Wieszcz

Trzydzieści trzy lata złudzenia

Jak widzieliśmy, The Times uznał za stosowne uczcić trzydziestą trzecią rocznicę spirytyzmu, określając go mianem „gasnącego złudzenia”. Jest to osobliwy przykład krótkowzrocznej głupoty, która cechuje obecne nieudolne zarządzanie tym, co niegdyś było potężnym organem opinii. Błąd za błędem, popełniany w sprawach, w których pomyłka wystawia na śmiech, zepchnął niestety The Times z dawnej wysokiej pozycji. Mówi się, że w Printing House Square ma zostać przeprowadzona gruntowna czystka i że do starego organizmu ma zostać wtłoczona nowa krew. Najwyższy czas. Oby tej nowej krwi towarzyszył także nowy duch – duch nieobcy dawnemu The Times – duch rozeznania.

Był czas, kiedy ci, którzy kierowali jego losem, byli bystrzy i przenikliwi w wychwytywaniu znaków zapowiadających nadchodzącą zmianę. Zawsze nieco wyprzedzając opinię publiczną, lecz nigdy nie popierając nowości, dopóki jej utrwalenie jako składnika powszechnej wiary nie było pewne, wychwytywali oni niemal instynktownie pierwsze oznaki zmiany przekonań społecznych. Kilka artykułów wstępnych przygotowywało grunt; znakomite racje, przedstawiane przez ludzi wiedzących, o czym mówią, uzasadniały zmianę poglądów; padała komenda „zwrot przez sztag” – i The Times ruszał na nowy kurs z pełną zręcznością i szybkością.

Teraz jednak wszystko się zmieniło. Niezręczne, nieudolne pomyłki plamią strony, które niegdyś tak dumnie wolne były od błędów, a człowiek stojący przy sterze zdaje się nie widzieć dalej niż na długość własnego nosa. Jakże dawne kierownictwo wyśmiałoby taki artykuł o spirytyzmie, jaki niedawno ukazał się w The Times. Nietrudno sobie wyobrazić, jaką linię przyjęliby jego dawni redaktorzy.

Konkretna sprawa będąca przedmiotem zainteresowania otrzymałaby zasłużoną naganę. Usłyszelibyśmy o niebezpieczeństwach, jakie niesie igranie z tymi kwestiami; o ryzyku oszustwa; o okazjach do nadużyć; o relacji między szarlatanami a łatwowiernymi; o naiwności, głupocie i grzechu. A następnie autor, po wygłoszeniu niezbędnej moralnej nauki i okazaniu odpowiedniej miary cnotliwego oburzenia, skorygowałby kurs i zaczął przygotowywać czytelników do nowego stanowiska, które jego przenikliwość przewidziałaby jako nieuchronne w niedalekiej przyszłości.

„Potępiając te oszustwa – powiedziałby – trzeba jednak przyznać, że żaden system nie jest od nich całkowicie wolny w takiej czy innej formie, a spirytyzm szczególnie sprzyja awanturnictwu.” Rozwodziłby się nad tym tak długo, aż mógłby dogodnie przejść do rozróżnienia, które pragnąłby wprowadzić między potocznym rozumieniem a rzeczywistym znaczeniem terminu „spirytyzm”. W tym miejscu stałby się filologiem i całkowicie odrzuciłby samo to barbarzyńskie słowo. Miałby coś do powiedzenia o duszy i duchu oraz o naszej niewiedzy co do ich wzajemnego oddziaływania z ciałem. I tu nieomylnie zacytowałby doktora W. B. Carpentera.

Wskazałby, że wybitni obserwatorzy naukowi, choć jednomyślnie odrzucają ludowe interpretacje, niezależnie od siebie doszli do wniosków przychylnych niektórym rozsądniejszym roszczeniom spirytysty. Przyznawszy mu więc, że w pewnym sensie jest zdrowy na umyśle, wskazałby na rozpowszechnienie tego przekonania, na jego dobre i złe strony, i zakończyłby apelem, by wyrwać je z rąk łotrów i głupców, oszustów i szarlatanów, i oddać pod bezpieczne przewodnictwo jakiegoś Solona jego pokroju.

