Podwójny człowiek
Autor: F. B. Dowd
Rozdział VII. Diabolizm
Krótko po jej powrocie z pensji dr Parker spróbował – za zgodą Iny – wprowadzić ją w najgłębszy możliwy sen i ustalić swą hipnotyczną władzę nad nią. Udało mu się to tak doskonale, sen był tak podobny do śmierci, że doktor, mimo swego opanowania i równowagi, nie mało się tym zaniepokoił. Nie brał pod uwagę, że z dziewczęcia o naturze prostej i powierzchownej przeobraziła się w dorosłą kobietę, stojącą u progu pełnego rozwoju. Jeszcze mniej pomyślał o tym, że praktykowanie hipnozy wzbudza zarówno w operatorze, jak i w poddanym namiętności, które – mówiąc łagodnie – są niebezpieczne dla młodości, pełne moralnej trucizny, plamiące i niszczące siłę woli u osoby hipnotyzowanej.
A nawet jeśli doktor to wszystko wiedział, nie powstrzymało go to od ponawiania od czasu do czasu swych niegodziwych eksperymentów, aż osiągnął nad Iną tak doskonałe panowanie, że mogła czytać jego myśli, gdy tego chciał, i posłuchałaby każdego jego rozkazu wydanego jej podczas snu – bez względu na to, kiedy miałby zostać wykonany i jakiego byłby rodzaju. – Wierzę, że gdyby kazał jej dokonać morderstwa, zrobiłaby to, nie uświadamiając sobie, iż popełnia zbrodnię; bo gdy nadchodził czas, w którym miała wykonać polecenie, wydawała się całkowicie w stanie normalnym. Jej magnetyczny sen był więc dla niej, kiedy była przytomna, umysłową pustką. Możliwe, że doktor chciał rozwinąć w niej jasnowidzenie, aby mogła mu pomagać w praktyce, diagnozując choroby i wskazując środki zaradcze. Może tak było, a na jego cześć skłonny jestem pozostawić to jeszcze pod znakiem zapytania; jednego jednak nie przypuszczam nawet przez chwilę – żeby zamierzał się z nią ożenić.
Krótko przed znajomością Iny z Donem La Veile doktor Parker powiedział do niej podczas magnetycznego snu:
– „Ina, chciałbym, żebyś napisała do mnie list, dobrze?”
– „Oczywiście, drogi opiekunie, dlaczego nie?”
– „Dobrze. W najbliższą niedzielę w południe, zaraz po powrocie z kościoła, zamknij swój pokój, nie pokazuj się nikomu, a potem zapisz to, co teraz myślę. Gotowa?”
– „Tak, ale proszę – myśl powoli.”
Ina siedziała z odchylonymi w tył oczami, tak że widać było tylko białka; jej twarz była zwrócona ku górze, jakby przyglądała się sufitowi, podczas gdy doktor stał przed nią i gestykulował palcem wskazującym, jakby chciał każdym ruchem dodać myśli nacisku.
– „Masz to, Ino?” – jego saturniczne rysy nieprzyjemnie kontrastowały z jej urodziwą twarzą.
– „Tak” – westchnęła bardziej, niż powiedziała.
– „To postaraj się wszystko zapomnieć, zanim się obudzisz; śpij jeszcze godzinę. Dobranoc!”
Gdy w następną niedzielę Ina wróciła z kościoła, ledwie odłożyła kapelusz, a już zdawała się jakaś nieobecna, jakby coś zgubiła. Zatrzymała się i rozejrzała oszołomiona; potem – jak gdyby nagle coś sobie przypomniała – podeszła do stołu, na którym leżały książki i przybory do pisania, pośpiesznie napisała list, włożyła go do koperty zaadresowanej do dr. Parkera i wsunęła do skrzynki na listy przy jego drzwiach. Wróciwszy do swego pokoju, wzięła do ręki książkę i zaczęła czytać, nie podejrzewając nawet, że ledwie chwilę wcześniej zniszczyła swoje młode życie i życie innych, złączonych z nim łańcuchem losu, który tak wielu ze sobą splata.
Po chwili wszedł doktor i, spostrzegłszy pióro, atrament i papier, zawołał:
– „Ino, czy napisałaś list miłosny?”
Ina spojrzała z rozbawieniem.
