Wieszcz

Duch pomógł mi odzyskać majątek

(moja ostatnia gra)

Był to człowiek głodny i wyglądający na zdesperowanego – ktoś, kogo nie chciałbym spotkać w okolicy, z której właśnie przybyłem: na ponurej, samotnej drodze do Klondike. Jednak na zatłoczonej ulicy w Nowym Jorku nie miałem takich obaw; spojrzałem mu prosto w twarz, mijając go.

Jedno wydało mi się dziwne. Choć był niemal w łachmanach i nosił wszelkie oznaki skrajnej nędzy, spinka w jego wytartym krawacie była jasna, żółta i wyglądała na prawdziwe złoto. Miała kształt kwadratu, a w środku znajdowało się wypukłe serce!

– To ładna spinka – powiedziałem powoli. – I, jak sądzę, to prawdziwy kruszec. Mogę dać panu za nią sześćdziesiąt dolarów, tak na próbę.

Mógłbym przysiąc, że natychmiast przyjmie ofertę, którą złożyłem częściowo z dobroci serca, poruszony bezbrzeżną nędzą bijącą z całej jego postawy. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedział jednak tylko, z dziwnym, jakby ochrypłym śmiechem:

– Nawet gdyby pan dał sześćset, proszę pana. Trzymam ją przez te wszystkie lata i teraz zostanie ze mną do końca – a ten już niedaleko.

Patrzyłem na niego osłupiały, a on ponuro wpatrywał się w ziemię. Było w tym coś, czego nie rozumiałem – musiał istnieć bardzo mocny powód, skoro człowiek wolałby umrzeć z głodu, niż sprzedać złotą spinkę.

– Pójdzie ze mną do grobu, proszę pana – powiedział uparcie. – I dobrze! Nigdy nie przyniosła mi nic poza pechem. Ale powiedziałem, że się z nią nie rozstanę – i nie rozstanę. Więc dziękuję, ale z tego handlu nic nie będzie.

– No to tym razem przyniesie panu szczęście, skoro dotąd tego nie zrobiła – odparłem, wyjmując z portfela sześćdziesiąt dolarów i podając mu je. – Szanuję człowieka, który dotrzymuje słowa. Proszę – może to odmiana losu.

– Za późno na odmianę; może ona już nie żyje, a ja idę tą samą drogą! Ale… ale te pieniądze pomogą mi dotrzeć, żeby zobaczyć ją jeszcze raz, jeśli żyje. I… dziękuję.

Miesiąc później jechałem przez osadę w sosnowym lesie w drodze do domu, gdy natknąłem się na grupę rozgniewanych, podnieconych mężczyzn ciągnących nieszczęśnika związanego powrozami i pędzących w stronę najbliższej naprędce zrobionej szubienicy.

– Co się stało? – zapytałem, ściągając wodze. – Wygląda na to, że sprawa poważna.

– Poważna dla tego drania, to fakt – odparł oburzony Jem Blinker. – Ostatniego dnia czerwca zamordował wdowę po Joe Smithie i zwiał z proszkiem złota.

– Jesteście pewni, że to on, co?…

– Święcie pewni. Trzech świadków przysięgło. Sędzia Lynch nie może już dłużej czekać – więc…

Gdy przeciągnęli go kilka kroków, słońce nagle odbiło się od czegoś błyszczącego przy jego szyi. Z nagłym zainteresowaniem pochyliłem się do przodu i rozpoznałem spinkę – a sekundę później także nicponia, któremu pomogłem w Nowym Jorku.

– To jakaś pomyłka – powiedziałem stanowczo. – Mówicie, że ten człowiek zamordował wdowę po Joe Smithie ostatniego dnia czerwca. Otóż jestem gotów przysiąc, że tego dnia widziałem go, jak włóczył się przed salonem hazardowym Ferraro, niedaleko chińskiej dzielnicy, i…

– Na litość! Alibi? – wykrzyknął ktoś. – Bo ten cholerny łotr sam twierdził, że był w Nowym Jorku, a jeśli ty to potwierdzasz, Dick St. Leger, to chyba coś w tym jest.

