PIĘKNA WIZJA
DUCHOWI STRAŻNICY CZEKAJĄCY, BY ODPROWADZIĆ ODCHODZĄCĄ DUSZĘ
Written on June 19th, 1931 by the wife of a brother officer of mine, at my request.
She had told me of it verbally and I asked her to write it out for me.-L. L. Hoare.
Napisane 19 czerwca 1931 roku przez żonę mojego kolegi-oficera, na moją prośbę.
Opowiedziała mi o tym ustnie i poprosiłem, by spisała relację. – L. L. Hoare.
W opisaniu ostatnich godzin życia mojej matki należałoby najpierw uwydatnić pewne cechy jej charakteru, usposobienia i normalnego sposobu myślenia. Była tym, co często określa się jako „miła, energiczna starsza pani” – świątobliwa, bezinteresowna, zdrowa matka dużej rodziny, z której pięcioro dzieci zmarło w młodości. Wiele smutków, trosk oraz ciężka praca związana z wychowaniem dzieci jako żony pastora nie zdołały stłumić jej radosnego ducha ani ostudzić ciepła jej natury.
Interesowała się wszystkim, była zapaloną czytelniczką i nadążała za współczesnością. Uwielbiała moją dwójkę dzieci, swoich jedynych wnuków. Była także bardzo przywiązana do mojego męża i szczerze ciekawiła się wszystkim, co robił. W sprawach religii była praktyczna – studiowanie teologii pozostawiała mężowi, a sama gorliwie i gościnnie pełniła zwykłe obowiązki żony duchownego.
Nigdy nie czytała książek dotyczących życia po śmierci czy przetrwania duszy; nie była też osobą introspektywną, poza tym stopniem, który jest naturalny u ludzi starszych. Sądzę jednak, że zawsze miała zdolności psychiczne, choć nie była ich świadoma.
Gdy zmarła, miała 82 lata. Rok wcześniej była tak ciężko chora, że – jak mówił lekarz – nigdy nie widział tak bliskiej śmierci osoby w jej wieku, która potem wróciłaby do zdrowia (patrz niżej). Była zadziwiająco fizycznie żywotna i bardzo zdrowa. W dniu, który okazał się jej ostatnim, moja siostra i ja trwałyśmy przy niej bez przerwy. Lekarz powiedział, że umiera – wyglądała na skrajnie słabą, zmęczoną i była niemal nieprzytomna.
O trzeciej po południu nagle odzyskała przytomność i zaczęła z nami rozmawiać, początkowo słabo, a potem jej głos stał się silniejszy i znacznie młodszy. Najpierw jej pamięć błądziła po latach młodości, zapominając o teraźniejszości. Wkrótce potem nagle usiadła i jej umysł skupił się na temacie książki The Lace Makers. Opisy piękna i subtelny język tej powieści musiały ją kiedyś zafascynować, a teraz jakby oczyszczały jej umysł, przygotowując go na to, co miało nadejść. Mówiła z zachwytem o pięknie tej książki, a ku naszemu osłupieniu życie zaczęło wracać do jej kruchego ciała, a światło do oczu.
Zmarszczki jakby zniknęły, a w krótkim czasie wyglądała zadziwiająco młodo i pięknie. Promieniała. Jeszcze bardziej nas zdumiewając, usiadła i objęła kolana rękami w najwygodniejszy, zupełnie swobodny sposób – jakby podświadomie przyjmując pozycję przytulnego odpoczynku, niewyobrażalną dla osoby w jej stanie – i oddała się serdecznej pogawędce. Używam tego słowa jedynie dla oddania naturalności, swobody i braku wysiłku – bo słowo „pogawędka” w innym sensie nie pasuje do wzniosłości sytuacji. Obawiam się, że po tylu latach trudno mi wiernie oddać choćby ułamek piękna i chwały tego, co nastąpiło.
DWIE PIĘKNE ISTOTY
Było całkowicie jasne, że widziała dwie Istoty stojące u stóp jej łóżka.