Nastąpiłaby potem niewielka korespondencja; dokonano by roztropnego wyboru listów przychylnych; znalazłoby się miejsce dla kilku naukowych przygany; być może jakiś dogodny „okazjonalny korespondent” otrzymałby możliwość poinformowania świata, czym jego zdaniem jest spirytyzm i jakie ma prawa do uwagi; a następnie, po zbadaniu pulsu opinii publicznej, Gromowładny opublikowałby kolejny artykuł wstępny, odzwierciedlający dokładnie te wrażenia, które zręcznie zebrał z nadesłanych listów.

Jeśli nadszedłby właściwy moment, artykuł ten byłby zręcznie przychylny, rozważnie perswazyjny w poparciu, a zarazem napominający w nieco ojcowski sposób. Jeżeli natomiast równowaga opinii, które The Times ceni, przechylałaby się na drugą stronę, nic prostszego, jak przypisać sobie zasługę za obnażenie złudzenia, które – nawet jeśli jest w nim, jak zapewne we wszystkim, jakiś zarodek prawdy – jest jednak tak dalece obciążone tym i owym, że zupełnie nie zasługuje na… i tak dalej. W każdym razie wszystko byłoby dobrze. Gra w „orzeł – wygrywam, reszka – przegrywasz ty” doczekałaby się kolejnego przykładu poza samym spirytyzmem.

Obecne kierownictwo nie ma ani mądrości, ani taktu do takiego postępowania; dlatego zatrudnia autora, który na czele swej krytyki afiszuje własną ignorancję, nazywając spirytyzm „gasnącym złudzeniem” i domagając się jego stłumienia ustawą parlamentarną. Mało wie on o sile opinii publicznej, ani – śmiemy twierdzić – o charakterze tego męża stanu, który obecnie opinią kieruje. Nie należy do jego obowiązków tłumienie i duszenie wolnej myśli, choć jest, jak wiadomo, mocno zakorzeniony we własnych głębokich przekonaniach. Jego umysł jest jednak otwarty, wzrok jasny, i mało prawdopodobne, by poświęcił choć chwilę uwagi takiemu czczemu gadaniu.

Jeżeli The Times chce zobaczyć prawdziwie „gasnące złudzenie”, nie musi szukać daleko od domu. Jeśli zaś chce je usunąć, przynajmniej w odniesieniu do naszego tematu, chętnie wskażemy mu pewne metody. Istnieje zresztą wiele innych tematów, w których potrzebuje podobnej rady od ludzi zdolnych jej udzielić.

To Złudzenie, jak mówią niemal wszyscy, narodziło się trzydzieści trzy lata temu. My wolimy opisać to nieśmiertelne Złudzenie jako coś, co wówczas wkroczyło jedynie w nową fazę swego istnienia. Istniało zawsze, wszędzie tam, gdzie istnieje sam człowiek; wszędzie tam, gdzie istnieje obszar świadomości i myśli, na który może oddziaływać królestwo ducha. Złudzenie to przybrało wówczas także konkretną postać zgodnie z wszechobecnym prawem dostosowującym środki do celów.

Długi okres złudzeń po stronie przywódców opinii na temat prawdziwej natury i przeznaczenia człowieka doprowadził do rozpowszechnienia w kręgach naukowych ordynarnego materializmu, uzupełnianego, ale bynajmniej nie ulepszanego, w społecznościach religijnych przez żelazny dogmatyzm. Materialistyczna koncepcja jest równie daleka od prawdziwego obrazu człowieka, jak dogmatyczno-teologiczna koncepcja jest daleka od prawdziwego obrazu Boga.

Tak zwany spirytyzm – źle nazwany i w ogóle źle określany – przyszedł, bynajmniej nie po raz pierwszy w dziejach świata, zaświadczyć o istnieniu stanu bytu wyższego niż nasz własny; dowieść, że świadome, inteligentne istnienie jest możliwe poza ludzkim ciałem; przemówić do naukowych instynktów epoki, ofiarując, na drodze ścisłego dowodu, naukowe potwierdzenie tego, co dotąd było jedynie przedmiotem pobożnej wiary; dodać otuchy i podnieść na duchu nigdy nieuśpione instynkty ludzkości, które na próżno wołały do ludzkiej nauki o odpowiedź na swe najświętsze i najgłębiej zakorzenione tęsknoty. Oto kilka z tych „wyższych aspektów” tematu, co do których autor z The Times zbytecznie wyznał swoją aż nadto oczywistą niewiedzę.

