Wieszcz

Czy zwierzęta przeżywają śmierć?

Zapis niezwykłych doświadczeń
James Coates

Utrzymywano, że człowiek posiada duszę i że to właśnie stanowi linię demarkacyjną między nim a niższym światem zwierząt. Czy zwierzęta przeżywają śmierć? Nie wiem, ale wiem, że same twierdzenia wysuwane przez spirytystów oraz przez bardziej zaawansowanych badaczy zjawisk psychicznych na rzecz przetrwania bezcielesnego człowieka mogą być równie dobrze użyte do wykazania przetrwania zwierząt – na przykład psów.

Nie poruszam tego zagadnienia bez powodu, a zasadniczy problem brzmi: czy dowody psychiczne są wystarczające, by udowodnić przetrwanie po śmierci? Mogą być – albo nie.

Wybrano kilka przypadków – wraz z komentarzami – a resztę pozostawiam opinii i krytyce czytelnika.

W dzieciństwie słyszałem o „Galopującym Thomsonie”, który za życia posiadał posiadłość w pobliżu Belfastu, w hrabstwie Antrim w Irlandii. Mówiono, że „Galopujący Thomson” był człowiekiem bezbożnym i zatwardziałym, chełpiącym się swoim majątkiem oraz ulubionym koniem, o którym miał powiedzieć, iż wolałby mieć „miejsce w siodle niż miejsce w Niebie”. W rezultacie tej bezbożności przez lata po swojej śmierci miał być widywany i słyszany podczas dzikich, burzowych nocy, jak galopuje wokół swojej posiadłości. Dobrzy ludzie nie tylko opowiadali tę historię swoim dzieciom, ale także w nią wierzyli.

Od czasu, gdy modlitwa proroka Elizeusza została wysłuchana przez otwarcie oczu jego młodego sługi, który ujrzał „konie i wozy ogniste” (2 Krl 6,17), świat wierzy w tego rodzaju upiorne zjawienia.

W folklorze wiejskim, jak również w obfitych zapisach **S.P.R.**¹, temat ten był wielokrotnie poruszany. W kraju i za granicą, przy ognisku obozowym, jak również w domowym życiu wielu ludzi, słuchałem – z życzliwym niedowierzaniem – opowieści o zwierzętach: wilkołakach, kotach o ognistych oczach i fosforyzujących kształtach, które pojawiały się i znikały w tajemniczy sposób. Czytałem i uśmiechałem się nad legendami tego rodzaju tak samo jak nad opowieściami o „Białej Damie” i „Banshee”, choć więcej przyjemności znajdowałem w Psie Baskerville’ów Conan Doyle’a.

Nadszedł jednak czas, gdy do uśmiechu musiałem dodać trochę refleksji, co dostatecznie wykażą poniższe przypadki:

Przypadek I – Zbiorowa halucynacja

Kiedy latem 1887 roku mieszkaliśmy w Rothesay, mój szwagier, pan George Anderson z Glasgow, który spędzał wakacje na Arran, przysłał nam w prezencie pięknego młodego psa rasy collie. Był bystry, żywy i – z przykrością muszę to przyznać – niewyszkolony. Sam niewiele nadawałem się do takiej sztuki, toteż „Rover” nieustannie pakował siebie lub nas w kłopoty z powodu swojej figlarności.

Z reguły co wieczór wypływaliśmy na ryby do zatoki naprzeciw Glenburn Hydropathic. Pies chodził z nami i dopóki byliśmy w zasięgu wzroku od brzegu, bawił się w okolicy Lamont’s Stance, aż znów wychodziliśmy na ląd. Trwało to około miesiąca, gdy pewnego dnia szef policji odwiedził nas prywatnie, aby powiedzieć, że pies podobny do naszego spłoszył konia zaprzęgniętego do powozu i znajdująca się w nim dama została wyrzucona na skutek wywrócenia się pojazdu. Stało się to gdzieś za molo Craigmore. Urzędnik poinformował nas, że w Rothesay są tylko dwa psy o podobnym wyglądzie, i poradził mi, abym niezwłocznie pozbył się naszego psa, by uniknąć kłopotów.

Nie wiedząc, jaki będzie finał sprawy, kazałem pewnemu człowiekowi zabrać biedne zwierzę i utopić je w zatoce.

