołomienie, ból głowy i swędzenie gardła.
Gdy sobowtór zostanie odpowiednio skondensowany, przybiera dokładnie formę osoby i staje się dla niej świetlisty. Najbardziej wrażliwi twierdzą, że widzą go jako niebieski po prawej stronie, a żółty, pomarańczowy lub czerwony po lewej; inni dostrzegają jedynie białe światło, o różnym natężeniu. Niektórzy potrafią widzieć swojego sobowtóra nawet w całkowitej ciemności, bez hipnozy – albo w tych kolorach, albo jako białawą poświatę. Zwykle osoby o przeciętnej wrażliwości postrzegają coś na kształt szarej mgły o nieokreślonych kształtach – czasem przypomina to popiersie, czasem prymitywnego manekina.
To ciało fluidyczne jest połączone z ciałem fizycznym za pomocą swego rodzaju przewodu zrobionego z tego samego fluidu, grubości małego palca, który wychodzi z pępka osoby i łączy się z odpowiednim punktem jej sobowtóra. W niektórych przypadkach miejsce wyjścia tego przewodu znajduje się na czubku głowy lub w nadbrzuszu. Zazwyczaj przewód ten ma miejscowe zgrubienia – przypominające węzły chłonne – które wydają się wspomagać jego wydłużenie i „odżywianie”, gdy sobowtór oddala się. Wewnątrz tego przewodu, jak się zdaje, zachodzi intensywna świetlna cyrkulacja. Niektórzy twierdzą, że widzą dwa takie strumienie: świetlisty fluid płynie z ciała fizycznego do sobowtóra jedną stroną, a wraca drugą.
Gdy sobowtór zostanie uformowany, fizyczne zmysły osoby zostają całkowicie wyłączone. Osoba zahipnotyzowana nie widzi oczami ani nie słyszy uszami – wszelkie wrażenia wydają się być odbierane wyłącznie przez sobowtóra. Panna Edmée, jedna z osób, które pan Durville wykorzystuje w swoich eksperymentach, tak opisała to zjawisko podczas hipnotycznego snu:
„Ciało, którego pan dotyka, to już tylko powłoka tamtego drugiego. Cała moja istota znajduje się w tej świetlistej osobie. To ona myśli, wie i działa; to ona przekazuje mojej fizycznej części odpowiedzi na pana pytania.”
– Jak moglibyśmy nazwać tę świetlistą osobę? – zapytał kiedyś eksperymentator.
– Nie trzeba jej nazywać – odpowiedziała – bo to Edmée, to ja sama. Jeśli już musi pan ją jakoś nazwać, niech to będzie panna Edmée.
– Dobrze, ale trzeba jakoś odróżnić je od siebie. Czy zgodzi się pani, byśmy nazwali ją pani „ciałem astralnym” lub „sobowtórem”?
– Nie, nie! Nie ciałem astralnym. Jeśli już musi pan, proszę mówić „sobowtór”, choć w rzeczywistości to nie jest sobowtór – to ja sama.
Wynika z tego, że sama osoba poddana eksperymentowi uznaje istnienie rozdwojenia i jest tego świadoma. Jeśli zaś chodzi o obserwatorów, pan Durville przyznaje, że nic nie widzą – dla ich oczu widmo nie istnieje. Istnieją jednak sposoby potwierdzenia jego obecności, dostępne dla każdego. Spośród tych metod najważniejsze są dwie: zespół doznań, których doświadcza świadek przy kontakcie z sobowtórem osoby oraz wpływ tego sobowtóra na fosforyzujące kartoniki.
Gdy duch (sobowtór) zbliża się do świadków, ci – o ile nie są „odporni jak czołg” z powodu zupełnej niewrażliwości – odczuwają jego obecność jako specyficzne uczucie chłodu. Zdarza się, że niektóre osoby czują nawet delikatny powiew, przypominający ten, który można zaobserwować w pobliżu pracującej maszyny elektrostatycznej. Jeśli sobowtór zatrzyma się w jednym miejscu, osoby znajdujące się w jego pobliżu odnoszą wrażenie, jakby temperatura wyraźnie spadła. Niekiedy pojawia się także odczucie wilgoci, które zaczyna się od palców rąk, a następnie przesuwa się w górę, aż do górnej części ciała.