„Kim są ci piękni, wysocy ludzie u stóp mojego łóżka?” – zapytała, a od tej chwili nie mogła oderwać od nich pełnych uwielbienia i błagania oczu. Później wyjaśniła nam, że przyszli po nią i czekają, by zaprowadzić ją do Domu. Bała się – chwilami niemal rozpaczliwie – że odejdą bez niej.
Wówczas zaczęła niezwykle żywo opisywać to, co widzi. Jej oczy przekraczały granice pokoju i zdawały się spoglądać na zapierające dech w piersiach widoki. Używała słów piękna i opisu, których normalnie by nie użyła. Próbując opisać kolory, nie potrafiła znaleźć porównania: „W waszym języku nie macie słów na te kolory ani na te piękne dźwięki”.
Za strażnikami przy łóżku widziała przepiękną scenerię: rzekę, dolinę i górską przełęcz, przez którą – jak mówiła – przechodziły tłumy ludzi. Powiedziała: „Byłam tu w zeszłym roku. Zastanawiam się, czy wtedy powinnam była zostać… nie zatrzymujcie mnie tym razem” (patrz wyżej). A uśmiechając się do Strażników, powiedziała: „Wkrótce będę gotowa, proszę, nie pozwólcie im odejść beze mnie”.
W pewnym momencie była niespokojna: „Oni wszyscy są tacy piękni; ja nie jestem wystarczająco ładna, by iść z nimi”. Podałam jej jedwabny, różowy szal, a ona okryła nim ramiona i głowę najwdzięczniejszym, pełnym kobiecego wdzięku gestem, jaki kiedykolwiek widziałam. Nalegała też, by założyć różowe, satynowe pantofle, po czym stwierdziła: „Teraz wyglądam lepiej”.
Przez wszystkie te godziny – od 15:00 do 23:00 – nie było w jej oczach ani chwili niepokoju, zamętu czy oznaki starczej słabości. Lekarz przyszedł dwukrotnie, siedział obok osłupiały i powiedział, że nigdy nie widział czegoś podobnego, i że nie ośmieliłby się „ściągnąć jej z powrotem”, tak jak zrobił to rok wcześniej.
Czasem opierała się na poduszkach, spokojna, uśmiechnięta, wpatrzona w to, co widziała. Potem znów podejmowała cudowne opisy ludzi, barw i majestatu.
DZIECI W PIĘKNYM OGRODZIE
Wśród wielu obrazów widziała ludzi opiekujących się dziećmi i bawiących się z nimi w pięknym, kwietnym ogrodzie. Kilkakrotnie wspomniała także o jakiejś Istocie: „To nie Alfred” – mówiła o moim zmarłym mężu – „ale on pracuje nad pomysłami, wkłada je Alfredowi do głowy i pomaga mu w projektowaniu różnych rzeczy”.
I tak, przez kolejne godziny, tworząc zdania pełne urody, śmiejąc się z nami i do nas w najczulszy sposób, zbliżała się coraz bardziej do końca (a ja wolę powiedzieć: początku), podczas gdy my siedziałyśmy zauroczone, nieświadome upływu czasu.
Zaczęła nieco słabnąć, łagodnie, jakby tylko zmęczona cudownością swoich wizji, ale wciąż widziała wyraźnie stojące przy niej postacie i od czasu do czasu spoglądała na nie lub zwracała się do nich, jakby były tak samo realne jak my.
Najbardziej niepokoiło ją to, że jej niezwykle silne ciało ponownie uniemożliwi duchowi odejście.
W końcu powoli się osunęła. Zdawało się, że widzi i rozmawia z moim ojcem, który zmarł kilka lat wcześniej. Opisywała mu moją córkę, Dianę, i uśmiechając się do czekających aniołów, powiedziała:
„Diana – jakie piękne oczy ma moja Diana…”.
Potem osunęła się z uśmiechem i odeszła.
Bruce’s Farm, Constance Buttenshaw
źródło: THE VISION BEAUTIFUL; Light on Spiritualism and Psychical Research, THURSDAY, AUGUST 8, 1935.