– „Ależ drogi opiekunie, nie bądź śmieszny – dobrze wiesz, że nie mam żadnych adoratorów. Chyba chciałam napisać do jednej z koleżanek ze szkoły, ale czytanie tak mnie wciągnęło, że o wszystkim zapomniałam.”
Doktor nic nie odrzekł i poszedł do swego pokoju, gdzie znalazł jej list – spisany słowo w słowo tak, jak kilka dni wcześniej podyktował go w myśli. Zamknął go w sejfie, a po jego ciemnych rysach przemknął diabelski uśmiech. Pomyślał: „Cóż za piękne, dorodne stworzenie! Żenić się nie mam zamiaru, w ogóle nie chcę się żenić; ale kobiety to takie głuptaski, że sądzą, iż nie ma małżeństwa bez mruczanej przez księdza czy magistranta zdartej formułki. Mogę ją mieć, kiedy zechcę, ale wolałbym mieć ją ‘uczciwie’. Phi! Czymże jest zalotywanie, jeśli nie hipnozą? Najpierw nastroję ją na małżeństwo i zobaczę, jak się do mnie ustawi.”
Z tą myślą, korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, zapytał:
– „Ino, masz już prawie osiemnaście lat, prawda?”
– „Oczywiście, drogi opiekunie!” – spojrzała na niego zaskoczona. – „Dlaczego pytasz? Przecież wiesz to lepiej ode mnie.”
– „Tak, kochanie, ale właśnie pomyślałem, że dziewczęta w twoim wieku i przy twoim rozwoju myślą już o zamążpójściu; a ja… nie krępuj się przede mną – jako twój opiekun czuję, że powinniśmy mówić zupełnie swobodnie…”
– „Och, drogi opiekunie, powiedziałabym ci wszystko, gdyby było o czym; ale jestem tu tak zadowolona i szczęśliwa, że nigdy nie pomyślałam o żadnej zmianie. Poza tym nie znam nikogo, kto chciałby mnie poślubić. Znasz kogoś?” – zapytała zaniepokojona. – „Czy z dobroci serca rozglądałeś się za mną? Jeśli tak, a stałam ci się ciężarem, bądź ze mną szczery. Z wykształceniem, jakie mi zapewniłeś, łatwo mogę…”
– „Przestań, kochana Ino. Nigdy nie staniesz mi się ciężarem. Muszę się przyznać, że bałem się, iż mogę cię stracić. Jestem strasznie zazdrosny o tego malarza, który…”
– „Ha, ha!” – roześmiała się Ina. – „Dlaczego? Jest prawie w twoim wieku; poza tym w ogóle nie ceni sobie małżeństwa.”
– „A więc przyznajesz, ty chytrusko, że już o tym rozmawialiście?”
Policzki Iny poczerwieniały ze wstydu i upokorzenia na tę insynuację. Potem spojrzała mu śmiało w twarz błyszczącymi oczami i gorąco odparła:
– „Mam nadzieję, że jestem wolna i nie muszę przepraszać za rozmowę z gentlemanem pokroju pana La Veile – o takcie i zdolnościach umysłowych – na jakikolwiek temat, choćby najdelikatniejszy. Poza tym nie widzę, czemu ‘małżeństwo’ miałoby być koniecznie tematem tabu. Spójrz do gazet!” – z rosnącym uniesieniem. – „Piszą o małżeństwie jak o każdym innym interesie, a procesy rozwodowe dostarczają wdzięcznego kąska do rozmów i skandali. Czy młode dziewczęta mają być wykluczone z orientowania się w tak doniosłej kwestii, byle nie narazić się na śmieszność?”
– „Ale Ino, zbyt szybko mi przerywasz – źle mnie zrozumiałaś. Oczywiście, nie dbam o twoje rozmowy z kimkolwiek na jakikolwiek banał. Dziwi mnie tylko, że nigdy nie rozmawiałaś o tym ze mną, choć powinienem być pierwszym, który ci to wyjaśni.”
– „To niewątpliwie twoja własna wina, ale przypuszczam, że jesteś zbyt zajęty praktyką, by rozważać takie ‘bzdurne’ pytania, na które dziewczyna osiemnastoletnia chętnie usłyszałaby odpowiedź. A pan La Veile? Cóż, kiedy maluje, pracuje tylko ręka, a umysł śni tymczasem o najdziwniejszych rzeczach. Mówi, że jeśli jest jakaś prawda w zjednoczeniu dwojga ludzi, to zjednoczenie to jest związkiem dusz i może zostać zawarte wyłącznie w niebie, nie na ziemi. Małżeństwo takie, jak się tu je pojmuje, to tylko małpowanie tamtego, wynalezione przez diabła, by pozbyć się nadwyżki ludności swych ognistych krain – bo niemal wszystkie dzieci, które się rodzą, to dusze świeżo przybyłe z piekła. Co o tym sądzisz? Przesada, prawda?”