Szybko zawróciliśmy do najbliższej gospody i otworzyliśmy sprawę na nowo. Udowodniłem ponad wszelką wątpliwość, że schwytali nie tego człowieka. Jakiekolwiek grzechy miał na sumieniu, nie mógł być w Nowym Jorku i w osadzie w sosnowym lesie tego samego wieczoru – dzieliły je tysiące mil. Został więc uwolniony, a chłopcy, chcąc zadośćuczynić za pomyłkę, zebrali między sobą pieniądze i pospiesznie zaproponowali mu je.

– Dałbym panu spinkę, kolego – powiedział do mnie cicho, gdy szedł kilka kroków obok – gdyby nie to, że dałem jej słowo, iż wrócę i przyniosę ją ze sobą. Wie pan, ona uważała, że jeśli będę ją przy sobie trzymał w czasie, gdy będziemy rozdzieleni, nie będę w tak wielkiej biedzie. Karty mnie zgubiły – miałem to we krwi – i nie raz klękała przede mną, błagając, żebym z tym skończył. Nie potrafiłem. Więc wybrała tę spinkę, żeby przypominała mi jej słowa. Ale ona zapomni całe zło, które jej wyrządziłem, kiedy wejdę i zobaczy spinkę.

– Żona czy ukochana? – zapytałem.

– Matka – odparł krótko. – Jedna z najlepszych, jakie facet może mieć. No cóż, zrobił pan dla mnie dwa dobre uczynki, kolego; teraz moja kolej – przybij pan piątkę!

Uścisnąłem mu dłoń, znów czując to mgliste żalowanie zmarnowanego życia, po czym stanąłem i patrzyłem, aż zniknął mi z oczu.

Pięć lat zajęło mi dorobienie się majątku. Przez te wszystkie lata przyświecał mi jeden jasny punkt: twarz dziewczyny o łagodnych, szarych oczach i cichym głosie, szepczącej mi do ucha:

„Tak, Richardzie – będę wierna. Wierna twojej pamięci, nawet jeśli już nigdy nie zobaczę twojej twarzy”.

Jej rodzina zabroniła nam jakiejkolwiek korespondencji, a nikt inny nie wiedział o naszym małym romansie, więc przez te wszystkie lata nie przeszło między nami ani jedno słowo. Sto tysięcy dolarów – tyle wynosiła moja fortuna.

Nie byłem hazardzistą ani z przyzwyczajenia, ani z natury, lecz na statku płynącym do domu gra toczyła się o wysokie stawki. Czas dłużył się niemiłosiernie i, jak większość mężczyzn, wieczorami brałem udział w „napie” albo w pokerze (niektórzy grali całymi dniami). Gdy dotarliśmy do Liverpoolu, byłem mocno wstrząśnięty, gdy podliczyłem straty: przegrałem 10 000 dolarów.

– Dam panu rewanż, kiedy tylko pan zechce – zaśmiał się Korner, człowiek, który wygrywał przez cały czas. – Nie tylko panu, St. Leger, ale i każdemu z tych panów, którzy czują, że fortuna była dla nich surowa. Proszę, uczciwa propozycja.

– Dziękuję. Mam dość – odpowiedziałem sucho, ale dwóch innych, Taylor i Bresci, przyjęło propozycję z zapałem i próbowało mnie do tego nakłonić.

– To gra losowa – wcześniej czy później musi się wyrównać – przekonywali mnie na osobności. – Po co godzić się na taką stratę?

– To motto hazardzisty – odparłem. – Ale dziwię się wam dwóm. Byłem pewien, że sporo wygraliście.

Twierdzili jednak, że nie, i szczerze doradzałem im, żeby raz na zawsze skończyli z grą. Rozstaliśmy się w dokach w Liverpoolu.

Popędziłem do Londynu i, nie mając zbyt wielu bagaży, wstąpiłem do Eaton Square, do państwa Villiers (rodziny Idy) po drodze do hotelu.