Było nam bardzo przykro, a dzieci bardzo przeżyły utratę „Rovera”, lecz nie było wyjścia. Wygląda na to, że prowadzono dochodzenie w sprawie psa, jednak ani jego, ani właściciela nie udało się ustalić i do dziś nie wiem, czy „Rover” rzeczywiście był przyczyną wypadku. Po swojemu, na psi sposób, był bardzo przywiązany do dzieci.

Jak zwykle wypływaliśmy co wieczór na ryby i trzeciego wieczoru, kiedy wracaliśmy do domu, w pobliżu furtki wszyscy troje wykrzyknęliśmy: „To Rover!”. Zdziwiłem się, skąd mógł się wziąć, i pomyślałem, że człowiek nie wykonał polecenia. „Rover” stał obok służącej i z radością merdał ogonem. Kiedy otworzyliśmy furtkę i zbliżyliśmy się, pies zniknął. Z całą pewnością widzieliśmy tego psa. Pani Coates uważała, że pies połyskiwał fosforyzująco, lecz dla mojej córki i dla mnie był to po prostu „Rover”.

To doświadczenie nasi przyjaciele zajmujący się badaniami psychicznymi uznaliby i nazwali „zbiorową halucynacją”, ponieważ psa widziała nasza trójka. Można by nawet sugerować, że rzeczywiście była to halucynacja – że jedno z nas zobaczyło psa i powiedziało o tym, a pozostali również go „zobaczyli”.

Będąc bardzo prostoduszni, jesteśmy przekonani, że naprawdę ujrzeliśmy go jednocześnie, a jego pojawienie się było tak realne, że sądziliśmy, iż wymknął się swojemu nakazanemu losowi.

Na tym etapie nie mam wyjaśnienia, lecz mogę zauważyć, że na podstawie znacznie słabszego materiału dowodowego, to znaczy oświadczenia jednej osoby – jasnowidza opisującego zmarłego przyjaciela obecnego „w naszym otoczeniu” – spirytyści powszechnie przyjmują, iż ów przyjaciel rzeczywiście jest obecny i obrał taki sposób zamanifestowania się. Skoro trzy osoby miały zobaczyć psa, który został utopiony trzy dni wcześniej, to z pewnością powinno to zostać uznane za silniejszy dowód niż ten, który powszechnie przyjmuje się w salach spirytystycznych i pokojach seansowych jako świadectwo przetrwania człowieka.

Przypadek II – Zwierzęca jasnowzroczność

Mieliśmy jeszcze innego psa – wielkiego ulubieńca – przez kilka lat. Był to inteligentny pomeranian imieniem „Tobby”, którego przywieźliśmy ze sobą do Rothesay w 1893 roku. Około dwa lata później, podczas naszej chwilowej nieobecności w domu, „Tobby” został dotkliwie pogryziony przez psa sąsiada i wkrótce potem zmarł wskutek odniesionych obrażeń. Miesiąc lub sześć tygodni później podarowano nam „Kate” – foksterierkę. Przez kilka dni po przybyciu nie chciała zbliżać się do miejsca, gdzie zwykł leżeć „Tobby”, i szczekała zajadle, jakby go tam widziała.

Czytałem i słyszałem o psach widzących zjawy, szczekających na nie i lękających się ich. Niezależnie od tego, czy to prawda, faktem jest, że przez kilka dni „Kate” zachowywała się tak, jakby nie tylko widziała „Tobby’ego”, ale też się go bała. Nie chciała zbliżać się do miejsca, które było ulubionym legowiskiem tamtego psa w kuchni, ani tam leżeć.

Jasnowidzenie jest postrzeganiem rzeczy niewidzialnych dla zwykłego wzroku, choć nie dla widzenia psychicznego – w którym można by uwzględnić także retrospekcję, wgląd oraz widzenie prorocze. Przyznaje się, że zwierzęta potrafią dostrzegać to, co jest niewidzialne dla ludzkiego oka. Jeżeli jednak „Kate” widziała psa, który zmarł miesiąc lub sześć tygodni wcześniej, to znaczy, że pies wykazywał jasnowidzenie.

Wśród dowodów przytaczanych na rzecz przetrwania człowieka znajduje się właśnie posiadanie jasnowidzenia – zdolności wykraczającej poza ziemski wzrok i niezależnej od zmysłów w swoim przejawie. Jeśli psy, podobnie jak ludzie, posiadają jasnowidzenie, to co z tego wynika? Nie udzielam odpowiedzi poza tą jedną: to, co stanowi dobry dowód na przetrwanie człowieka, nie może być odmówione psu.