– „Owszem, i to jaka” – mruknął z niechęcią Parker. – „Nigdy na to w ten sposób nie patrzyłem, bo nie wierzę ani w dusze, ani w niebo, ani w piekło – ani w inne niż konwencjonalne małżeństwo. Ale powiem ci, co myślę, Ino. Gdybym kiedykolwiek miał poślubić kobietę, byłabyś nią ty. Nie mogę znieść myśli, że mógłbym cię stracić.”
Urwał, uważnie spojrzał na zegarek i nie przejął się zdumieniem Iny. Była dosłownie oniemiała z osłupienia. Dr Parker wstał.
– „Nie mówmy dziś o tym więcej, ale pomyśl o tym, moje drogie dziecko. Nie muszę chyba wyliczać zalet takiego związku. Znasz mnie, od kiedy żyjesz. Jestem jeszcze młodym mężczyzną i oferuję ci pozycję towarzyską z najwyższej półki. Rozważ to! Teraz muszę…”
– „Chwila!” – zawołała, podchodząc o krok bliżej. – „Z taką myślą w twojej drogiej głowie nie wolno ci teraz mnie zostawić. Kocham cię jak ojca i nigdy nie będziesz dla mnie kimś innym.”
– „Ino, czy twoje serce jest jeszcze wolne?”
– „Możesz na to liczyć. Ale to nic nie zmienia – dla ciebie mogę czuć tylko jak dla ojca. Proszę, zakończmy tę sprawę.”
– „Dlaczego, kochanie? Jesteś zbyt pochopna; cóż ty wiesz o miłości? Ze wszystkich moich doświadczeń z mężatkami uczyniłem sobie pewność, że miłość najczęściej przychodzi w małżeństwie; to czysto płciowy stosunek.”
Tym rzekłszy, odszedł, zostawiając dziewczynę jak skamieniałą. – Tylko na chwilę – po czym opadła na krzesło i rozpłakała się, jak nigdy przedtem, tak boleśnie.
Gdy gwałtowne wzruszenie opadło, uklękła i modliła się: „Ojcze, przebacz mu, bo nie wie, co czyni! O matko, jeśli możesz mnie usłyszeć, przyjdź do mnie! Ocal mnie od losu gorszego niż śmierć! Dlaczego smutek i troska mają rozdzierać moje serce? Czy mam cierpieć za grzechy, które popełniłam, zanim się tu urodziłam?” Potem pomyślała o Donie i o tym, co mówił o dzieciach przychodzących z grobu. – Na myśl o nim obudził się też pierwszy odruch ku niemu – kojący, łagodny, tak swojski wpływ! Nie uczucie miłości, lecz świadomość spokojnej przystani mądrości. Ach, gdyby tylko mogła się do niej schronić!
O, Mądrości, ty trzymasz czułe serca wszystkich kobiet w swych silnych ramionach. Kobieta jako matka jest wcieleniem miłości; ale mężczyzna – ze swą silną naturą projektującą, pociągany tajemnicami i ich rozwiązaniem, vir, którego krew – rozgrzana pięknem kształtu i gracją ruchu – pozostawiony własnym pomysłom, bez chłodzącego i łagodzącego wpływu kobiecej miłości, zatraca się w brutalnej namiętności i staje się jej rabusiem i gwałcicielem zamiast przewodnikiem.
