Przypadek Henry’ego Junga-Stillinga stał się klasycznym przykładem w wielu ortodoksyjnych książkach poświęconych modlitwie. Był on lekarzem na dworze wielkiego księcia Badenii, bliskim przyjacielem Goethego, który – poruszony jego niezwykłymi doświadczeniami – nakłonił go do spisania historii swojego życia.
Stilling pragnął studiować medycynę na uniwersytecie i w odpowiedzi na modlitwę o to, którą uczelnię powinien wybrać, otrzymał wskazanie, by udać się do Strasburga. Aby tam studiować, potrzebował tysiąca dolarów, a miał zaledwie czterdzieści sześć; mimo to z tą właśnie sumą wyruszył w drogę, całkowicie ufając niebiańskiej pomocy. Kiedy dotarł do Frankfurtu, został mu już tylko jeden dolar. Przedstawił swoją sprawę w modlitwie. Idąc ulicą, spotkał kupca, który, dowiedziawszy się o jego zamiarze podjęcia studiów, zapytał, skąd weźmie pieniądze. Stilling odparł, że ma tylko jednego dolara, ale jego Ojciec Niebieski jest bogaty i zatroszczy się o niego.
„Cóż, ja jestem jednym ze szafarzy twojego Ojca” – powiedział kupiec i wręczył mu trzydzieści trzy dolary.
Gdy już osiadł w Strasburgu, nadszedł termin opłaty za wykłady i należność musiała zostać uiszczona do czwartku wieczorem, w przeciwnym razie jego nazwisko zostałoby skreślone z listy studentów. Spędził cały dzień na modlitwie, a o piątej po południu wciąż nic nie nadeszło. Jego niepokój stał się nie do zniesienia, gdy nagle usłyszał pukanie do drzwi. Wszedł gospodarz i zapytał, czy pokój mu odpowiada oraz czy ma pieniądze.
„Nie, nie mam pieniędzy” – zawołał Stilling w rozpaczy.
„Już rozumiem, o co chodzi” – odparł gospodarz. „Bóg posłał mnie, abym ci pomógł” – i wręczył mu czterdzieści dolarów.
Stilling rzucił się na podłogę i dziękował Bogu, podczas gdy łzy płynęły mu z oczu. Całe jego życie miało podobny charakter. Nieustannie modlił się do Boga i w ostatniej chwili jego potrzeby zostawały zaspokojone.
Jak trudno przypuścić, że Bóg interesował się szczególnie jednym spośród tysięcy studentów, pomijając innych, równie ubogich, potrzebujących i równie gorliwych w swoich staraniach! Jak łatwo natomiast założyć, że jakiś przyjazny duch-anioł, przewidując wielkie możliwości Stillinga, zainteresował się nim i wpływając na ten czy inny umysł, torował mu drogę oraz dostarczał środków, których bezwzględnie potrzebował. Warto zauważyć, że nigdy nie otrzymywał więcej, niż wymagała tego sytuacja. Nikt nie dawał mu hojnie ponad miarę ani więcej, niż wystarczało na jego pilne potrzeby.
Wielebny H. Bushnell w swojej książce Nature and the Supernatural wspomina interesujące zdarzenie, o którym usłyszał podczas pobytu w Kalifornii. Pewien lekarz wynajął dom w nowym mieście handlowym założonym rok wcześniej, zobowiązując się płacić dziesięć dolarów miesięcznego czynszu. Kiedy nadszedł dzień zapłaty, nie miał czym uregulować należności i nie widział żadnego sposobu zdobycia pieniędzy. Po naradzie z żoną uznali, że ich jedyną nadzieją pozostaje modlitwa, której tak często już próbowali. Zaczęli więc się modlić i uzyskali wewnętrzną pewność, że ich potrzeba zostanie zaspokojona.
