Mistycy współczesności
DR D. T. SUZUKI: UCZONY, KTÓRY ROZŚWIETLA WIEDZĘ
autor: Alan W. Watts
Zaskakujące jest być poproszonym przez jednego z największych uczonych na świecie o szczerą opinię na temat jego pracy, a następnie zostać wysłuchanym tak, jakby to nie on, ale ty był źródłem autorytetu. Ale właśnie taki jest dr D. T. Suzuki – nie jest zwykłym uczonym; znacznie bardziej interesuje go uczenie się niż nauczanie. Kiedy odwiedzasz go w domu, zdradza ci bardzo niewiele, ale akurat tyle, by „wyciągnąć z ciebie” to, czego naprawdę chcesz się dowiedzieć. W ten sposób, opowiadając mu, co cię interesuje, sam zaczynasz rozumieć, czego szukałeś. Równocześnie on sam uczy się czegoś od ciebie, bo to, czego się uczy, nie zależy tylko od twojej wiedzy czy duchowego zrozumienia. Jest wystarczająco pokorny i wielki, by uczyć się od wszystkiego, nawet od rzeczy prostych – bo jego nauka nie polega tylko na znajomości książek i systemów filozoficznych. Oczywiście jest uczonym i filozofem w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu, ale w towarzystwie przyjaciół woli rozmawiać o wszystkim innym niż filozofia; widziałem, jak z zaangażowaniem bawił się kotem, podczas gdy wokół trwała zażarta dyskusja religijna.
Życie i twórczość dr. Suzuki to fascynujący paradoks. Cała jego praca polega na wyjaśnianiu sposobu życia, którego z samej natury nie da się wyrazić słowami. Na ten temat napisał wiele obszernych tomów oraz przetłumaczył i skomentował znaczną część starożytnej literatury buddyjskiej. Dla większości ludzi ta literatura jest całkowicie niezrozumiała, a liczne odwołania do bezsensowności polegania na słowach i pismach w dążeniu do Oświecenia sprawiają, że trudno pojąć, po co przekładać tak wielkie ilości tego typu tekstów. Praca dr. Suzuki dotyczy bowiem formy buddyzmu znanej w Japonii jako zen, a jej przesłanie można streścić następująco:
Szczególne przekazanie Oświecenia poza pismami;
Brak polegania na słowach i literach;
Bezpośrednie wskazanie na naturę umysłu człowieka;
Wgląd we własną naturę i osiągnięcie Oświecenia.
Oryginalnie zen powstał w Chinach z kontemplacyjnej formy buddyzmu indyjskiego, lecz praktyczny umysł Chińczyków przekształcił go w sposób życia, a nie wycofania się z życia. Zen – sanskryckie dhyāna – uosabia to nieuchwytne, co Budda odkrył, osiągając Oświecenie, siedząc pewnej nocy pod słynnym drzewem bodhi ponad dwa tysiące lat temu. Sekret ten miał być przekazywany przez linię patriarchów, aż dotarł do Bodhidharmy, który przyniósł go do Chin w VI wieku n.e.
Czym jest ten sekret? Aby odpowiedzieć na to pytanie, dr Suzuki napisał co najmniej sześć głębokich i uczonych książek, sam jednak byłby ostatnim, który twierdziłby, że ujawnił ten sekret w którejkolwiek z nich. Można wyjaśnić wiele rzeczy o tym sekrecie, ale nie można wyjaśnić samego sekretu. Podobnie mamy wiele wyobrażeń na temat życia, ale jeśli myślimy, że życie samo w sobie polega na tych ideach, to jesteśmy jak człowiek, który myli menu z ucztą. Ten sekret to sekret życia, ale nie oznacza to, że można go znaleźć w życiu jak orzech w łupinie; raczej należałoby powiedzieć, że on jest życiem, które jest zarazem najbardziej ukryte i najoczywistsze na świecie. Dr Suzuki powiedziałby, że gdy pijemy filiżankę herbaty, witamy się z przyjacielem lub idziemy ulicą, właśnie wtedy uczestniczymy w tej ostatecznej tajemnicy, która jest celem wszelkiej filozofii i religii. Po co więc szukać w odległych spekulacjach metafizycznych czegoś, co mamy tuż pod nosem? Jak wyrażają to poeci zen:
Jak cudowny i jak wspaniały
jest ten świat!