Szybko odkryłem, że zaszły tam wielkie zmiany: jej ojciec i brat nie żyli (o istnieniu brata dowiedziałem się po raz pierwszy), a Ida z matką przebywały w Paryżu.

Natychmiast postanowiłem, że pojadę za nimi. I oto, gdy wychodziłem z domu, kogo spotkałem przechodzącego obok, jeśli nie mojego dawnego znajomego – Bresciego. Był ogromnie zaskoczony tym spotkaniem i zapytał, czy mieszkam w tej okolicy.

– Nie – odparłem – a na razie moim domem będzie Paryż. Wyjeżdżam tam nocnym statkiem.

Dziwnym zbiegiem okoliczności on miał w planach dokładnie to samo, więc umówiliśmy się, że zjemy razem kolację i będziemy podróżować wspólnie tak długo, jak długo nasze sprawy prowadzą nas tą samą trasą. Po przyjeździe do Paryża – który znał bardzo dobrze – zdałem się na jego przewodnictwo: podjechaliśmy do pewnego hotelu i przez dzień lub dwa bardzo miło się kolegowaliśmy.

Był wyraźnie nałogowym hazardzistą, bo włóczyłby się po domach gry bez przerwy, gdybym tylko zechciał mu towarzyszyć, lecz w tej kwestii byłem nieugięty. Kochałem Idę zbyt mocno, by ryzykować utratę jej na tym etapie.

Potem, gdy byliśmy razem około tygodnia, moje zapytania w Grand Hotelu przyniosły skutek. Madame Villiers i jej córka miały wyjechać następnego dnia, więc wesoło oznajmiłem Bresciemu, że jutro się z nim pożegnam: wracam z przyjaciółmi do Anglii. On okazał żal, zwłaszcza że otrzymał telegram od bogatego wuja, po którym spodziewał się wielkiego spadku, a który wymagał, by na krótko mnie opuścił.

– Ale skrócę wizytę – przełożę właściwą rozmowę do jutra – powiedział. – Bo musimy zjeść kolację i spędzić ostatni wieczór razem, skoro możemy rozstać się na zawsze.

Zgodziłem się, lecz wkrótce po szóstej wrócił, przynosząc mi zaproszenie od swojego wuja, hrabiego de Palleto, abym dołączył do nich na kolacji tego wieczoru w jego hotelu.

Bresci, nieco kwaśno, wyjaśnił, że w każdym razie musi je przyjąć, i nalegał, bym „poświęcił się” na kilka godzin. W końcu przystałem, bo nie miałem w pobliżu innych znajomych, a Paryż jest pustynią dla obcego, gdy jest sam.

Hotel hrabiego był urządzony z przepychem, dość daleko od mojego. Jak uprzedził Bresci, hrabia wyglądał na starego i schorowanego. Zjedliśmy wyjątkowo dobrą kolację – zarówno potrawy, jak i wino były najwyższej klasy. Gdybym nie był z natury człowiekiem umiarkowanym, sądzę, że wino zbyt mocno by na mnie podziałało; i tak jednak, gdy skończyliśmy, czułem się dziwnie lekkomyślny, miałem lekkie zawroty głowy i byłem wyjątkowo skory do ryzyka.

Kawa, zamiast mnie otrzeźwić, zdawała się tylko nasilić ten stan.

Potem przeszliśmy do sali bilardowej i obejrzeliśmy jedną czy dwie partie, a następnie do pokoju z kilkoma małymi stolikami, przy których grano w karty. I w następnej chwili podeszli do nas Korner i Taylor. Bardzo szybko namówili Bresciego, by wziął rewanż od razu, a on – niestety – przystał.

Bresci szepnął mi na osobności, żebym został i dopilnował uczciwej gry.

Kiedy i jak usiadłem do stołu i wziąłem udział w grze – nie wiem do dziś. Nie wiem też, jak długo to trwało, w co graliśmy ani jakie były stawki!