Jeśli chodzi o weryfikację obecności sobowtóra za pomocą fosforyzujących kartoników, warto zauważyć, że „sobowtór” emituje dużą ilość tzw. promieni N, które mają zdolność wyraźnego rozświetlania takich powierzchni. Przypomnijmy przy okazji, że promienie N zostały odkryte sześć lat temu przez profesora Blondota z Uniwersytetu w Nancy. Podczas badań nad promieniami X – które, jak wiadomo, nie ulegają załamaniu – odkrył on inny rodzaj promieni, które się załamują. Występują one obficie w świetle słonecznym, w świetle palnika gazowego z nową siateczką Auer’a oraz w ciele ludzkim. Te właśnie promienie nazwano literą N – od Nancy.
W późniejszych badaniach zauważono, że promienie te potrafią wzmacniać blask słabej płomieni, a praktyka wykazała, że płomień można z powodzeniem zastąpić czarną kartonową planszą, na której wcześniej naniesiono drobne plamki siarczku wapnia. Plansza taka musi być jednak wcześniej przez krótki czas wystawiona na działanie promieni N – najlepiej światła słonecznego.
Tak przygotowany karton przechowuje się w suchym i ciemnym miejscu. Przed użyciem umieszcza się go w względnej ciemności. Gdy zbliży się do niego nowe źródło promieni N, karton zaczyna świecić. Takim źródłem może być po prostu człowiek – wystarczy przybliżyć dłoń do kartonu i wykonać energiczny ruch, np. zaciśnięcie pięści, aby spowodować jego rozświetlenie.
Otóż, gdy dochodzi do rozdwojenia osoby zahipnotyzowanej, położenie kartonika fosforyzującego na jej ciele nie powoduje żadnego świecenia. Natomiast gdy kartonik zbliży się do miejsca zajmowanego przez „ducha” (sobowtóra), zapala się on natychmiast i bardzo wyraźnie. Pan Durville powtarzał ten eksperyment wielokrotnie, przy licznych świadkach – i rezultaty były zawsze te same:
-
Zbliżenie osoby przytomnej – umiarkowane świecenie.
-
Zbliżenie ciała osoby zahipnotyzowanej – całkowita ciemność.
-
Zbliżenie jej sobowtóra – intensywne świecenie.
To wydaje się wystarczającym dowodem na to, że ludzkie źródło promieni N, czyli to, co je emituje, może opuścić ciało fizyczne i działać niezależnie.
Poza tym, świadkowie takich eksperymentów mogą się bez trudu przekonać, że osoba zahipnotyzowana przestaje odczuwać wszelkie bodźce zewnętrzne za pośrednictwem swoich zmysłów. Jej sobowtór natomiast może je odbierać i przekazywać do mózgu fizycznego ciała. Mówiąc inaczej: człowiek przestaje widzieć, słyszeć i wąchać oczami, uszami czy nosem, a zaczyna to robić oczami, uszami i nosem swojego sobowtóra.
Większość osób poddanych magnetycznemu snu staje się całkowicie niewrażliwa, ale jakby ich wrażliwość unosiła się wokół nich. Gdy ukłuje się, uszczypnie lub przypali miejsce, gdzie unosi się „czucie”, osoba odczuwa ból – ale jeśli te same czynności wykonane zostaną na fizycznym ciele, nie czuje absolutnie nic. To samo ma miejsce podczas rozdwojenia: ciało nie reaguje na bodźce, ale ból pojawia się natychmiast, jeśli dotkniemy sobowtóra lub łączącego ich przewodu.
Jeszcze bardziej niezwykłe są eksperymenty związane z zmysłem wzroku. Gdy pokazuje się osobie zahipnotyzowanej jakiś druk (np. tekst) przed oczami, przy czubku głowy, karku lub nadbrzuszu – czyli w miejscach, przez które zazwyczaj „widzi się” w stanie somnambulicznym – twierdzi ona, że nic nie widzi. Lecz gdy pan Durville umieszcza kartkę przy odpowiadającej karkowi części sobowtóra, osoba natychmiast i bez wahania odczytuje jej treść.