Noszę wodę i rąbię drewno!
Albo inaczej:
Ta właśnie ziemia jest Krainą Lotosu,
A to ciało – ciałem Buddy.
Bez wątpienia dr Suzuki rozumie szczególne poczucie humoru tej sytuacji: pisze tyle tomów, by wyjaśnić coś, co jest tak oczywiste. Czasem jego poczucie humoru bierze górę i potrafi on na przykład podczas wykładu na temat „Najwyższego ideału duchowego” przez długi czas z uroczym błyskiem w oku opowiadać, że nie wie, czym jest ten ideał, a potem przejść do zabawnej opowieści o swoim domu i ogrodzie w Japonii.
Pod pewnymi względami ten sekret przypomina garnek złota rzekomo ukryty na końcu tęczy – im bardziej do niego dążysz, tym szybciej się oddala, kryje za wzgórzem, za kolejną kępą drzew. Gdy jesteś już blisko, nagle okazuje się, że wcale nie jesteś bliżej niż na początku. Nie można jednak uznać nieuchwytności dr Suzuki za trik szarlatana, który unika udzielenia ostatecznej odpowiedzi, by nie zostać zdemaskowanym. Po prostu nie da się przekazać sekretu zenu nawet gdyby chciał; każdy musi go odkryć sam. Tak jak nie można zjeść posiłku za kogoś innego. A jednak zawsze ma się poczucie, że dr Suzuki już, już ma coś zdradzić, ale w zamian otrzymujemy uśmiech i wymowne milczenie. Podobnie jest w jego książkach: są w szczególny sposób niezadowalające – od pierwszej do ostatniej strony coś nieuchwytnego wymyka się, a to tylko podsyca ciekawość. Gdy tylko skończysz lekturę, czujesz się jak po kryminale bez ostatniego rozdziału. Tajemnica pojawia się raz za razem, wydaje się być blisko, ale gdy próbujesz ją schwytać, znika i trzeba znów zaczynać pościg od nowa. To trochę tak, jakby próbować przeciąć nożem kulkę łożyskową; im mocniej naciskasz, tym szybciej kulka ucieka.
Jak pisze dr Suzuki: „Gdy zen zamienia się w określony system filozoficzny, nie ma już zenu. Zen sam w sobie jest ciepły i przyjazny, bo gdy zastyga, robi się zimny, a wtedy znowu szukamy ognia. Całe doświadczanie to, jak powiada Faust, uczucie; cała nasza teoretyzacja nie dotyka rzeczywistości. Ale to uczucie trzeba rozumieć w najgłębszym sensie: to nie jest zwykła emocja. Nawet stwierdzenie: 'To jest uczucie; zen jest czymś więcej’ – nie oddaje istoty rzeczy. Zen nie znosi żadnego konceptualizowania. Dlatego tak trudno go pojąć”. Zen jest czymś żywym i niemożliwym do uchwycenia w sztywną formułę. Powiedziano, że definiować to zabijać; gdyby wiatr na chwilę się zatrzymał, byś mógł go pochwycić, już nie byłby wiatrem. Tak samo jest z życiem. Wszystko nieustannie się zmienia, a chwili obecnej nie można zatrzymać; nie da się wrócić do przeszłości, ani zatrzymać raz utraconych doznań. Gdy próbujemy to zrobić, zostaje nam tylko martwe wspomnienie, rzeczywistości już tam nie ma. Jak mówi mistrz zen, trzeba „iść dalej”, nigdy nie próbując zamienić życia w śmierć, chwytając je dla siebie. Dr Suzuki powtarza: „Prawda jest taka, że zen jest niezwykle nieuchwytny, jeśli chodzi o jego zewnętrzne aspekty: gdy wydaje ci się, że go dotknąłeś, już go nie ma; nawet gdy wygląda na dostępny, jak tylko się zbliżysz, widzisz, że ucieka – znika gdzieś daleko. Jeśli nie poświęcisz lat na pilne studiowanie jego podstawowych zasad, trudno oczekiwać, byś miał ogólne pojęcie o czym jest zen.”