Gdybym był przy zdrowych zmysłach, podejrzewałbym „ustawkę” w chwili, gdy Korner i Taylor pojawili się na miejscu. Ja jednak byłem na tyle zamroczony, że wpadłem w pułapkę, a jednocześnie na tyle trzeźwy, by siedzieć przy stole, grać jako tako i wyciągnąć mój wypchany portfel z banknotami na sumę 90 000 dolarów.

Stawki rosły i rosły – mój portfel stawał się coraz cieńszy!

Graliśmy wtedy w „napa” i kiedy mętnie uświadomiłem sobie, co jest stawką, ogarnęła mnie nagła, chora rozpacz – pierwszy błysk powracającej trzeźwości, który reszta towarzystwa szybko zauważyła. Zaczęli wciskać mi likiery i cygara. Odrzuciłem je gwałtownie i przycisnąłem dłoń do głowy, próbując odpędzić otępienie.

– Dobry łup – powiedział głos Kornera bardzo cicho. – Gdybyś tylko dowiedział się, ile on ma, Bresci.

Wtedy byłem już całkiem trzeźwy. Chyba ten wstrząs mnie otrzeźwił. Ktoś wspomniał, że ich działka wyniesie po 20 000 dolarów, a Bresci – jako przynęta – dostanie jeszcze ekstra. To znaczyło, że jestem zrujnowany: pięć lat ciężkiej pracy wyparowało w kilka godzin, a Ida oddaliła się ode mnie bardziej niż kiedykolwiek.

Ktoś mnie ocknął i znów usiadłem prosto. Rozdano karty i gra trwała dalej. Z tą różnicą, że wcześniej było czterech graczy, a teraz pięciu – a nowy siedział między Kornerem a Brescim, dokładnie naprzeciwko mnie.

Ogarnęło mnie dziwne uczucie – jakbym był w transie albo w śnie – i mechanicznie wykonywałem swoje ruchy. Kiedy przyszła moja kolej rozdawania, rozdałem dla pięciu, co wywołało śmiech; ktoś powiedział mi, że grają tylko cztery osoby. Gdy chciałem zaprzeczyć, moje usta jakby nagle zostały zapieczętowane – nie mogłem mówić. Byłem przytomny, trzeźwy, a jednak czułem się jak marionetka w rękach właściciela.

Gra toczyła się dalej – i los się odwrócił. Wygrywałem. Wygrywałem dużo. Na czole Kornera pojawił się zimny pot; był wyraźnie zdezorientowany, a wewnętrzna pewność mówiła mi, że oto jeden uczciwy człowiek stanął naprzeciw trzech bezwzględnych karcianych oszustów najgorszego sortu.

Ten cichy, nieruchomy, niewidoczny piąty gracz co jakiś czas wyciągał widmową rękę – dotykał jakiejś karty, tasował jakąś talię, kierował moją grą, otwierał mi oczy – a banknoty wracały do mnie szybko i gęsto, gdy siedzieliśmy z białymi, napiętymi twarzami, grając o przerażające stawki.

Walczyłem o Idę, o miłość, o stracone pięć lat życia – i odzyskiwałem je. Wtedy głos, który brzmiał jak mój, lecz skoro nie miałem świadomości, że mówię, musiał należeć do kogoś innego, surowo nalegał, aby dotrzymali swojej obietnicy dania mi „rewanżu”, a tłum obserwatorów mruczał z aprobatą.

W portfelu miałem pięćdziesiąt tysięcy dolarów, a kolejne pięć tysięcy, właśnie wygrane, czekało na wypłatę, gdy głos – znów jakby mój, ale przecież nie mógł być mój – powiedział:

– Podwójnie albo nic – w co chcecie – i pieniądze na stół. Podwójnie albo nic.

– Zgoda – wyszeptał Korner z białymi wargami. – Biorę pana. Podwójnie albo nic. „Nap”. Pan i ja. Przeciw sobie. I pierwszy „nap” albo bierze wszystko, albo kończy grę.

Taylor i Bresci wstali od stołu i stanęli za naszymi krzesłami, podczas gdy Korner tasował, a ja przeciąłem talię. To był pojedynek na śmierć i życie – graliśmy w ciszy.