Choć nie tak wyraźnie, osoba może również za pomocą sobowtóra widzieć to, co dzieje się w innym pomieszczeniu. W jednym z eksperymentów pan Durville poprosił trzech świadków (dwie panie i jednego pana), by przeszli do sąsiedniego pokoju. Jedna z kobiet usiadła na stole, a osoba zahipnotyzowana powiedziała natychmiast:
– Właśnie zobaczyłam, jak pani Fournier siada na stole.
Druga kobieta wzięła książkę, otworzyła ją i podeszła do pani Fournier.
– Teraz – powiedziała osoba – obie zaczynają czytać.
Na końcu cała trójka wzięła się za ręce i zaczęła krążyć wokół stołu jakby bawiąc się w kółko. Wtedy zahipnotyzowany z uśmiechem zawołał:
– Ale zabawne! Tańczą wokół stołu jak trzy głuptasy.
Aby przetestować zmysł słuchu, pan Durville przyłożył zegarek do różnych części sobowtóra: ucha, karku, nadbrzusza i stóp. W każdym przypadku osoba twierdziła, że wyraźnie słyszy tykanie zegarka. Gdy jednak powtórzono doświadczenie, przykładając zegarek do fizycznego ciała – nie było żadnej reakcji. Co więcej – pewna dama podeszła do sobowtóra i bardzo cicho powiedziała kilka słów. Po krótkim namyśle osoba zahipnotyzowana odparła:
– Daje mi rady; prosi, żebym była spokojna i się nie denerwowała.
Pani ta potwierdziła, że rzeczywiście powiedziała:
– Tu jestem. Czy mnie pani słyszy? Proszę się nie denerwować, zachować spokój.
Inne eksperymenty, dotyczące węchu i smaku, przyniosły podobne rezultaty. Po tym jak podano osobie zahipnotyzowanej do nosa najsilniejsze zapachy, nie wykazała ona żadnej reakcji – jakby ich w ogóle nie wyczuwała. Jednak za pośrednictwem swojego sobowtóra szybko rozróżniła zapach amoniaku i esencji bergamotki. Gdy następnie podano jej do spróbowania kasję (cynamonowiec), siarczan chininy oraz cząstkę pomarańczy, nie odczuła żadnego smaku w ustach, lecz natychmiast rozpoznała gorzkość pierwszych substancji i przyjemny smak owocu, kiedy tylko zostały zbliżone do ust jej sobowtóra.
Sobowtór nie tylko odbiera wrażenia, których fizyczne ciało – po dokonaniu rozdzielenia – już nie odczuwa, ale może także oddziaływać na materię: poruszać przedmioty, uderzać w nie itd. Spośród wielu eksperymentów wykonanych w tym zakresie przez pana Durville’a, przytoczymy dwa najbardziej godne uwagi.
W pierwszym z nich eksperymentator ustawił po lewej stronie osoby zahipnotyzowanej fotel, który miał „przyjąć” sobowtóra, a przed nim – lakierowany na czarno stolik gabinetowy. Następnie poprosił osobę o danie dowodu obecności sobowtóra, na przykład w postaci dwóch uderzeń w blat stołu. I rzeczywiście, po około trzydziestu lub czterdziestu sekundach usłyszano dwa suche uderzenia, podobne do dźwięku, jaki powstaje przy energicznym stuknięciu zgiętym środkowym palcem w stół.
Pan Durville ponownie poprosił, by sobowtór wykonał kilka uderzeń – i zanim zdążył dokończyć zdania, zjawisko powtórzyło się w ten sam sposób. Gdy doświadczenie zostało powtórzone podczas innej sesji i właśnie formułowano prośbę o kolejne uderzenia sobowtóra w stół, ktoś zapukał do drzwi. Osoba zahipnotyzowana wydawała się zaniepokojona, a pan Durville zauważył, że sobowtór nie znajdował się już przy stole.
– „Gdzie on jest?” – zapytał.
– „Poszedł zobaczyć, kto puka” – odpowiedziała osoba. – „To mężczyzna, który przyszedł pana odwiedzić.”
Drzwi otwarto i rzeczywiście – był to znajomy pana Durville’a, który przyszedł przynieść mu rękopis.
Drugi eksperyment miał na celu sprawdzenie zdolności do poruszania przedmiotów. Na stole umieszczono otwartą szkatułkę, a drzwi biblioteczki pozostawiono lekko uchylone.
