To rzecz znamienna, że tak wiele w rytuale i ceremoniale religii wyrosło z kultu natury. Dla tych, którzy badali tę kwestię jedynie w jej zewnętrznych przejawach, stanowiło to jakoby akt oskarżenia wobec religii – są one przecież tak wyraźnie pozostałością dawnych, dzikich i naiwnych przesądów. Mówi się nam, że szaman i plemienny kapłan minionych epok przetrwali w dzisiejszym duchownym. Jest to rozumowanie płytkie, choć dość pozornie przekonujące dla tych, którzy nie zatrzymują się, by przyjrzeć mu się bliżej ani by rozważyć, że instynkt, który przetrwał cały intelektualny postęp wielu tysięcy lat, musi mieć swoje źródło w samej konstytucji człowieczeństwa.
Od najwcześniejszego świtu ludzkiej inteligencji istniało rozpoznanie świata niewidzialnego, obecności i działania bogów oraz duchów. Wyobrażenia o naturze tych mocy były dość groteskowe, ale stanowiły mgliste przeczucie rzeczywistości. Zwierzę ze swymi ograniczonymi potrzebami i wąską perspektywą było stopniowo przekraczane; instynkt czci – instynkt religijny – zaczynał się budzić. Powstały obrzędy, święta, a często także zdumiewająco złożone systemy symboliczne. Człowiekowi pierwotnemu nie było dane wyrazić słowami tego rozpoznania Ducha w Naturze, które Wordsworth opiewał w swoich słynnych wersach, lecz czuł jego obecność, budował swoje surowe świątynie i ołtarze, a kapłanów wybierał spośród tych, którzy zdawali się pozostawać najbliżej tajemnic otaczającego świata. Był nieświadomy i barbarzyński, a jednak miewał przebłyski natury w jej wymiarze sakramentalnym. Jego intuicje miały swobodę działania; to, że idee, które mu podsuwały, były nieforemne i fantastyczne, oznaczało jedynie, że nie zostały jeszcze ujęte w ryzy przez władze intelektualne. Te rozwinęły się później i w ciągu wieków, przez nieustanne zajmowanie się zewnętrzną stroną rzeczy, omal nie zgasiły światła czerpanego z władz wewnętrznych. Wewnętrzne znaczenie dawnych symboli religijnych zostało utracone dla wszystkich poza nielicznymi – pozostały już tylko same formy.
Weźmy przykład, o którym szczególnie przypomina obecność Wielkanocy – Zmartwychwstanie. Dla dawnego czciciela natury śmierć była mniejszą grozą i mniejszą tajemnicą niż dla jego wysoko cywilizowanego i intelektualnego potomka żyjącego tysiące lat później. W języku celtyckim – jednym z najstarszych – nie istnieje nawet właściwie słowo oznaczające śmierć w odniesieniu do mężczyzny czy kobiety. Używane wyrażenie wskazywało na zmianę życia, zmianę stanu, podróż. Starzy Celtowie wiedzieli lepiej, niż sądzić po pozorach zewnętrznych. „Pochód intelektu” zmienił to pojmowanie. Intelekt, tak tępy wobec wewnętrznych rzeczywistości, a zarazem tak bystry i czujny wobec zewnętrznej i powierzchownej strony rzeczy, odkrył, że rzeczy są tym, czym się wydają. Nieustanny kontakt z materialnym aspektem świata mógłby go w końcu doprowadzić do całkowitego zaprzeczenia jakiegokolwiek przyszłego istnienia, lecz dostatecznie wiele zmysłu duchowego pozostało, by złagodzić jego stanowisko. I oto w ciągu wieków wyrosła idea, że przetrwanie śmierci jest związane ze zmartwychwstaniem fizycznego ciała. Taka była potworność wytworzona przez religijne wyznanie wiary, w którym intelektualne pojmowanie zajęło miejsce intuicyjnego wglądu. Czy nie jest dziwne, że szkoła myśli tak dumna ze swych zdolności rozumowania okazała się zarazem tak łatwowierna? Nieustannie ganiła łatwowierność tych, którzy wierzyli w duchy; zapełniała księgi pogardliwymi potępieniami przesądu! Stopień, w jakim utraciła kontakt z naturą, ujawniał się w sposób doprawdy żałosny w jej doktrynie, według której Stwórca nie ma innej metody podtrzymania życia człowieka niż ponowne użycie prymitywnych ziemskich form, w których życie to po raz pierwszy przybrało postać indywidualną.
Nie ma dziś potrzeby atakować tego nużącego starego przesądu – umiera on, jeśli już nie umarł – i nie ma już nikogo tak ubogiego duchem, by oddawać mu cześć. Sam duch i sens czasu wielkanocnego przez cały czas go zawstydzały. Świeże odradzanie się wiosny, nowe liście wyrastające ze starych osłon, nowe kwiaty wyłaniające się ze starych korzeni – wszystko to było pięknymi i jasnymi przypowieściami. Nigdzie w naturze jej dawni czciciele nie znajdowali niczego poza prawdziwą ideą Zmartwychwstania – zmartwychwstania poza ciałem, nie zaś zmartwychwstania ciała. Dawny materialistyczny dogmat narodził się w klasztorze i w gabinecie uczonego, nie na polach.
Nawet Paweł widział to prawdziwie, chociaż zabarwiony nieco wiedzą szkół wyraził się raczej dwuznacznie. Uczynił jednak przynajmniej jedno stwierdzenie tak wyraźne, że tylko sofistyka mogłaby je zaciemnić: „Jest ciało naturalne i jest ciało duchowe.” W nowoczesnym uznaniu tej prostej, rozsądnej nauki widzimy zmartwychwstanie prawdy, która niegdyś zdawała się umrzeć – widzimy ducha Wielkanocy wyłaniającego się ze zużytej formy.
źródło: THE SPIRIT OF EASTER; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, APRIL 3, 1915.