Doktor szedł zamyślony, podśpiewując pod nosem w takt kołysanej laski. Wyobrażam sobie, że jego myśli były następujące: „Co za głupie istoty z tych kobiet! Dla nich wszystko to miłość! Zwykła fantazja – ponęta wyobraźni – przeważa bogactwo, pozycję, honor, nazwisko. Ilu to znałem, które za pocałunek i ‘kocham cię’ poświęciły cnotę i dobre imię, stając się wyrzutkami społeczeństwa – tylko dlatego, że były na tyle niemądre, by zawsze brać serio to, co im mówiłem: ‘kocham cię’! Phi! Nie wierzę w żadną miłość. To tylko buchanie ognia płci. Silni mężczyźni podziwiają kobiety, bo są słabe – zgodnie z naturą rzeczy przeciwieństwa się przyciągają – ale ich właściwa słabość, płciowa, jest magnesem, który równoważy ich piękno, bo przecież ich uroda wisi na wystawach jako znak ich słabości. Mężczyźni nie chcą mieć do czynienia z kobietami wybitnie duchowymi. Kiedy uroda kobiety blednie, a doświadczenie daje jej dość roztropności, by panować nad sobą, i siłę, by łagodząc żądzę opierać się zachciankom męża – chciałbym wiedzieć, jaka to miłość jeszcze pozostaje. Wierzę, że wszystko jest takie, jak się to sobie ‘urządzi’. Związek płciowy rodzi wszystko, co wiemy o miłości; to samolubna namiętność, jak cała reszta ludzkiej chwały.”
Doktor był bystry; zauważył, że nie zrobił na swojej podopiecznej dobrego wrażenia, dlatego przez kilka dni unikał z nią spotkania. Gdy zdarzało im się mijać, zagłębiał się w jakąś czynność, którą akurat miał pod ręką. Z wielką zręcznością uspokoił ją, że nie mówił poważnie, że chciał tylko wybadać głębię jej charakteru i siłę ducha; że cieszy go, iż jego wychowanka przyswoiła sobie zasady i ma dość energii, by wcielać je w codzienność; że ma własny sposób bycia i własną wolę, opartą na badaniu własnego smaku i wrażeń. Takie szczere wyznania – choć bynajmniej nie pozbawione pochlebstwa – sprawiły, że Ina poczuła się pewniej i przywróciły jej dawny stosunek do doktora. Kiedyż to kobieta bywa nieczuła na komplementy?
Czas płynął, aż pewnego dnia napomknął jej, że chętnie widziałby u niej rozwinięte jasnowidzenie, by mogła wspierać go w stale rosnącej praktyce. Nie miała nic przeciw temu, więc rozpoczęli regularne eksperymenty psychometryczne na ziołach, korzeniach, lekarstwach, listach, obrazach, osobach – słowem, na wszystkim, co doktorowi wpadało w ręce w wolnych chwilach. W międzyczasie spotkania w atelier La Veile nie odbywały się zbyt regularnie. Kontynuowano je od czasu do czasu, bez większego zainteresowania z jej strony samym obrazem. Można przypuszczać, że Inę pociągały raczej ich wspólne przechadzki i osobliwa rozmowa.
Kiedyś, wracając ze wizyty u pacjenta na wsi, dr Parker zobaczył w oddali Inę i La Veile, spacerujących razem po wspaniałym, rozległym dębowym gaju, ciągnącym się wzdłuż rzeki poza miastem. Nie spostrzegli doktora – pochłaniała ich rozmowa. Zmniejszył tempo jazdy, a jego twarz zszarzała. „A więc stamtąd wieje wiatr” – mruknął, śledząc ich wzrokiem. W tej chwili diabeł wstąpił w jego duszę.
Sugestie są niezgłębione. Wszystko, czym jesteśmy lub co posiadamy, zawdzięczamy sugestiom. Skąd one przychodzą? – W hipnotycznym śnie doktor mógł zasugerować Inie dowolne działanie lub rozkaz, który – choć w stanie normalnym całkowicie nieświadoma takich sugestii – i tak posłusznie wykonywała. Co więcej, sugestia mogła być podana szeptem, a nawet w myśli, jeśli myśl była intensywna, natarczywa i wsparta silną wolą. Oczywiście nie można czynić Iny odpowiedzialną za czyny dokonane pod takim wpływem. Ale gdzie wytyczyć linię między stanem normalnym a hipnotycznym? Sugestia dana w tym drugim stanie, przeznaczona do wykonania później – powiedzmy za tydzień, miesiąc, rok, a nawet za dziesięć lat – zostanie najpewniej spełniona we właściwym czasie, a w chwili jej dokonania będzie ona, ze wszelkim prawdopodobieństwem, równie „normalna” jak zawsze i równie naturalna, jak ktoś, kto nigdy nie był hipnotyzowany.
(Ciąg dalszy nastąpi.)
źródło: Der Doppelmensch. VII. Kapitel. Diabolismus.; Neue Metaphysische Rundschau – Band XX 1913.