W tym ostatnim zdaniu tkwi inny aspekt zarówno charakteru dr Suzuki, jak i samego zenu: pewna surowość. Pod jego żartobliwą, wymijającą postawą kryje się bezwzględna uczciwość. Na przykład dr Suzuki lubi kończyć rozdziały w sposób, który na pierwszy rzut oka wydaje się żartem. Buduje rozważania do punktu, w którym czytelnik spodziewa się wyjaśnienia, po czym kończy opowieścią w stylu: uczeń zapytał mistrza Subūti o ostateczny sekret zenu. „Poczekaj, aż zobaczysz bambus, wtedy ci powiem.” Później spacerowali po ogrodzie, uczeń ponowił pytanie – mistrz wskazał jeden bambus, mówiąc: „Patrz, jak ten jest wysoki”, a potem drugi: „A ten, jak niski!” I to już cała odpowiedź. Czy dr Suzuki stroi sobie żarty? Nie, chyba że uznamy takie historie za pozbawione duchowego znaczenia. Jeśli uczeń od razu nie zrozumie przesłania mistrza, może otrzymać klapsa lub polecenie, by sam znalazł odpowiedź. Historie te są właściwie jedyną treścią zenu – mają zbić z tropu intelekt, bo ich celem jest wywołanie czujności i spontaniczności, których nie można zakłócić. Mistrz zen nie zawaha się „przywrócić życia” uczniowi, jeśli ten się zamyśli – choćby kijem! Mistrz zobaczył ptaki na niebie i zapytał ucznia, co to za ptaki. „Dzikie gęsi, mistrzu.” „Dokąd lecą?” „Już odleciały.” Wtedy mistrz trzepnął ucznia w nos: „Mówisz, że odleciały, a przecież były tutaj od początku!” Można próbować wyjaśniać tę historię, mówiąc, że nos ucznia był słaby, bo nie uchwycił wiecznego momentu. Ptaki są przez chwilę, potem ich nie ma, ale nie ma sensu żałować, że przeszły; patrząc wstecz, czas nadal ucieka, a my pozostajemy w tyle za życiem. Stąd potrzeba bycia w pełni obecnym, by „ożyć” – być swoimi własnymi palcami u nóg, być całym sobą w tej chwili. Życie istnieje tylko w teraźniejszości, a kiedy zaczynamy żałować lub planować, wymyka się ono spod kontroli. Ale właśnie, jeśli próbujemy „zatrzymać” moment, już go nie ma – zanim zdążysz powiedzieć „teraz!”, on już minął. Paradoksalnie, można go uchwycić tylko wtedy, gdy nie próbujemy go zatrzymać, lecz podążamy spontanicznie z nurtem chwili. To trochę jak z muzyką: zatrzymanie się burzy rytm. Dr Suzuki powiada więc, że buddyzm to w pewnym sensie filozofia uśmiechu – daje nam kolejną wskazówkę: „Zen nie pozwala na drugie myśli. Chwyta tę chwilę i puszcza przyszłość.”
Ultrachwilowość jest kolejną cechą tej filozofii. Każda sekunda jest absolutna, żywa i znacząca: żaba rechocze, świerszcz śpiewa, kropla rosy lśni na liściu, wiatr przechodzi przez gałęzie, a światło księżyca pada na szemrzący górski strumień.
źródło: Mystics of To-day by Alan W. Watts DR. D. T. SUZUKI: THE SCHOLAR WHO MAKES LIGHT OF LEARNING; The Modern Mystic December 1937.