Przypadek III – Telepatia między psem a człowiekiem

Pan J. Foot Young w Light (22 marca 1913 r.) pisze:

Miałem szorstkowłosego foksteriera o imieniu „Fido”, który był mi bezgranicznie oddany.Pewnej nocy właśnie kładłem się do łóżka, gdy ogarnęło mnie niewytłumaczalne poczucie nadchodzącego niebezpieczeństwa, którego nie mogłem się pozbyć. Chociaż dopiero co obszedłem wszystkie pokoje i zostawiłem „Fido”, by pilnował szczurów grasujących w zmywalni, natychmiast znów się ubrałem i zacząłem jeszcze raz sprawdzać każde pomieszczenie. Gdy dotarłem do zmywalni, ku mojemu zdziwieniu „Fido” zniknął. Wtedy przyszło mi do głowy, by zawołać go w sposób, który zawsze wprawiał go w zachwyt: „Fido, Fido, chodź na spacer!”. Odpowiedział mi słaby, stłumiony skowyt, który ostatecznie zlokalizowałem w ścianie. Muszę tu wyjaśnić, że kominek i kocioł do prania były połączone poziomym przewodem dymowym długości około dwunastu stóp. Jak później odkryłem, w kominku była szczurza dziura, a „Fido”, który był postrachem szczurów, najwyraźniej pogonił jednego z nich do przewodu i nie mógł się odwrócić, aby wrócić. Nie pozostawało nic innego, jak tylko rozbić ścianę, co uczyniłem kilofem.Gdy został uwolniony, „Fido” był w stanie skrajnego wyczerpania, dusił się, a pysk i nozdrza miał pełne sadzy. Gdybym nie posłuchał otrzymanego wrażenia, nigdy nie dowiedziałbym się, co się z nim stało, ponieważ ognia używano tam rzadko.Między mną a „Fido” istniała bardzo silna więź. Czy w tym stanie udręki telepatycznie zwrócił się do mnie jako do swojego przyjaciela? Był to bardzo bystry zwierzak. Między innymi, choć nigdy go tego nie uczono, zawsze przynosił listy ze skrzynki pocztowej, ale nigdy nie przyniósł takiego, na którym nie było znaczka pocztowego.

W powyższej relacji jest coś więcej niż sama telepatia. Nie tylko opowiedziano nam niezwykłą historię o prawdopodobnym przypadku telepatii, ale również o psie posiadającym wyraźną inteligencję i uczuciowość – cechy, których nie zawsze można doszukać się u człowieka. Dlaczego przetrwanie człowieka ma być przyjmowane z góry, a zwierzęciu się go odmawia?

Przypadek IV – Prawdziwa halucynacja

M. Camille Flammarion, wybitny francuski astronom, odpowiada za następującą relację, którą przekazał prasie:

Pan Georges Graesen z Instytutu Astronomicznego Francji miał bernardyna o imieniu „Bobby”, który był do niego namiętnie przywiązany. Kiedy pracował w swoim gabinecie, ulubioną pozycją psa było leżenie u jego stóp. Dokądkolwiek pan Graesen wychodził – na spacery, z wykładami czy do pracy badawczej – „Bobby” był jego oddanym towarzyszem. Pies nie lubił jednak obcych, a członkowie rodziny pana Graesena, uważając go za niebezpiecznego, wysłali go, bez wiedzy właściciela, na uśmiercenie.Tego wieczoru pan Graesen usłyszał hałas przed drzwiami i otwierając je, zobaczył – jak mu się wydawało – „Bobby’ego”, który wszedł do środka i otarł nos o jego dłoń. Pan Graesen schylił się, by pogłaskać psa, lecz w tej samej chwili pies zniknął. Zdezorientowany i ogarnięty niewytłumaczalnym lękiem, pobiegł do telefonu i zażądał wyjaśnienia, co stało się z jego psem. Poinformowano go, że zwierzę właśnie zostało zabite. Chwila jego śmierci dokładnie zbiegła się z pojawieniem się „widmowego psa” w pokoju jego pana.

M. Flammarion wyraził mocne przekonanie, że to właśnie z powodu żarliwej miłości psa do właściciela, w miarę jak zbliżała się śmierć, natężenie jego rozpaczy na myśl, że już nigdy go nie zobaczy, spowodowało przejście fali myślowej od zwierzęcia do jego pana.

