APOLLO BESTOWS THE VIOLIN
Opowieść sceniczna
I
Pastwiska rozciągały się od obrzeży gajów oliwnych i figowych, oplatających wstęgą wioskę, aż po górskie stoki, gdzie roztrzaskane, ogniem wypalone głazy groźnie piętrzyły się niczym memento wiecznej jałowości – Wszechświat przeciwko walczącemu człowiekowi.
Daphnis nieczęsto prowadzał swoje kozy zbyt daleko ku urwiskom, bo równina była zielona i łaskawa. Tylko w jednym miejscu darń była przerwana. Tam mchy i kwiaty – żółte, niebieskie i białe – porastały wzgórek miękki i jędrny jak dziewczęcy pierś.
Daphnis, dziecko natury, lubił udawać, że ten kopiec jest poświęcony jakiejś nimfie. Nigdy nie wchodził do jego kręgu ani nie pozwalał swoim kozom błądzić po nim. Ale często brał flet i wzywał nimfę, albo wyrażał pierwsze, nieśmiałe poruszenia młodzieńczej duszy prostą pieśnią taką jak ta:
„Kozy moje, słuchajcie, słuchajcie!
Strzeżcie się kopa, niech nie kusi was igraszkami!
Niebo jest otwarte, bogowie są blisko
mych melancholijnych rozmyślań.
Wiosna rodzi na ziemi
żonkile i fiołki.
Może tu właśnie Zeus
z umiłowaną brał rozkosz;
może tu Satyrzy
z nimfami tańczą w takt.
Niech żadna swawolna stopa
nie zburzy tego piękna w kręgu!”
Czasem dodawał jeszcze:
„Może jakaś nimfa przeznaczenia
zechce tu, wśród lilii, zsunąć się cicho,
porwać pasterza śpiewaka z ziemi,
ukryć go w objęciach swojego łona.
Patrzcie, coś drgnęło… to tylko wiatr.
O mnie, o moim losie, nikt nie pamięta.”
Tak mijały dni – w pasterskiej monotonii, której cykl był jedynie pokojem i prostotą.
Lecz w dzień przesilenia letniego, kiedy powtarzał tę samą, starą pieśń, lilie poruszyły się gwałtowniej – a dzień był bezwietrzny. I zdało mu się, że między ich kielichami unosi się delikatna mgła. Śpiewał więc:
„Mgło, czy jesteś wróżebną zasłoną
tej jasnej, która mi jest pisana?
Zbyt fantastyczna, złudna, krucha –
patrz, rozwiewasz się w nicość!”
Jednak ciekawość pobudziła go do czujności: teraz mgła wzbijała się gwałtowniejszymi tchnieniami, a pośród lilii tryskały i migotały małe języki płomieni.
„Czy to sama ziemia (śpiewał), która oddycha
w piersi kwiatów?
Czy to zgubny ogień kipiący
z serca złowrogich mocy?”
A gdy zamęt wzgórka wciąż narastał, zrobił krok ku kręgowi; znów jednak powstrzymał go strach, który sam sobie narzucił. Cofnął się, a potem znów ciekawość popchnęła go naprzód. W końcu rzeczywistość zwyciężyła wyobraźnię – delikatnie wspiął się na kopiec.
Jak sutek piersi ziemia wybrzuszała się, czerwona, pomarszczona, popękana. To ujrzał Daphnis, gdy przedarł się przez wysokie lilie. Z jej środka buchała ciemnoróżowa, różano-czerwona mgła. Gdy rozsunął kwiaty ramionami, powiew wiatru porwał kłąb dymu i zmieszał go z jego oddechem.
Głowę odrzucił w tył: napół się zachłysnął. Wtedy wyrwał mu się zduszony okrzyk, który przemienił się w dziki śmiech. Jego ciało opanował szał. Skakał, wirował, piruety czynił jak ukąszony przez tarantulę – a z jego gardła wydobywały się bezsensowne okrzyki.
Im bliżej podchodził do owego „sutka”, tym dziwaczniejsze były jego ruchy, tym donośniejszy śmiech.
Wtem u podnóża kopca zjawiła się gromada kupców i niewolników, wędrujących karawaną. Zadziwieni niezwykłymi odgłosami, zeszli z drogi i ujrzeli go tańczącego w ekstazie. Szept poszedł w krąg: „On jest opętany duchem jakiegoś boga”. I wszyscy padli na twarze, oddając mu cześć.
II
Potem nadeszło największe zdumienie: w samo południe słońce spowiła czarna zasłona zaćmienia. W gęstniejącej ciemności i dziwnych cieniach Daphnis nadal podskakiwał i śmiał się; lecz gdy słońce zostało całkowicie pochłonięte przez smoka, wydał z siebie przejmujący krzyk i padł bez sił.
To, co było niegdyś kwietnym kopcem, skryło się teraz głęboko pod marmurową posadzką, przejrzystą jak masa perłowa. Po obu stronach sali kucały cztery obsydianowe słonie, oddając cześć centralnemu obiektowi świątyni – smukłemu srebrnemu trójnogowi. Na ich grzbietach spoczywało osiem porfirowych kolumn, oplecionych złoto-czarnymi pytonami. Te dźwigały kopułę lśniącą lapis-lazuli. Kształt świątyni przypominał rybę lub vesica piscis, i nigdzie nie było widać ani krzyża, ani znaku tau.