Stopniowo, bardzo powoli, cienista postać przy stole stawała się coraz bardziej widoczna. Rysy wydały mi się mgliście znajome, aż nagle coś jasnego i żarzącego przykuło mój wzrok: złota spinka, w której centrum znajdował się as kier.

Raz po raz cień dłoni unosił się nad kartami Kornera, a do mnie docierało, że widmo prostuje krzywdę – wyłapuje ukryte karty, pilnuje uczciwej gry – i gra trwała.

Wtedy zauważyłem nagły blask: to była spinka, a na sercu wypisano fosforyzującymi literami jedno słowo: „Nap”.

Mechanicznie podniosłem swoje karty. Miałem asa, ósemkę i siódemkę pik, dziewiątkę karo i siódemkę kier.

Niezbyt „napowa” ręka, gdy stawką było 50 000 dolarów – ale to ja miałem zawołać, i z moich zesztywniałych warg padło jedno słowo:

– Nap!

Jeśli nie udałoby mi się zdobyć „napa”, gra by się skończyła, a on i tak zabezpieczyłby sobie pokaźną sumę jako owoc wieczornej roboty.

Zacząłem asem pik, on dołożył króla. Lewa moja. Potem zagrałem ósemkę pik, on położył króla trefl. Lewa moja. Następnie zagrałem siódemkę pik. Zawahał się i zrzucił asa karo. Lewa moja.

I wtedy, zanim zdecydowałem, jaką kartę zagrać dalej, dziewiątka karo wyskoczyła z mojej dłoni na stół, a ja zobaczyłem, jak twarz Kornera gwałtownie drga – gdyby tylko przytrzymał asa tego koloru minutę dłużej, pięćdziesiąt tysięcy byłoby jego.

Gdy patrzył na swoje dwie pozostałe karty, niechętny, by się z którąkolwiek rozstać, a jednak zmuszony wybrać, cienista dłoń wysunęła się z błyskawiczną pewnością, porwała asa kier i rzuciła go na stół.

Oddychaliśmy ciężko, patrząc sobie w twarz. Potem powoli, bardzo powoli, położyłem siódemkę kier – a on, ze wściekłym warknięciem rozczarowanego dzikiego zwierzęcia, zerwał się na nogi i wybiegł z pokoju, podczas gdy ja drżącymi rękami zebrałem stawkę – własne, ciężko zarobione pieniądze – i włożyłem je do portfela.

– Koniec – wyszeptał mi ktoś do ucha, lecz gdy odwróciłem się gwałtownie, nie było tam nikogo.

Od tamtej nocy nie dotknąłem kart ani nie pozwoliłem sobie na choćby najłagodniejszą formę hazardu.

Nazajutrz zobaczyłem państwa Villiers w ich hotelu. Ida przyjęła mnie radośnie z otwartymi ramionami – wierna i prawdziwa, jak obiecała – a pani Villiers, jedyna w rodzinie, która zawsze była mi życzliwa, wyraziła radosną zgodę.

W dniu mojego ślubu otrzymałem zapieczętowaną paczkę z zagranicznym stemplem pocztowym. W środku była tajemnicza spinka oraz krótka informacja, że jej właściciel zmarł ostatniej nocy czerwca tego roku i pragnął, aby spinka została przesłana do Dicka St. Legera – jego jedynego przyjaciela w czasie wielkiej potrzeby.

Pismo było kobiece – czy należało do jego złamanej sercem matki? Tak sądzę, choć ona zmarła, zanim otrzymałem odpowiedź na moje podziękowanie za dar.

Najdziwniejszą częścią całej historii było to, że data mojej ostatniej gry w paryskim hotelu przypadała na ostatnią noc czerwca owego roku, a godzina śmierci mojego nieznanego przyjaciela była identyczna z chwilą, w której zobaczyłem, jak siada przy stoliku karcianym i prowadzi mnie do zwycięstwa w mojej ostatniej grze.

źródło:  A SPIRIT HELPED ME WIN BACK MY FORTUNE; The New York Magazine of Mysteries – NEW YORK  MAY  1901.