Relacja M. Flammariona jest znacznie lepsza od tej przytoczonej w Przypadku I. Uznajemy pana Graesena za człowieka uczciwego, niemającego żadnego interesu w opowiadaniu tej historii swojemu przyjacielowi. Relacja jest całkiem konkretna i tak samo godna przyjęcia jak tysiące przypadków zjaw, fantomowych postaci mężczyzn i kobiet widywanych w chwili śmierci, w jej pobliżu lub po niej, które przez ponad trzydzieści dwa lata odnotowywano w Proceedings Towarzystwa Badań Psychicznych.

Dlaczego mielibyśmy uznawać takie przypadki za dowód bezcielesnego stanu ludzkich istot, a jednocześnie wahać się uznać przetrwanie naszych oddanych czworonożnych przyjaciół?

M. Flammarion nie przypisuje jednak „Bobby’emu” nieśmiertelności, lecz sugeruje, że „Bobby”, w intensywności swojej rozpaczy, spowodował przejście fali myślowej do swego pana. Jeżeli fala myślowa może przybrać postać żywego psa, wejść do pokoju i zachowywać się tak, jakby pragnęła otrzeć nos o dłoń swojego pana, to czym różni się to zjawisko od pojawienia się zmarłego człowieka, widzianego w chwili śmierci, w jej pobliżu lub po niej, uśmiechającego się bądź okazującego inne poruszające oznaki uczucia? Jeśli istnieje jakaś różnica, należałoby ją wykazać.

Wartość relacji pana Graesena polega na tym, że nie wiedział on, iż jego pies został zgładzony, podczas gdy w Przypadku I domyślaliśmy się, co się stało, i być może w jakiejś podziemnej operacji psychicznej przywołaliśmy trzy dni później obraz psa collie. W tym przypadku nie ma takiej drogi ucieczki. Mamy tu człowieka nauki, cieszącego się opinią osoby inteligentnej, zrównoważonej i bystrej obserwacyjnie, który opowiada zupełnie prostą historię opartą na faktach oraz potwierdzoną przez zmysły słuchu, wzroku i dotyku.

Przyjmijmy wyjaśnienie M. Flammariona o „fali myślowej”, a zyskamy wiele materiału do rozmyślań. Ale przypuśćmy, że „Bobby” nie pojawił się bezpośrednio przed śmiercią ani w chwili umierania, lecz kilka minut później – co wtedy? Coś przetrwało, co nie umarło, mianowicie istota, której pan Graesen nie był w stanie odróżnić od swego wiernego „Bobby’ego”; pamięć, inteligencja, przywiązanie i uczucie przetrwały. Zakładając, że przetrwały śmierć, pod jakim względem taki dowód jest słabszy od tego, który przedstawia się na rzecz przetrwania człowieka?

(Ciąg dalszy nastąpi.)


Przypis

¹ S.P.R.Society for Psychical Research (Towarzystwo Badań Psychicznych).

źródło: DO ANIMALS SURVIVE DEATH? A Record of Strange Experiences; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, July 24, 1915.


Część II

Czy zwierzęta przeżywają śmierć?
Zapis niezwykłych doświadczeń

James Coates
(Dokończenie ze strony 357)

Przypadek V – Głosy psychofizyczne (fenomenalne)

Podczas pierwszego z dziewięciu seansów z panią Wriedt, które odbyły się w Glenbeg House, Rothesay (1912), miało miejsce następujące zdarzenie, w obecności piętnastu osób, w tym medium i autora. Poniższy fragment pochodzi z notatek pana Johna Y. Stevensona. Pisze on:

Po tym, jak kilkoro uczestników otrzymało pocieszające przekazy, znów przemówił jakiś głos. Był to głos mojego brata Jamesa, który zmarł rok wcześniej w Rothesay. Zwrócił się do mojej żony po imieniu, mówiąc jej, że jest szczęśliwy i że spotkał mojego ojca, który czyni postępy. Teraz następuje osobliwa część jego przekazu. Powiedział: „Twój pies jest tutaj ze mną”. Zapytałem: „Jak się nazywa?”. Głos odpowiedział: „Jock”, co było poprawne. Byłem zachwycony i zdumiony i powiedziałem o tym. Mój brat dodał wtedy: „Mam tu ze sobą wszystkie moje zwierzęta”, i natychmiast wszyscy usłyszeliśmy skowyt mojego psa. Podszedł i otarł się o moje nogi, a ja poczułem, jak jego nos dotknął mojej dłoni w pieszczotliwy sposób. Mogę dodać, że bardzo kochałem tego psa; był to irlandzki terier. Zdarzenie to wywołało wiele komentarzy. Pan Mackintosh zwrócił uwagę, że nie było to szczeknięcie. To prawda. Był to skowyt, taki sam, jaki „Jock” wydawał za życia.