Pod trójnogiem okrągły otwór w marmurze wypuszczał ciemne opary – te same, które dwa wieki wcześniej napełniły Daphnisa uniesieniem.
Poza każdym słoniem, w rzędzie, stało pięć kapłanek w białych szatach, z twarzami zasłoniętymi aż po oczy, aby opary nie sprowadziły ich w trans. Każda z nich trzymała w dłoni pochodnię napełnioną oliwą tłoczoną ze świętych drzew oliwnych rosnących w gajach świątyni. Każda była ślepa i głucha od zbyt długiego przebywania w przybytku, którego blask oślepiał, a muzyka miażdżyła zmysły. Każda mogła uchodzić za posąg śniegu w jakiejś antycznej fantazji cara.
Za ostatnimi z nich, tam gdzie świątynia się zwężała, znajdowało się sanktuarium przesłonięte purpurową zasłoną, na której złotymi literami zapisano imiona i tytuły Apollina.
Była to godzina modlitwy. Z uniesionymi rękami brodaty kapłan w obszernym szacie błękitno-złotej donośnie wzywał bóstwo. Stał za trójnogiem, twarzą zwrócony ku sanktuarium.
„Bądź pozdrowiony, Panie Słońca!
Mistyczny, wspaniały!
Któż może z Tobą się mierzyć? Nikt.
Bądź pozdrowiony, Panie Słońca!Bądź pozdrowiony, Panie Łuku!
Strzałę wybrałeś – oto!
Czy ktokolwiek Ci sprosta? Nie!
Bądź pozdrowiony, Panie Łuku!”
A potem, zwróciwszy się ku trójnogowi, intonował dalej:
„Bądź pozdrowiony, Panie Liry!
Proroku śmierci i pragnień,
Zwiastunie łaski i ognia,
Bądź pozdrowiony, Panie Liry!”
Po tych słowach odwrócił się znów, podszedł do zasłony i padł przed nią siedem razy. Następnie powrócił do trójnogu i zaintonował:
„Prorokini, pytonesso, słuchaj!
Dziecko Apollina, zstąp!
Z gładkiej duszy sfery
słońca – bądź z nami, wspieraj!
W wróżebnym dymie otchłani
ty i twoja wyrocznia przekażcie
słowo i wolę Apollina!”
To rzekłszy, rzucił kadzidło w otwór pod trójnogiem i usunął się do sanktuarium. Gdy dym się rozwiał, na trójnogu ukazała się dziewczyna w obcisłej szacie z karmazynowego jedwabiu, haftowanej złotem. Jej ciężkie czarne włosy, przepasane na czubku głowy wstęgą purpurowo-złotą, spływały wokół niej. W dłoniach trzymała lirę. Jej oczy były dzikie i namiętne; z upojeniem wciągała opary jaskini. Najpierw niepewnie, potem w szaleńczym uniesieniu, zaczęła szarpać struny.
Ledwie minęła chwila – struna pękła, cała muzyka się załamała. Kapłan wybiegł z sanktuarium, krzycząc: „Apollo! Apollo! Zasłońcie oblicza! Apollo zstąpił!”. Sam padł na marmur przed trójnogiem.
Rozległ się grzmot, zasłona została porwana jak przez wichurę, a Apollo, cały w złotym płomieniu, wkroczył do świątyni. Gdy przechodził, kapłanki padały martwe, a ich pochodnie gasły. Jednak z góry podążał za nim promień chwały, monstrancja dla Boga. Powoli, majestatycznie przeszedł ku trójnogowi. W dłoniach trzymał drewniany instrument o nieznanym kształcie. Muzyka triumfu i chwały odpowiadała jego krokom.
Podszedł tanecznym krokiem ku pytonessie. Wziął lirę z jej rąk i złamał ją. Ona wpatrywała się w ekstazie. Włożył jej w dłonie dziwny instrument i, przyciągnąwszy jej głowę, ucałował czoło. Potem lekko tchnął na jej dłonie. Zapadła ciemność, rozdzierana błyskawicami, które odpowiadały gromem. Apollo zniknął. Pośród grzmotu świątynię wypełniła różana poświata.
Stary kapłan, wciąż leżący, unosił i opuszczał ręce, jakby mechanicznie naśladując znaki inwokacji. Posłuszna, pytonessa zaczęła grać na instrumencie danym przez Boga – a świątynia zadrżała od dźwięków tak eterycznych, tak wstrząsających duszą, tak boskich. Światu została dana większa muzyka.
Skończyła. Stary kapłan chwiejnym krokiem podniósł się, wołając: „Apollo! Apollo!”, zatoczył się i padł martwy przed trójnogiem.
Światło zgasło.
źródło: APOLLO BESTOWS THE VIOLIN; The Equinox Vol. I, Nr 7, Autumn 1912. London.