MEDIUMIZM ZWIERZĘCY
Historia „Gerrie Crow”
autor: Kapitan Q. Craufurd
Tak wiele osób poprosiło mnie, bym rozwinął treść listu, który napisałem do Light kilka tygodni temu, że jestem skłonny opowiedzieć chociaż jedną z wielu podobnych obserwacji.
Ta historia dotyczy gawrona, który trafił do mnie kilka dni po wieczornym „polowaniu” na plebanii. Gawron był w opłakanym stanie, ale zdołał uciec z rzezi w ogrodzie plebanii. Tam, tuż za żywopłotem, znaleźli go chłopcy, którzy – wiedząc o mojej reputacji „pogańskich skłonności” – przynieśli go pod osłoną zmroku z głęboką wiarą, że „potrafię go uleczyć”.
Biedny ptak! Był postrzelony w kilku miejscach. Jedna noga sterczała niemal pod kątem prostym, oba skrzydła były uszkodzone, a wyglądało na to, że kula dosięgła również płuc. Jedyne, co mogłem zrobić, to zapewnić mu możliwie najwygodniejsze warunki na noc i pozwolić mu odejść w spokoju. Przyjął łyżeczkę wody z wdzięcznością, a kiedy podałem mu chleb rozmoczony w mleku, zjadł go z apetytem. Uznałem, że był zbyt ciężko ranny, by odczuwać większy ból; zrobiłem mu więc coś w rodzaju gniazda, które nie obciążało złamanej nogi (ustawiłem ją, jak umiałem, i zabandażowałem z maścią), po czym zostawiłem go na noc – a właściwie tylko na pół godziny.
Nie byłem pewien, czy nie należałoby go od razu uśmiercić, zamiast pozwalać mu cierpieć. Gdy wróciłem z przygotowaniami do skrócenia jego męki, okazało się, że sam uprzedził mój zamiar – spokojnie schował głowę pod skrzydło.
Obudził się, spróbował mnie przywitać i znów zasnął. Kilka ostrożnych odwiedzin upewniło mnie, że spał spokojnie – a potem ja także poszedłem spać.
Następnego ranka nadal spał, gdy przyszedłem – czy był martwy? Nie! Nie był martwy! Czy był głodny? Czy nie? Gorączkowo starał się dać do zrozumienia, że uważa mnie za przyjaciela.
Pominę szczegóły następnych sześciu tygodni, wspominając jedynie, że jak na gawrona – szczególnie takiego, który doznał krzywdy z ręki człowieka – było zadziwiające, jak bardzo od początku ufał mnie i mojej żonie. Oczywiście rozpieszczaliśmy go naszą uwagą. Niestety, przyszedł czas, gdy nogę trzeba było amputować. Stało się to akurat, gdy wszystko zaczynało się układać – ptak był tak przejęty na nasz widok każdego ranka, że któregoś dnia ponownie złamał tę nogę.
Niestety, nie wiedziałem dość o amputacjach, by całkowicie zakryć kość. Sądzę, że to było przyczyną jego śmierci, choć pewności nie mam. Zawsze chciał, byśmy wynosili go do ogrodu, by mógł po raz ostatni spojrzeć na swoje królestwo, i choć był pogodny – czułem, że tej nocy żegnał się z nami.
Rano znaleźliśmy go martwego, z głową spokojnie wsuniętą pod skrzydło – i jeśli kiedykolwiek jakieś małe stworzenie pragnęło pozostać przy swoich ludzkich przyjaciołach, to był nim ten gawron. Można wierzyć, że pozostał w pobliżu.
Czy duch gawrona powrócił?
Najbardziej charakterystyczne były jego brak głosu – choć bardzo starał się krakać – oraz chora noga.
Minęły lata. Inne ptaki trafiały w moje ręce – trzy gawrony wśród nich – lecz pamięć „Gerrie Crow” pozostała jedyna w swoim rodzaju.
Można by przypuszczać, że miał wpływ na inne gawrony, które później przygarnąłem. Może tak było.
Niedawno trafił do mnie kolejny gawron – młodziutki. Nie chciałem go – miałem już pięć innych pacjentów: dwa szpaki, kosa, drozda i wróbla.
Ale gawron przyszedł – bo ludzie strzelają do gawronów, a chłopcy je znajdują. Ten młody gawron był dobrze pielęgnowany i powinien był w swoim czasie wrócić do kolonii gawronów – lecz miał inne zamiary.