Choć głos psa i jego manifestacja mogą wydawać się dziwne, i choć na ten zapis – o którego prawdziwości wiesz – może spaść śmieszność, nie mogę go pominąć. Nie jest ani trochę bardziej dziwny niż światła, eteryzacje i zidentyfikowane zjawiska głosowe, które charakteryzowały to przekonujące posiedzenie.

W świadectwie pani Stevenson czytamy:

Jeśli chodzi o psa pana Stevensona, „Jocka”, którego bardzo kochał i który przez wiele lat był jego towarzyszem, nikt nie był bardziej zaskoczony niż my sami, bo sądziliśmy, że jego dni szczekania już minęły.

Relacja ta jest poprawna i rzeczowa. Opowiadający przywiązuje tę samą wagę do manifestacji psa, co do manifestacji swego zmarłego brata Jamesa. W obu przypadkach nie ma wątpliwości. Piętnaście inteligentnych i uważnych osób słyszało rozmowę, jaka miała miejsce pomiędzy głosem zmarłego Jamesa Stevensona a państwem Stevensonami. Słyszeliśmy też radosne odgłosy psa. Warto zauważyć, że dowód na fenomenalną manifestację irlandzkiego teriera jest nawet większy niż ten przedstawiony w odniesieniu do zmarłego człowieka; ten ostatni objawił się jedynie poprzez zjawisko głosu, natomiast pies poprzez częściową materializację oraz przez wywołanie halucynacji dotyku i czucia: „Otarł się o moje nogi i poczułem, jak jego nos dotknął mojej dłoni w swój pieszczotliwy sposób”.

Zwróciłem się kilkoma słowami do Osobowości Kontrolującej, „doktora Sharpa” (którego od czasu do czasu się widuje, lecz którego nigdy nie przestaje się słyszeć na tych seansach), i zapytałem: „Czy zwierzęta żyją dalej w tamtym świecie?”.

W odpowiedzi powiedział:

Tak; w życiu duchowym istnieją zwierzęta. Wszystkie wasze ulubione zwierzęta tam są. Wasze psy, koty, papugi i ptaki tam są; wszystko, co kochaliście i do czego byliście przywiązani, tam jest. Życie nigdy nie umiera. Nic, co kiedykolwiek żyło, nie może umrzeć. W świecie duchowym istnieje sfera zwierzęca i one żyją w tej sferze.

To stwierdzenie może zadowalać uczucia sentymentalne – „jakże miło pomyśleć, że ma się wszystkie swoje zwierzęta w świecie duchów” – ale niestety wypowiedzi „doktora Sharpa” raczej zaciemniają sprawę, niż ją wyjaśniają. Jeśli „życie nigdy nie umiera” albo „nic, co kiedykolwiek żyło, nie może umrzeć”, to co z wszystkimi innymi zwierzętami, żmijami, wężami, robactwem, mikroskopijnymi zarazkami chorób i owadami? Czy one wszystkie także mają przetrwać? Jeśli tak, problem nie jest łatwy do rozwiązania.

Przypadek VI – Głosy psychofizyczne

Podczas seansu z panią Wriedt w naszym domu, w obecności szesnastu osób (lipiec 1913), wydarzyło się – między innymi – to, co następuje. Cytuję z notatek doktora Garscaddena:

Na tym seansie obecny był londyński chemik, który uzyskał bardzo wyraźny dowód powrotu duchowego poprzez zjawisko głosu, podczas którego odbył bardzo przekonującą rozmowę ze swoją żoną. Następnie wydarzyło się coś takiego: pani Wriedt powiedziała: „O rety, wydaje mi się, że widzę psa”, po czym zaczęła opisywać psa wyglądającego jak foksterier, który – jak twierdziła – biegał po pokoju. Był bardzo żywy, gdyż jasnowidząca widziała go, jak figluje i podskakuje.