– „Czy sobowtór – zapytał pan Durville – chciałby zamknąć wieko szkatułki albo pchnąć uchylone drzwi mojej biblioteczki?”
Po czterech czy pięciu minutach wyraźnie usłyszano skrzypienie zawiasów. Zapalono światło i stwierdzono, że rozwarcie drzwi, które wcześniej wynosiło około 30 cm, zmniejszyło się do mniej niż 15 cm. Żaden z obecnych świadków nie miał wątpliwości, że to właśnie sobowtór poruszył drzwi.
Jednak najbardziej niezwykłe są eksperymenty z udziałem dwóch sobowtórów, które mają na celu wykazanie, że mogą one nawiązać ze sobą kontakt, mimo że ich ciała fizyczne są oddzielone znaczną odległością. Eksperymenty tego typu pan Durville przeprowadzał wspólnie z młodym malarzem, panem André, entuzjastą magnetyzmu. Wykorzystywali jako obiekty eksperymentów dwie młode kobiety: Martę (u pana Durville’a) i Annę (u pana André). Każdy eksperymentator przebywał ze swoją „podopieczną” w osobnym pomieszczeniu, tak że nie mogli się wzajemnie widzieć.
W pierwszym eksperymencie pan André polecił Annie, by wysłała swojego sobowtóra do sobowtóra Marty i nadepnęła mu na stopy. W tym samym momencie, w drugim pokoju, Marta cofnęła nogi, skarżąc się, że ktoś jej na nie nadepnął.
Pan André polecił wtedy Annie, by wysłała swojego sobowtóra i uderzyła pięścią w głowę drugiego sobowtóra. Marta niemal natychmiast złapała się za klatkę piersiową, mówiąc, że poczuła bardzo silny ból, jakby coś lub ktoś spadł jej na pierś. Pan Durville zauważył, że przecież siedzi, więc nikt nie mógł na nią spaść.
– „Być może” – odpowiedziała – „nie wiem. Wiem tylko, że poczułam bardzo silne uderzenie.”
W trzecim przypadku pan André polecił sobowtórowi Anny, by szarpnął sobowtóra Marty za lewą nogę. Marta natychmiast zaczęła mówić, że ktoś ciągnie ją za lewą nogę i sprawia jej to ból.
Było zatem jasne, że Marta odczuwała działania sobowtóra Anny na swojego własnego sobowtóra, choć w drugim przypadku uderzenie miało trafić w głowę, a odczuła je w klatce piersiowej. Pozostawało tylko sprawdzić, czy eksperyment wykonany w odwrotnym kierunku da takie same rezultaty.
W tym celu pan Durville powiedział do swojej podopiecznej:
– „Ta przekorna Anna przed chwilą wyrządziła pani przykrość. Dobrze będzie, jeśli i pani zrobi jej coś przykrego. Niech pani wyśle swojego sobowtóra do niej i niech pociągnie ją za włosy.”
Marta wykonała rękami serię ruchów, jakby szarpała inną kobietę za włosy, lecz Ana stwierdziła, że nic nie czuje.
Wtedy M. Durville polecił Marcie, aby pociągnęła za nogę drugiego sobowtóra – i Ana wyraźnie odczuła szarpnięcie.
W końcu eksperymentator powiedział do Marty:
– „Nie ma pani dość energii; Ana prawie nic nie czuje. Zobaczmy: skoro ma gołe ramiona, niech pani sobowtór zbierze całą swoją siłę i podrapie ją w prawe ramię.”
W tym samym momencie Ana zaczęła skarżyć się, że ktoś ją drapie po ramieniu.
I tu następuje najciekawsze. Po całkowitym wybudzeniu obu kobiet nadal się skarżyły – jedna na ból lewej nogi, a druga na pieczenie w prawym ramieniu. Co więcej: Marta, próbując wstać, upadła z powrotem na fotel, nie będąc w stanie chodzić, a Ana miała na ramieniu czerwoną plamę, chociaż to ostatnie mogło być skutkiem pocierania miejsca, w którym wcześniej odczuwała ból po zadrapaniu przez swojego sobowtóra.
źródło: EL FANTASMA DE LOS VIVOS; Lo Maravilloso Madrid 10 Junio 1909.
