Czas i potrzeba chwili

Teraźniejszość naznaczona jest doniosłym przejściem we wczesnym stanie rodzaju ludzkiego – przejściem, które na zawsze będzie wyróżniane jako początek nowej ery w dziejach człowieka.

Najbardziej oświecone umysły szybko wznoszą się ku wzniosłej równinie intuicji, gdzie dusza nie podąża już w przyćmionym, ziemskim świetle krętą linią indukcji, lecz czyta z jaśniejszą wizją niepisany język duchowego wszechświata.

Łańcuch, który niegdyś wiązał stworzenie z dziedziną fizycznego istnienia, zostaje zerwany, a my zbliżamy się obecnie do sfery niewidzialnych przyczyn, z którą wkrótce będziemy pozostawać w bliskiej korespondencji.

Ci, którzy ograniczyli Boską sankcję do jednej Księgi i przywłaszczyli sobie wyłączne oraz apostolskie prawo wykładania jej mistycznej nauki, zostają przez bieg wydarzeń dobitnie pouczeni, że istnieją także inne źródła i środki duchowego nauczania.

Podczas gdy ci świątobliwi rabini pozostawieni są, by pielęgnować swoje posępne widma, świat uraduje się na wieść, że duch Natchnienia nie umarł i nie został pogrzebany, lecz milczał jedynie wtedy, gdy ludzie byli zagubieni w swoich egoistycznych i materialnych planach.

Duch ten wciąż unosi się nad ziemią, inspirując najwznioślejsze myśli i przyspieszając dojrzewanie pierwiastków naszego człowieczeństwa ku boskiemu życiu.

Natchnienie jest ograniczone jedynie przez usposobienie i zdolność duszy. Jest darem wszystkich epok, lecz szczególnie tych okresów, które charakteryzują się zewnętrzną prostotą i wewnętrznym wzrostem.

Z zainteresowaniem wypatrywaliśmy świtającego światła nowego Dnia – zainteresowaniem tak głębokim, że często odbierało nam sen i czyniło nocne czuwanie sposobnością do przebudzenia i medytacji.

Zainteresowanie to wzrasta z każdą następującą po sobie godziną, gdy Poranek z purpurowych piór swoich skrzydeł rozsiewa światło swego wschodu.

Lecz choć radujemy się nadejściem dnia, uroczysta refleksja przychodzi do nas taka: odpowiedzialność jego żywych uczestników musi być proporcjonalna do światła epoki.

Jeśli nasze stanowisko jest wysokie, powinno ono natchnąć nas wzniosłym celem i szlachetnym wysiłkiem. Jeśli zostaliśmy wyniesieni do nieba w sferze myśli i środków duchowej kultury oraz postępu, nasze sposoby działania powinny być odpowiednio oczyszczone i uwznioślone.

Nasza Idea jest nadzwyczaj piękna, lecz wciąż oczekuje godziny swego wcielenia.

Kto ucieleśni ją w chwalebnych formach nowego i Boskiego Porządku? Kto zerwie zasłonę świątyni i sanktuarium, i uczyni samą zasadę zamieszkującym duchem reformy instytucjonalnej?

Nasze światło zostanie nieuchronnie ukryte, jeśli nie zostanie zapewniony praktyczny rezultat.

Gdzie zatem jest budowniczy, który uciszy zarzuty sceptyków i urzeczywistni nadzieje Ludzkości, przedstawiając światu jako fakt to, co rozwinięte umysły ukształtowały dotąd w teorii?

Człowiek, który tego dokona, spełni szlachetną posługę, dzięki której jego imię i pamięć zostaną na zawsze uświęcone w sercach tysięcy tych, których niedole może usunąć lub złagodzić.

Nie wystarczy poszukiwać duchowej nauki i kierownictwa, a potem wracać do dawnych dróg. Człowiek gorliwy nie usiądzie też po to, by spędzać czas jedynie na tkaniu materii takiej, z jakiej utkane są sny.

„sny są zrobione”.

Prawdziwy reformator jest człowiekiem czynu. Jest zawsze w ruchu i nie pozostałby bezczynny nawet w Niebie.

A jednak, mimo swej potężnej stanowczości i nieustannej aktywności, reformator dzisiejszego dnia może ledwie dorównać dziełu, które zostało mu powierzone.

Jednostka może upaść, jeśli pozostawi się ją samą w walce, choć sprawa może czerpać nową siłę z krwi i popiołów swoich męczenników.

Aby wysiłki reformatora okazały się w pełni skuteczne, konieczne staje się skupienie dostępnych środków i czynników.

