Ukryty Pokarm Duszy
Jedną z najbardziej poruszających opowieści w Ewangeliach jest historia rozmowy Jezusa z Samarytanką przy studni. Pod pewnymi względami jest to najbardziej duchowa ze wszystkich ewangelicznych opowieści, choćby dlatego, że zawiera to wielkie zdanie: „Bóg jest duchem, a ci, którzy Mu cześć oddają, muszą oddawać Mu ją w duchu i w prawdzie.” Ale pod innymi względami również jest głęboko duchowa. Autor przedstawia Jezusa jako mistyka albo medium w półtransie. Zaczynając od prostego wezwania: „Daj Mi pić”, Jezus natychmiast przechodzi do mówienia o „wodzie żywej”, którą miał do ofiarowania – wodzie, która na zawsze gasi pragnienie i która w duszy staje się źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu. Potem następuje wielka myśl o Bogu, zakończona objawieniem samego siebie jako Mesjasza – całość stanowi bardzo charakterystyczny zapis Janowy, który, mówiąc szczerze, zapewne zawiera w sobie więcej Jana niż Jezusa.
Uczniowie, którzy poszli do miasta kupić żywność, po powrocie ledwie zdołali sprowadzić Go z powrotem do spraw ziemskich; bo na ich prośbę: „Mistrzu, jedz!” odpowiedział jedynie półgłosem: „Ja mam pokarm do jedzenia, o którym wy nie wiecie.” Wtedy mówili między sobą: „Czy ktoś przyniósł Mu jedzenie?” A Jezus, wciąż jeszcze przebywając w sferze ducha, wyjaśnił: „Moim pokarmem jest pełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i dokonać Jego dzieła.” To zdanie kryje w sobie cudowne głębie znaczenia, ale znaczenia, którego świat nigdy nie pojmie, uznając za co najmniej na poły szalonego człowieka żyjącego przede wszystkim dla rzeczy niewidzialnych i który w ich poszukiwaniu lekceważy stały pokarm oddziałujący na zmysły, a którego zmysły zmuszają ducha, by go pożądał.
Nie trzeba jednak odwoływać się do wielkiego Chrystusa, do Chrystusa nadprzyrodzonego, aby dostrzec, jak prawdziwe jest to, że w dominującej myśli, w dążeniu ku niebu, w duchowym celu, w wysokim ideale istnieje moc podtrzymująca. I nawet wśród zwykłych mężczyzn i kobiet nie musimy szukać dowodów tego jedynie u wielkich myślicieli czy natchnionych wizjonerów. Zwyczajna matka czuwająca przy łóżku chorego dziecka, prosty robotnik rozpalony zapałem dla jakiegoś marzenia o reformie społecznej, skromna dziewczyna z Armii Zbawienia krążąca wokół szynków lub ponurych slumsów, anielska pielęgniarka okręgowa chodząca od domu do domu, by posługiwać najuboższym, licho opłacany kaznodzieja płonący „gorliwością o dusze”, pochłonięty eksperymentator – wszyscy oni mogliby powiedzieć: „Mam pokarm do jedzenia, o którym wy nie wiecie.”
Opowiada się o Edisonie, że kiedy podążał za jakimś obiecującym tokiem myśli albo rokującym eksperymentem, miał skłonność zaniedbywać zarówno sen, jak i jedzenie; i wiemy, jak na przestrzeni dziejów świata mężczyźni i kobiety maszerowali, walczyli i cierpieli, podtrzymywani przez jakąś wewnętrzną, ukrytą siłę, która czyniła ich niemal niezależnymi od fizycznych potrzeb. Jezus nie był pod tym względem wyjątkiem. „Starszy brat” – tak; ale nadprzyrodzony wyjątek – nie. Przekora ludzkiej natury i nacisk świata często pozbawiają nas naszych świętych i zbawców, ale nadal pozostaje prawdą, że wielki ideał jest potężną siłą podtrzymującą.