Nadszedł poranek, lecz pieniądze nie przyszły. Właściciel domu zjawił się wcześniej niż zwykle. Gdy przekroczył próg, ich serca zaczęły opadać, podsuwając myśl, że tym razem ich modlitwa zawiodła. Zanim jednak zdążył upomnieć się o czynsz, podszedł sąsiad i wywołał go na zewnątrz, zajmując go przez kilka minut rozmową przy drzwiach. W tym czasie wszedł nieznajomy, mówiąc:
„Panie doktorze, jestem panu winien dziesięć dolarów za leczenie mnie podczas gorączki – oto te pieniądze.”
Lekarz nie pamiętał ani człowieka, ani usługi, ale gotów był uznać to za wystarczające i miał już pieniądze, gdy właściciel domu ponownie wszedł do środka. To samo wyjaśnienie odnosi się i do tego przypadku, jak do poprzedniego.
Poniższa historia wskazuje nie tyle na odpowiedź na modlitwę, ile na bezpośredni przekaz. Przytacza ją doktor Wilson z Filadelfii:-
Statek pocztowy „Albion”, pełen pasażerów z Ameryki, rozbił się u wybrzeży Irlandii, a wieść głosiła, że wszyscy na pokładzie zginęli. Pewien pastor w pobliżu Filadelfii, czytając listę zaginionych, znalazł nazwisko jednego z członków swojego zboru i natychmiast udał się, by przekazać żonie smutną wiadomość. Kobieta podczas podróży męża modliła się gorliwie i otrzymała wewnętrzną pewność jego ocalenia pośród wielkiego niebezpieczeństwa. Ku zdumieniu duchownego, gdy poinformował ją o katastrofie statku i pokazał listę nazwisk tych, którzy zginęli, odpowiedziała, że to pomyłka: jej mąż był w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ale nie umarł.
Kiedy nadeszły kolejne wiadomości, okazało się, że jej mąż rzeczywiście znajdował się wśród pasażerów, był narażony na ogromne niebezpieczeństwo, lecz ocalał i był jedynym uratowanym.
Nie mogło być żadnego związku między modlitwą żony a ocaleniem męża, ale stan umysłu wywołany modlitwą pozwolił jej odebrać wiadomość o jego bezpieczeństwie.
Sławny artysta Washington Allston, subtelny i nadwrażliwy niemal do przesady, początkowo musiał zmagać się z wielkimi trudnościami i zaznać dotkliwego ubóstwa. W pewnym momencie został doprowadzony do takiej nędzy, że nie miał nawet bochenka chleba dla siebie i swojej żony. W rozpaczy zamknął się w pracowni i żarliwie modlił się o pomoc. Gdy trwał w modlitwie, rozległo się pukanie do drzwi. Otworzył je i ujrzał nieznajomego, który zapytał, czy artysta wciąż posiada piękny obraz „Anioł Uriel”. Pan Allston wyjął go z kąta i strzepnął z niego kurz. Nieznajomy powiedział, że ogromnie podziwiał ten obraz, gdy był wystawiany, i zapytał o cenę. Artysta odpowiedział, że skoro nikt nie wydawał się go doceniać, przestał go oferować.
„Czy czterysta funtów wystarczy?” – zapytał przybysz.
„Nigdy nie odważyłbym się zażądać nawet połowy tej sumy.”
„W takim razie obraz jest mój” – odrzekł gość, wyjaśniając, że jest markizem Stafford, i pozostawił artystę oszołomionego wdzięcznością.
Tam, gdzie odpowiedź na modlitwę następuje tak bezpośrednio po błaganiu, można przypuszczać, że intensywność myśli oddziałuje wprost na człowieka, który odpowiada. Gdy więc Allston pogrążony był w rozpaczy, jego myśli mogły szeroko promieniować, a markiz Stafford, który widział wcześniej obraz i pragnął go nabyć, mógł mieć to wspomnienie nagle ożywione i przez to zostać pociągnięty właśnie w tym szczególnym momencie do pracowni artysty. Oczywiście przypadek ten dopuszcza także bezpośrednią interwencję anielskich posłańców, ponieważ wszystkie fakty tego rodzaju ściśle się splatają i podlegają tym samym ogólnym prawom, a trudno rozstrzygnąć, której z tych dwóch przyczyn należy je przypisać. Drzwi, które dopuszczają obecność istot anielskich, czynią również możliwym wpływ fal myślowych.