Pani Wriedt zapytała siedzącego niedaleko mnie dżentelmena: „Czy zna pan tego psa?”. Odpowiedział, że nie. Pani Wriedt sądziła, że musi to być jego pies, ponieważ skakał wokół niego. Wkrótce potem usłyszeliśmy szczekanie teriera. Powtórzyło się to kilka razy, jakby pies cieszył się, że został zauważony. Te radosne odgłosy były bardzo realistyczne, choć wiedzieliśmy, że w pokoju nie ma żadnego żywego psa. Ów uczestnik zaprzeczył, jakoby znał tego psa. „Doktor Sharp” oznajmił wtedy, ku zdumieniu owego pana, że był to jeden z psów, które ten uśmiercił. Pan Berry, bo tak uczestnicy dopiero teraz się dowiedzieli, że nazywa się chemik, powiedział, iż w toku swego zawodu bywał zmuszony z różnych powodów uśmiercać psy i ten pies mógł być jednym z nich. „Doktor Sharp” wyraził swoje oburzenie nie tylko samym zabijaniem psów, ale i okrucieństwem tego czynu…

Powyższa relacja jest jedynie najkrótszym streszczeniem i jest poprawna na tyle, na ile sięga. Co do wypowiedzi i opinii „doktora Sharpa”, nie trzeba niczego więcej dodawać, ale dobrze będzie zauważyć:

Z wyjątkiem mnie nikt w pokoju nie wiedział, że pan Berry jest chemikiem, i z pewnością nikt nie wiedział, że uśmiercał psy za pomocą trucizny – ani też, że ten konkretny pies należał do nich. Pies został najpierw opisany przez medium, a następnie „przemówił”.

Manifestacja psa – całkowicie nieoczekiwana – była przekonującym następstwem manifestacji zmarłej żony owego dżentelmena. Jeśli przyjmujemy tę drugą, czy można odrzucić pierwszą?

Mógłbym podać wiele przypadków, w których twierdzi się, że psy manifestowały się na tych seansach, lecz zakończę jeszcze jednym przykładem.

Przypadek VII – Głosy psychofizyczne

W sprawozdaniu napisanym przez pana Johna Aulda (inżyniera-eksperta i wynalazcę) z seansów odbywających się w Rothesay (22 lipca 1913) czytamy:

Pewnego wieczoru, kiedy moja córka rozmawiała ze mną przez tubę, zapytałem, czy ukochany pies mojej żony, „Gyp”, jest przy niej. „Tak” – odpowiedziała – „Gyp tu jest”. „Czy ‘Gyp’ nie mógłby szczeknąć?” – spytałem. „Zawołaj ‘Gypa’, tato, a zobaczysz!”. Zawołałem: „Gyp, Gyp, chodź no, Gyp, czy nie możesz zaszczekać?”. Dość głośne szczeknięcie, odpowiadające głosowi małego psa, przerwało ciszę pokoju kilka razy. Byliśmy całkiem zaskoczeni, gdy potem rozległo się głębokie i potężne szczekanie ewidentnie dużego psa – jak mastifa albo bernardyna – jakby szczekał solidarnie z naszym pupilem, tak jak psy robią to za życia. Nie wysuwam żadnej teorii na temat przetrwania zwierząt w świecie duchowym, lecz jedynie zapisuję to, co wydarzyło się podczas tego konkretnego seansu.

Mógłbym dodać, że wiele lat wcześniej, kiedy pani Coates znajdowała się pod kontrolą inteligencji uznanej przez pana Aulda za jego żonę, medium nie tylko trafnie opisało tego psa, lecz także podało jego imię. Wzmianka o psie i o tym, że jest przy niej, została przez pana Aulda przyjęta w dobrej wierze jako jeszcze jeden z wielu elementów tożsamości przekazanych mu przez zmarłą panią Auld.

Trzeba teraz zauważyć, że jego córka (w postaci ducha) natychmiast odpowiedziała na sugestię dotyczącą „Gypa”, a „Gyp” obwieścił swoją obecność szczekaniem. Czy możemy przyjąć dowód powrotu córki, a odrzucić dowód dotyczący psa? W obecnym stanie rzeczy nie wydaje mi się to możliwe; jeśli bowiem pamięć mnie nie myli, wspomniana młoda dama, wiele lat zanim pani Wriedt przybyła do Szkocji, często rozmawiała ze swoim ojcem o „Gypie” i o swoim kucu, który, jak się okazuje, również był „po tamtej stronie”.