Oczywiście słowa Jezusa są najprawdziwsze tylko w sferze ducha. Nie trzeba ich obciążać dosłownym znaczeniem, jakoby poddanie się dziełu i woli Boga czyniło Go niezależnym od ziemskiego pokarmu, chociaż i to może być w znacznej mierze prawdą; lecz ich rzeczywiste znaczenie polega na tym, że dzieło i wola Boga stoją na pierwszym miejscu. „Mistrzu, jedz!” – mówili uczniowie. Ta prośba zdawała się ściągać Go ku ziemi i przerywać czar Jego wizji; a On jakby mówił: wobec tęsknoty ducha za dziełem i wolą Ojca, jak małe i ubogie jest to karmienie ciała! I rzeczywiście tak jest. A my kładziemy akcent zupełnie nie tam, gdzie trzeba, kiedy niespokojnie pytamy: „Co będziemy jeść i co będziemy pić?” i tak bardzo troszczymy się o ciało, często aż po wyparcie albo zapomnienie duszy.
Pomyślmy o akcentach Londynu; o akcentach wielkich hoteli z ich częstymi półbarbarzyńskimi ekstrawagancjami jedzenia i picia oraz o naprawdę przerażającym marnotrawstwie troski i pieniędzy na kosztowne dogadzanie ciału. Pomyślmy o tym, do czego wykorzystywane są nasze cenne niedziele w tych wspaniałych przybytkach poświęconych wyłącznie wyrafinowanym zabiegom zaspokajania sztucznie wytworzonych zachcianek ciała, bez najmniejszej myśli o dziele i woli Boga.
Nie musi być ani śladu ascetyzmu, ani zmarszczki purytanizmu, ani tonu świątobliwości w wypowiadaniu tych słów; a jednak każde z nich jest prawdziwe nawet na najzwyklejszym gruncie rozumnego życia i czynienia z niego tego, co najlepsze i największe. I nie ulega wątpliwości, że dziesiątki tysięcy tak zwanych ludzi zamożnych – to znaczy takich, którym udało się nagromadzić pieniądze – żyją dziś, mimo całej swojej świetności, jak istoty czysto cielesne. Niejeden prosty wieśniak, niejedna ciężko pracująca, wyzyskiwana kobieta, niejedna żona trudzącego się na roli człowieka, zadowolona z prostego jedzenia i zwyczajnej, domowej miłości męża, żony i dziecka, są niewypowiedzianie bliżej Boga i Nieba.
Wiele wielkich imperiów zostało „ściągniętych ku mrocznej śmierci” przez zbytek, przez wspaniały animalizm, przez to, co surowi starzy prorocy nazywali „zapomnieniem o Bogu”; i to Imperium Brytyjskie, z którego jesteśmy tak niebezpiecznie dumni i którym tak ryzykownie się chełpimy, nie ma prawa oczekiwać dla siebie rozdźwięku między przyczyną a skutkiem. Ta sama głupota wywoła to samo wewnętrzne gnicie, a to samo gnicie zakończy się tą samą katastrofą. „Czy sitowie rośnie bez wody?” – pytał Bildad (Księga Hioba). „Choć jeszcze zielone i nieścięte, usycha wcześniej niż każda trawa. Takie są ścieżki wszystkich, którzy zapominają o Bogu.” To stara prawda, ale nigdy nie przestaje być prawdziwa.
To pokolenie, pozbawione przywództwa i głodne, odwraca się od rzeczy duchowych, a znaczna część jego drwiny z naszego świadectwa bierze się z jego całkowitego wyobcowania ze świata duchowego; i jako tłum nie rozumie ono ani naszej religii, ani naszej potrzeby religii. Ale wróci – albo wróci jakieś przyszłe pokolenie. Istnieje głód serca, który pewnego dnia zapragnie pokarmu, jakim żywili się ludzie dawnych czasów. Dawne smutki i tęsknoty przywrócą dawne poszukiwanie oraz dawne pragnienie tego pokarmu, który niegdyś nazywano „chlebem życia.”
J. P. H.
[Ten esej został napisany dla „Light” na długo przed wybuchem wielkiej wojny. Uruchamia on dziś osobliwe i doniosłe skojarzenia.]
źródło: FED OF THE SPIRIT; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, APRIL 3, 1915.