Istnieją ukryte elementy mocy, które – jeśli zostaną roztropnie połączone i użyte – rozwinęłyby najbardziej zdumiewające i dobroczynne

rezultaty. Lecz stosunkowo niewiele można osiągnąć, jeśli lekceważy się prawa organicznej relacji i zależności.

Natura, we wszystkich wyższych stopniach bytu, wykonuje swoje działania przez zorganizowane współdziałanie. Funkcje życia wszędzie – przynajmniej w granicach ludzkiej obserwacji – zależą od organizacji przystosowanej do wspierania celów danego istnienia.

Dopóki czegoś nie uczyni się w ten sposób, jedynie ci, których los pobłogosławił ponad innych – oraz ci, którzy są dostatecznie eteryczni, by utrzymywać wiarę – mogą poświęcać się wyłącznie szczególnemu dziełu, do którego powołała ich Natura i ich wewnętrzne pokrewieństwa.

Nie powinniśmy obawiać się organizacji dlatego, że niektórzy uczynili z niej narzędzie ucisku. Ludzie odgrywali tyrana w swej indywidualnej zdolności – i mogą to czynić ponownie.

Nie wolno nam się wahać dlatego, że stare organizmy obumierają; spełniły już bowiem cel swego istnienia, a teraz tylko znikają, aby twórczy geniusz epoki – uświęcony miłością do bosko pięknego – mógł zaludnić ziemię.

Formy nowego stworzenia wkrótce się ukażą i obejmą ziemię w posiadanie. Lecz bierne oczekiwanie jest równie bezsilne jak ustna modlitwa o przyspieszenie czasu.

Musi nastąpić działanie, inaczej nie będzie przemiany. Najbardziej godną przyjęcia prośbą, jaką kiedykolwiek złożono przed najwyższym Majestatem, jest ta, w której gorliwa dusza ucieleśnia swoje pragnienie w wielkim humanitarnym Dziele.

Gnuśność, samolubstwo i obłuda mogą profanować katedralny kult, lecz kiedy duch zostaje poruszony tak głęboko, że każde włókno serca jest dotknięte, a każdy nerw działania drży w jednej wielkiej walce o Człowieka, nie ma miejsca na kwestionowanie szczerości służby.

Istnieje tak wyraźna różnica między modleniem się a działaniem naszych czasów, że budzi to podejrzenie, iż głównym składnikiem wielu modlitw jest dwutlenek węgla wydychany z płuc.

Lecz drżące nerwy, poruszone mięśnie, łzy, pot, krew – oto stanowią ofiarę, którą złoży kiedykolwiek tylko prawdziwie pobożny czciciel.

Natura, w każdym swoim dziale, wykonuje pracę przez następstwo postępowych ruchów, często tak stopniowych, że wymykają się obserwacji. A kiedy czasem niezwykła zbieżność jej sił wywołuje nagłą rewolucję w formach materialnego istnienia, skutki bywają często niszczące dla własności i życia.

Łagodne rosy i deszcze odziewają ziemię żywym pięknem, lecz burza i powódź pozostawiają w ruinie ślad swego straszliwego pochodu.

Chociaż Natura, przez swoje przeważające sposoby działania, zdaje się zakazywać nagłego lub spazmatycznego wysiłku, to niezliczonymi przykładami sankcjonuje stopniowe przejście.

Wydaje mi się, że ci, którzy pracowali nad ustanowieniem nowego porządku społeczeństwa, pogwałcili zasady Natury i zlekceważyli lekcje doświadczenia, próbując dokonać zbyt wiele jednym ruchem.

Zmiana całej struktury społeczeństwa nie jest dziełem jednego dnia. Nie można też przeprowadzić tego przejścia bez odpowiedniego przygotowania elementów społecznych.

Ci, którzy zmierzają prosto do ultimatum, bez właściwych kroków pośrednich, są – jak pokornie sądzimy – zaangażowani w ruch nienaturalny i rewolucyjny, który musi przynieść raczej zamęt niż harmonię.

Nie możemy powstrzymać wyrazu żalu, że nie mamy jakiegoś wielkiego ducha, ochrzczonego ogniem boskiej filozofii, który poprowadziłby koła postępu.

Potrzebujemy tylko drugiego Lutra – człowieka dostosowanego do czasu i ruchu – a nastąpiłaby rewolucja, która boskością swoich zasad i wspaniałością swoich dokonań przyćmiłaby przeszłość. W porównaniu z nią chwała Reformacji zniknęłaby tak, jak światło księżyca ginie w blasku Dnia.

źródło: The Time and the Demand;   „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.