Przypadek VIII – Fotografia spirytystyczna

Zamierzam teraz przedstawić jeden lub dwa przypadki, w których pojawiają się dowody na sfotografowanie widmowych lub duchowych psów.

Pan J. Wade Cunningham z 327 South Spring Street, Los Angeles, Kalifornia, przesłał poniższą relację panu W. T. Steadowi (Borderland, tom IV, 1897, s. 269–270), a ponieważ miałem przyjemność eksperymentować w naszym domu ze zmarłym już panem Edwardem Wyllie, medium, uznaję tę opowieść za poprawną.

Po siedmiu latach uważnego studiowania spirytyzmu pojawił się dowód w postaci testów od uczciwych mediów. Członkini porządnej metodystycznej rodziny, liczącej dziesięć osób, mówiła o pięknej damie i o psie, których można było widzieć i słyszeć, gdy obecny był ich pan. Zwierzę szczekało i podskakiwało na dźwięk głosu swojego właściciela. Otwierało zatrzask drzwi wiejskiego domu i robiło wiele rzeczy, które wykonywało za życia na ziemi, najwyraźniej próbując dać swemu panu znać o swojej obecności.

Duch tej pani zwykle ukazywał się w białej sukni ozdobionej koronką. Przy pewnej okazji poproszono ją, aby ukazała się w innym stroju i przyprowadziła psa, by można było zrobić im fotografię. Jedyną odpowiedzią na tę prośbę był pogodny uśmiech. Pan Wyllie, fotograf, nie miał żadnej wiedzy o pożądanym efekcie i sprzeciwiał się ustawieniu pustego krzesła obok osoby fotografowanej, mówiąc, że mogłoby to ośmieszyć jego pracę. Głównym celem było uzyskanie zdjęcia psa siedzącego na krześle obok swego pana. W miejscu przeznaczonym dla psa ukazał się natomiast portret twarzy i popiersia duchowej damy w jej zwykłym stroju. (Fotografia załączona, nr 1).

Drugą próbę podjęto dwa dni później. Fotografowany stał na tle dekoracji, a aparat był ustawiony na niego. Po naświetleniu płyty operator i fotografowany weszli do ciemni i ujrzeli na negatywie portret damy w innym stroju oraz upragniony wizerunek psa. (Fotografia załączona, nr 2).

Osoba fotografowana oświadcza, że portret przedstawia psa, którego posiadała w Nowej Anglii i który został tam zabity osiemnaście lat wcześniej. Przy wykonywaniu tej fotografii nie mogło dojść do oszustwa.

Powyższe – choć nieco skrócone względem oryginalnego oświadczenia – jest zasadniczo poprawne. Należy zauważyć, że młoda metodystka, będąca jasnowidzącą, była konsekwentna w swoich opisach duchowej damy i psa. Pies, jak go opisywano, został rozpoznany przez swego pana i okazywał radość z rozpoznania. Niewidzialny pies został sfotografowany tak samo jak niewidzialna dama, a podobne środki psychiczne dały podobny rezultat w obu przypadkach. Jeśli uznamy autentyczność tego zdarzenia – a nie mamy powodu w nią wątpić – całość daje wiele do myślenia.

Przypadek IX – Fotografia spirytystyczna
(Świadectwo sędziego Leviego Mocka)

Pomijając wszystkie szczegóły dotyczące kwalifikacji sędziego do oceny dowodów oraz jego pozycji, mogę wspomnieć, że mój szanowny korespondent, doktor Austin, powiedział: „Może pan całkowicie polegać na ścisłości tych oświadczeń. Dobrze znam sędziego. Może go pan bezpiecznie cytować”.

W relacji sędziego, którą streszczam, czytamy:

Cztery lata temu (1904) Frank Foster z Grand Rapids w stanie Michigan był obecny na zjeździe obozowym w Chesterfield. Najpierw usiadłem do fotografii. W ciągu kilku dni otrzymałem wywołane zdjęcia. Nikogo na nich nie rozpoznałem. Żadna z osób nie była ze mną spokrewniona.