Studenci Reformacji dobrze znają troskę Lutra o Melanchtona wyrażoną w modlitwie. Ten drugi był już uznany za umierającego, gdy Luter pośpieszył do łoża śmierci ukochanego przyjaciela z łzami i okrzykami rozpaczy. Melanchton ocknął się i powiedział:
„Och, Lutrze, to ty? Dlaczego nie pozwolisz mi odejść w pokoju?”
„Nie możemy cię jeszcze oszczędzić, Filipie” – odpowiedział Luter.
Potem pochylił się i przez długą godzinę modlił się, aż poczuł, że otrzymał odpowiedź. Następnie wziął Melanchtona za rękę, a ten znów powiedział:
„Drogi Lutrze, dlaczego nie pozwolisz mi odejść w pokoju?”
„Nie, nie, Filipie, nie możemy cię stracić na polu pracy” – odparł, po czym dodał:
„Filipie, wypij tę zupę, albo cię ekskomunikuję.”
Melanchton wypił zupę, zaczął wracać do sił i żył jeszcze wiele lat, wspierając niezłomnego reformatora swoim zręcznym piórem. Luter wrócił do domu i powiedział żonie z radosnym triumfem, że „Bóg dał mu z powrotem brata Melanchtona w bezpośredniej odpowiedzi na modlitwę.”
Otóż takie uzdrowienie nazwano by dziś leczeniem przez wiarę albo uzdrawianiem magnetycznym. Stan uczucia wywołany długą i gorącą modlitwą był źródłem siły magnetycznej i właśnie w tym – a nie w bezpośredniej ingerencji Boga – kryła się odpowiedź na modlitwę.
Biskup Bowman podaje następującą relację o nieoczekiwanym wyzdrowieniu biskupa Simpsona, kiedy sądzono, że umiera:-
Pamiętam, jak pewnego razu podczas konferencji w Mount Vernon w stanie Ohio, w której uczestniczyłem, biskup James przewodniczył popołudniowemu zgromadzeniu. Po odczytaniu depeszy informującej, że biskup Simpson umiera w Pittsburghu, poprosił, aby konferencja połączyła się w modlitwie o ocalenie jego życia. Uklękliśmy, a Taylor, słynny kaznodzieja uliczny, prowadził modlitwę. Po pierwszych kilku zdaniach, w których uczestniczyłem całym sercem, mój umysł jakby zaznał spokoju i nie zwracałem już większej uwagi na dalszy ciąg modlitwy, zauważając jedynie jej piękno. Gdy wstaliśmy z kolan, zwróciłem się do stojącego obok brata i powiedziałem:
„Biskup Simpson nie umrze; czuję to.”
On zapewnił mnie, że doznał tego samego wrażenia. Wieść obiegła wszystkich i ponad trzydziestu obecnych tam duchownych oświadczyło, że mieli to samo odczucie. Zrobiłem notatkę w książce, zapisując godzinę i okoliczności.
Kilka miesięcy później spotkałem biskupa Simpsona i zapytałem go, co uczynił, by odzyskać zdrowie. Nie wiedział, ale lekarz powiedział, że było to cudem. Opowiedział, że pewnego popołudnia, gdy był o krok od śmierci, lekarz opuścił go, mówiąc, że zostawi go samego na pół godziny. Pod koniec tego czasu lekarz wrócił i zauważył wielką zmianę. Był wstrząśnięty i zapytał rodzinę, co zrobiono. Odpowiedzieli:
„Nic.”
Jak stwierdziłem po uwzględnieniu różnicy miejsc, tamto pół godziny przypadało dokładnie na czas, gdy modliliśmy się za niego w Mount Vernon. Od tej chwili jego stan stale się poprawiał i żył dalej, by błogosławić Kościołowi i ludzkości.
– Z Psychic Science Hudsona Tuttle’a.
źródło: THE MIRACLES OF PRAYER; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, June 12, 1915.