Rozpoczynając, jak wszystko musi, od małego zalążka, rozwinął się on z szybkością, której nie dorównuje żadne inne „złudzenie”, do jakiejkolwiek prawdy to pogardliwe miano miałoby zostać nieświadomie zastosowane. Przemówił do serc niezliczonych rzesz ludzi w chwilach, gdy zgromadzeni w rodzinnym kręgu, podczas aktu uroczystego nabożeństwa, doświadczali przekonania o nieśmiertelności swych zmarłych i własnej, którego żadna sama tylko wiara nie mogłaby im dać, a którego żadna ludzka wiedza ani niewiedza nie jest w stanie naruszyć. W tej twierdzy rozkwita on niewzruszenie, nieulękły wobec burz wyjących wokół takiego spirytyzmu, jaki zna The Times – o ile w tym kontekście słowo „zna” w ogóle jest właściwe.

A jeśli ktoś powie, że ten emocjonalny spirytyzm również jest tylko Złudzeniem; że żałoba rozstraja rozum i zachwiewa równowagę umysłową; możemy powstrzymać się od riposty, że osoby najbardziej bezpośrednio zaangażowane mogą być spodziewanie lepiej wyposażone w materiał do oceny niż ludzie przyznający się do ignorancji, i zadowolić się wskazaniem, iż spirytyzm nie przemawia wyłącznie do serca.

Dowody zjawiskowe, które przyniosły przekonanie wielu ludziom nieposiadającym przygotowania naukowego, dotarły również do niejednego znanego uczonego, którego chlubą byłoby stwierdzenie, że w nauce nie ma serca, nie ma wyobraźni, nie ma uprzedzeń ani teorii, lecz jedynie wyćwiczony umysł, wykształcony do obserwowania i zapisywania faktów. Tacy ludzie, gdy tylko przyłożyli swój intelekt do badania dowodów, doszli – o ile nam wiadomo, bez ani jednego samotnego wyjątku – do przekonania o rzeczywistości, w przeciwieństwie do iluzji czy złudzenia, przynajmniej w tej części zagadnienia, którą się zajmowali.

Mogli oni, a nawet musieli, natknąć się na źródła i ślady błędów; zapewne bywali też zdezorientowani pozornymi sprzecznościami; ale mówimy z pełnym rozeznaniem, gdy twierdzimy, że szybko odkrywają, iż słowo „złudzenie” stosuje się raczej do takich osób, jak krytyk z The Times, niż do racjonalnych badaczy spirytyzmu.

Nie mówimy teraz nic o innych punktach styczności spirytyzmu z rozmaitymi typami umysłów. Nie zależy nam na niczym więcej, jak tylko na odrzuceniu z powrotem tego głupiego słowa: złudzenie. Zostawimy naszemu krytykowi wszystkie różnorodne kwestie poboczne, z którymi prędzej czy później i tak będzie trzeba się zmierzyć; nie będziemy nalegać na wspomnienie o milionach rozsianych po całej ziemi, które zadają kłam tej obsesji „gasnącego złudzenia”. Powiemy tylko tyle:

Jeżeli minione trzydzieści trzy lata uczyniły choć tyle, że zasugerowały – choćby tylko ślad – istnienia bezcielesnego, inteligentnego bytu; jeśli ustanowiły choć domniemanie dalszego życia po śmierci; jeśli dowiodły jedynie istnienia i w pewnej mierze ukazały działanie nowej siły; jeśli owa epoka nie wydała w literaturze nic poza dziełami noszącymi zaszczytne nazwiska Hare’a, Edmundsa, Dale’a Owena, Sargenta, Crookesa, Wallace’a i Zöllnera, nie wspominając o innych równie godnych – jeśli uczyniła tylko to wszystko, to spirytyzm w ciągu tych lat i tak zapewnił sobie prawo do pełnego szacunku rozważenia, otworzył sferę badań dostatecznie szeroką, by zadowolić najbardziej wzniosły umysł, i już przyniósł ludzkości istotne korzyści.