Później sędzia uczestniczył w seansie z panią Herbine, medium piszącym na łupkach, podczas którego niezależne głosy rozmawiają z uczestnikami. Rozmawiał tam ze swoim ojcem – zmarłym kilka lat wcześniej – który poradził mu, aby wrócił i odbył jeszcze jedną sesję z Fosterem. Uwierzawszy ojcu, uczynił to i wykonał kolejną fotografię, na której od razu rozpoznał trzy duchowe wizerunki, z których jeden przedstawiał jego psa. Sędzia Mock wrócił do pani Herbine, mając fotografię w kieszeni, i „zapytał o imię psa”. Odpowiedź „doktora Coultera” (kontrolera medium) brzmiała: „Blood”. Podaję teraz końcowe oświadczenie sędziego jego własnymi słowami:

Rozpoznałem wizerunek „Blooda” jako mojego ulubionego psa gończego, fokshaunda (który jest w niebie albo w jakimś innym miejscu), i nazwałem go „Blood”, ponieważ nigdy nie przestawał biec, dopóki nie schwytał lisa.

Wyjmowałem pytania jedno po drugim, a wizerunki były nazywane zgodnie z moją wiedzą. Pierwsza postać nad psem to moja ciotka Polly Reitnour; tuż nad moją głową jest moja siostra Rachael; ta wyżej po lewej to Luther Colby (nasz słynny mówca); a ta po lewej nosi nazwisko Williams – doktor Coulter powiedział, że nie jest ze mną spokrewniony i ja go nie rozpoznaję. Kiedy wróciłem do domu, wielu moich sąsiadów rozpoznało „Blooda” i moją siostrę.

To, co powiedziałem, jest dosłownie prawdą. Nie mam żadnego powodu, by mówić nieprawdę.

Duffton, Indiana.
Levi Mock.

Pełne szczegóły tej relacji można znaleźć w książce Photographing the Invisible (s. 162–164). Zanim przejdziemy do punktów psychicznego zainteresowania jako materiału dowodowego, warto zauważyć, że gdyby sędzia Mock nie wrócił i nie odbył drugiej sesji z panem Frankiem Fosterem, otrzymując odbitkę z czterema (albo żadnymi) „dodatkowymi” postaciami, mógłby, jak większość niedoinformowanych osób odwiedzających obozy i pokoje seansowe, dojść do wniosku, że Foster był fałszywym fotografem, pobierającym dwa dolary za sesję.

Na szczęście sędzia – działając zgodnie z radą Inteligencji manifestującej się w obecności zaufanego i sprawdzonego medium – wrócił i odbył drugą sesję, z rezultatami już opisanymi.

Sędzia Mock nie wiedział, gdzie znajduje się jego pies, lecz nie było możliwości pomyłki co do jego portretu, który był dla odbiorcy równie przekonujący, jak wizerunki jego ciotki, siostry i Luthera Colby’ego.

Choć medium, pani Herbine, było medium autentycznym, sędzia przedsięwziął środki ostrożności. Zanim udał się do medium, wypisał pytania na kartkach, złożył je i schował do kieszeni. W namiocie medium wziął podwójną łupkę, oczyścił ją i po zamknięciu położył pod stopami. Odpowiedzi na jego pytania zostały zapisane na zamkniętych łupkach. Mamy tu mediumiczne wskazówki, głos, pismo na łupkach i zjawiska fotografii spirytystycznej, pochodzące od dwojga różnych mediów, dotyczące spraw wykraczających poza ich normalną wiedzę, prowadzone przez jakąś Inteligencję z niewidzialnego świata – ojca sędziego Mocka – dostarczającą informacji na różne sposoby, równie istotnych dla psa, jak dla zmarłych istot ludzkich. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej rozstrzygającego?

Fotografia spirytystyczna jest jednym ze sposobów – i to bardzo rzadkim – za pomocą których, jak się twierdzi, istoty duchowe manifestują swoją obecność tym, których opuściły i kochały na ziemi. Przytoczyłem dwa przypadki, w których sfotografowano psy. Świadectwo ich właścicieli mówi, że psy te były im oddane za życia ziemskiego. Jaki z tego wynika wniosek? Jeśli fotografia spirytystyczna stanowi dowód, to te psy również zamanifestowały swoje przywiązanie do tych, których opuściły i kochały na ziemi.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

źródło: DO ANIMALS SURVIVE DEATH? A Record of Strange Experiences; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, July 31, 1915.