Stał się dokładnie taki jak „Gerrie Crow”. Od początku nie zwracał uwagi na swoich pobratymców, stał się strażnikiem innych ptaków w oranżerii, która służyła im za wolierę, póki nie zdecydowały się na wolność. On pozostał.
Czasem inne ptaki zaglądają do nas – zwłaszcza kos – ale gawron zostaje i chodzi z nami po ogrodzie jak mały piesek.
Zadziwiająca rzecz
Od pierwszych dni ptak wyobrażał sobie, że nie może używać jednej nogi, nie potrafi krakać ani latać. Nic mu fizycznie nie dolegało – ale miewał okresy, gdy „wierzył”, że cierpi na wszystkie te dolegliwości, które miał „Gerrie Crow”.
W tych chwilach stawał się dokładną kopią tamtego czułego gawrona sprzed lat.
Przypadkowy obserwator z własną teorią mógłby mówić o telepatii z mojego umysłu, itp. – ale prawda jest taka, że ten młody gawron jest doskonałym małym aktorem w określonych nastrojach.
Bywa, że naśladuje ukochaną kawkę („Mr. Chow”) i próbuje mówić jak ona; innym razem jest zwykłym, zapracowanym gawronem, zainteresowanym sprawami, którymi żyje każdy gawron z własnym ogrodem. A nagle zmienia nastrój, podbiega do mojej żony w ogrodzie i zaczyna odgrywać „Gerrie Crow” albo kawkę „Mr. Chow”.
Jedyne możliwe wyjaśnienie
Obecny rozpieszczony ptak nie zamierza nas opuścić; a gdy „jest kawką”, lubi jeść to, co kawka uwielbiała. Jego głos zmienia się: raz to ostry gawroni „krak”, innym razem poufne trajkotanie kawki. A gdy chce być szczególnie czuły, traci głos zupełnie i – z maksymalnym wysiłkiem dzioba i szyi – wydobywa chrapliwy szept, jakim „Gerrie Crow” próbował kiedyś powiedzieć, jak dobrze jest żyć.
Jest tylko jedno wyjaśnienie, które pasuje do tego przypadku – ten gawron znajduje się niekiedy pod wpływem tamtych dwóch ptaków, które odnajdują wyraz poprzez to kochające stworzenie.
Nie jest to odosobniony przypadek czegoś, co nazywam „mediumizmem zwierzęcym”. Otwiera to drzwi do wielu tajemnic, które dotąd określamy mianem instynktu.
Skłonny jestem sądzić, że umysł zwierzęcia – podobnie jak umysł człowieka pierwotnego – jest otwarty na wpływ zmarłych przodków w sposób, którego sobie nie uświadamiamy.
Czasem pojawia się bardziej wrażliwa jednostka – odpowiednik naszych naturalnych mediów. To właśnie te szczególnie czułe stworzenia, obserwowane uważnie, zdradzają tajemnicę.
Takim stworzeniem jest obecny gawron – dziki z natury, pamiętajmy, z całą nieufnością, która może być skutkiem dziedzicznego instynktu, jeśli taki istnieje.
Na razie nie chce dołączyć do swoich pobratymców – ale wiem z doświadczenia, że gdy tylko znajdzie się wśród swoich, ich wpływ zacznie podkopywać całą ufność, którą zbudowało w nim przebywanie z ludźmi. W ich towarzystwie usłyszy głosy swych dzikich przodków – „zew natury” – i zapomni o obecnych przyjaciołach, którzy przekonali go, że człowiek może być dobry.
A jednak gdzieś głęboko w jego podświadomości pozostanie pamięć – zawsze gotowa, by ją obudzić.
Być może to właśnie takie głęboko zakorzenione wspomnienia sprawiają, że rudziki tak często zaprzyjaźniają się z ludźmi. Wiele ich przodków nie miało powodu, by bać się człowieka – i to wpływ tych przodków, nadal żyjących w niewidzialnym świecie, przypisuję dużej części tego, co nazywamy „instynktem dziedzicznym”.
źródło: ANIMAL MEDIUMSHIP – THE STORY OF “GERRIE CROW” autor: Captain Q. Craufurd; LIGHT a Journal of Psychical, Occult, and Mystical Research; LIGHT September 24, 1936.