Co do jednej rzeczy nie mamy żadnej wątpliwości. Nawet jeśli autor z The Times jest bardzo młody i przeżyje pełnię wyznaczonych mu dni, zdoła jeszcze w tym życiu przekonać się, że spirytyzm bynajmniej nie zanika; a kiedy i on dołączy do większości, wówczas dowie się, że nie jest to żadne Złudzenie.


Wyjaśnienie „kabalisty”

Dusza jest jedyną rzeczą w człowieku, która jest wieczna. Duch i ciało są jedynie doczesnymi powłokami tej wiecznej zasady – Duszy, która przez własną wolę oddzieliła się od swego boskiego stanu.

Dopóki duchy i ludzie żyją w samowoli, ich wola sprawia, że boska natura staje się utajona, i żyją oni nieświadomi Boga, który jako nieskończony ocean życia i miłości otacza zbłąkane atomy duszy. Człowiek jednak, będąc podwójnie okryty – zarówno przez duchowe „ja”, jak i przez fizyczne, zmysłowe „ja” – jest podwójnie nieświadomy pełnej miłości wszechobecności Boga, a nawet ignoruje boskie życie, które jest w nim ukryte.

Dlatego też nieodrodzona Dusza jest „zbłąkanym atomem Boga”, podczas gdy Bóg jest magnesem, który przyciąga Duszę z powrotem do siebie. „Bóg jest nieskończonym oceanem życia”, lecz jako taki jest znany tylko tym, którzy Go znają – to znaczy Duszom, a dokładniej duszom odrodzonym.

Wszyscy ci, którzy osiągnęli stan absolutny, uważają, że to Dusza, a nie Duch, jest wieczną zasadą w człowieku. Użyłem słowa Dusza świadomie, w przeciwieństwie do Ducha, ponieważ duch jest śmiertelny, natomiast dusza jest nieśmiertelna.

„Duchy” wszystkie umrą, choć mogą o tym nie wiedzieć. Człowiek może umrzeć w duchu, pozostając jeszcze w ciele, i w ten sposób stać się istotą doskonałą – to znaczy odrodzoną. Lecz Dusza nigdy nie umrze, bez względu na to, jak bardzo może zostać zdeprawowana czy poniżona.

Dusza jest najgłębszym jądrem naszej istoty. Dusza jest Bogiem i w stanie odrodzenia staje się Bogiem.

Duchy są istotami niedoskonałymi – jedynie bezcielesnymi mężczyznami i kobietami. Anioły, używając terminu spirytystycznego, są duchami bardziej rozwiniętymi, lecz nadal niedoskonałymi.

Dusze na początku swojej drogi woli nie zostają wygnane, lecz przez własną samowolę odrywają się od Boskiej Istoty – Boga – w którym miały świadome istnienie. Następnie spadają na poziomy ducha i materii. Nie żyjąc już według prawa miłości, stają się poddane prawom myśli i siły.

W końcu istoty te z radością odzyskują swój pierwotny stan czystości. Są to właśnie Dusze – to znaczy istoty odrodzone, doskonałe i boskie – które po powrocie do pierwotnego stanu niewinności i dobroci powracają na ziemię z litości dla tych, którzy pozostają w samonarzuconej ciemności, aby stać się nauczycielami ludzkości.

Jest to wciąż ta sama istota, choć miliony lat mogą dzielić moment, w którym Dusza oddzieliła się od Boga, od chwili jej ostatecznego powrotu, kiedy znów staje się czystą Duszą.

Trzeba być kimś więcej niż tylko „zwykłym czytelnikiem”, aby zrozumieć to, co jest, co było i co zawsze będzie wiecznym prawem istnienia.

Spirytyści mogą nie posiadać tego rodzaju przygotowania, które pozwala zrozumieć proste prawdy Kabały, lecz każdy, kto osiągnął poziom duszy, nie potępi całkowicie moich poglądów.

J. K.

źródło: 1. THIRTY-THREE YEARS OF DELUSION, 2. AN EXPLANATION BY “A KABBALIST.” ; LIGHT – A Journal devoted to the Highest Interests of Humanity, both Here and Hereafter,  April 30, 1881.