Wieszcz

Muzyka jako Tłumacz Duszy

Zjawiska fizyczne są być może, mimo wszystko, jedynie grzbietami fal spiętrzających się na bezkresnym oceanie Bytu. I możliwe, że nasze odrębne zmysły rozszczepiają na niepowiązane zjawiska wszechświat, który w istocie jest ciągły. Intelekt budowałby wówczas swoją strukturę pojęciową jedynie z porozrywanych fragmentów myśli, skoro materiał, którym dysponuje, musi przejść przez molekularne pośrednictwo mózgu do świadomości zdolnej do działania.

Przypuśćmy jednak, że Natura nie jest naprawdę jakimś podzielonym obrazem, nie jest poetyckim procesem składania na nowo zmysłowo rozdzielonej zewnętrzności, lecz czymś bardziej analogicznym do ruchliwej materii muzyki – krótko mówiąc, jednym ogromnym i nieprzerwanym kosmicznym strumieniem. Rozważmy bowiem: Natura jest jedynie przyczyną i skutkiem w tym, co nazywamy materialną substancją. Czy nie możemy zatem pomyśleć, że między najściślej powiązanymi zjawiskami poprzedzającymi i następującymi po sobie interweniuje trwanie? Być może zwodzi nas szybkość zmian, skoro tempo przejścia jest względne wobec naszych skończonych umysłów. Takie pośrednie przestrzenie czasu muszą zostać przerzucone mostem, jeśli mamy uniknąć naruszenia ciągłości; ponieważ przerwa, choćby najkrótsza, w żaden sposób nie może być dopuszczona.

Natura rzeczywistości jest wieczystym postępem trwałej substancji, z której tylko pewne części docierają do naszego obecnego rozumienia – jak myśli, które wyłaniają się w umyśle z głębszej świadomości, niż tę, którą znamy. Ta podstawowa prawda mogłaby znaleźć swój wyraz jedynie w tej sztuce, która melodyjnie przewija się przez obrazową naturę i przenika epos historii jak duchem bezczasowej teraźniejszości. Natura zatem, w swoim ostatecznym i postępującym aspekcie, jest niczym potężny strumień nieprzerwanej muzyki, wytryskujący z coraz szerszym rozmachem z samego serca Boga.

Mówiąc o tym głębszym przekonaniu dotyczącym jaźni wspólnej, profesor James utrzymuje, że tak jak drzewa i wyspy splatają pod ziemią swoje korzenie i podstawy, tak istnieje także „ciągłość kosmicznej świadomości, przeciw której nasza indywidualność stawia jedynie przypadkowe ogrodzenia i w którą nasze poszczególne umysły zanurzają się jak w matczyne morze albo zbiornik.”

A morze – ten fizyczny symbol muzyki, podobnie jak ducha – jednorodne i ciągłe, zmieniające nastrój, lecz nie swoją materię, różnicujące się samo w obrębie własnej jedności; raz spokojne jak sen niemowlęcia, za chwilę gwałtowne w swoim szturmie na posępne niebiosa, a na jego szerokiej i niezgłębionej przestrzeni płynie niejedna dostojna jednostka obciążona obrazowym i poetyckim bogactwem.

Tak więc w muzyce zanurzamy się, jak powiedziałby Bergson, w strumień Rzeczywistości. I tak z wyniosłych wzgórz dostojnego wiersza schodzimy, w dół coraz szerzej rozlewającej się rzeki sztuki, aby spotkać – jak śpiewa Tennyson –

Przypływ złotego morza muzyki,
Płynącego ku wieczności.

– Z Hermaia Colina McAlpina

źródło: MUSIC AS THE INTERPRETER OF THE SOUL; LIGHT – A Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research, May 22, 1915.