Joshua Jasnowidz

Joshua* Jasnowidz, powszechnie znany jako Jezus z Nazaretu
Napisane przez Mistyka

Na każdej trawiastej niwie i na zielonej, emaliowanej łące, a także przy zakurzonej drodze, pospolite i proste kwiaty odsłaniają swe gwiaździste oblicza i rozsiewają wdzięczną woń, aby rozweselić każdy letni dzień.

Tymczasem raz na stulecie wspaniały, egzotyczny aloes rozwija swe cudowne piękno i rozświetla swą chwałą oczekujący świat – tylko raz na sto lat.

Tak też zaledwie raz na epokę wielki prorok lub bohater pojawia się na scenie ludzkiego życia. A jednak on sam, podobnie jak najzwyklejszy człowiek chodzący po ziemi, złożony jest z tych samych pierwiastków i równie mocno uczestniczy w tej samej tajemniczej naturze.

Jezus z Nazaretu, choć – niczym egzotyczna roślina stulecia – był cudem i chwałą oczekujących wieków, w swej prostocie, naturalności i pokorze najbardziej przypominał skromny przydrożny kwiat.

Czarny kamienny węgiel kopalni i promienny diament, który błyszczy pośród piasków, utkane są z tej samej materii, choć jeden może rozświetlać ubogie ognisko wieśniaka, drugi zaś lśnić w wysadzanej klejnotami koronie monarchy.

A przecież minerał pokory jest prawdziwym symbolem człowieka z Nazaretu, którego współczucie nie było przy królach i możnych, kapłanach ani hierarchach, lecz przy najprostszych i najniższych, najsłabszych i najbardziej zwyczajnych przedstawicielach rodzaju ludzkiego.

I choć drogocenny klejnot może przewyższać wszystkie inne kamienie swym migotliwym blaskiem, kochające oko dostrzeże jasne, tęczowe barwy malujące się na chropowatej, ciemnej powierzchni zwykłego węgla.

Niektórym umysłom Jezus jawi się jako szczególne wcielenie Bóstwa; innym – nawet jako sam Bóg wszechświata. Jednak z żadną z tych stron nie mamy tu sporu, nawet gdyby naszym zamiarem były czysto teologiczne rozważania i dyskusja nad dogmatami sekt.

Czyż bowiem nie wszyscy ludzie są wcieleniami Bóstwa i nie mieszkają w Bogu – Szekinie, świętej obecności – wszyscy, którzy noszą imię człowieka? Zwłaszcza zaś „ten, kto mieszka – albo trwa – w miłości, mieszka w Bogu, a Bóg w nim”.

Choć nie możemy nie odczuwać, że Jezus z Nazaretu, boski i wzniosły w swej naturze i charakterze, byłby ostatnim, który rościłby sobie prawo do rangi czy pochodzenia wyższego niż inni ludzie, a pierwszym, który uznałby swój związek z najpokorniejszymi, najbardziej opuszczonymi i wyrzutkami swojej braterskiej ludzkiej rodziny – oraz ich równość z samym sobą.

Istotnie, uczucie to zdaje się stanowić samą istotę i szczególnego ducha jego religii. Jest ono wyróżniającą cechą tego, co nazywamy chrześcijaństwem.

Jezus, dzięki swej głębokiej świadomości boskiej mocy w sobie oraz nieustannemu posiadaniu i natchnieniu Boga, był pierwszym, który uznał ojcowską relację Boga wobec duszy oraz jej boską istotę.

Nie uznawał tego jedynie w odniesieniu do siebie, lecz wobec wszystkich ludzi. Jego słowa nie brzmią bowiem wyłącznie: „Mój Ojciec”, lecz „Ojcze nasz” – jeden Powszechny i Równy Ojciec całej ludzkości.

Bóg obecny jest nie tylko w naturze, lecz w każdym ludzkim duchu; objawia się bowiem nigdzie indziej nie tak pełnie i tak cudownie, jak w indywidualnej świadomości każdego człowieka.

Bóg nie istnieje już dla człowieka jedynie jako byt zewnętrzny, władający wszechświatem ze swego odległego tronu; sam człowiek staje się świątynią żywego Boga.

Stąd wielka nauka o Duchu Świętym – Bogu z nami, zamieszkującym Bóstwie, od którego natchnienia nie mogą być odcięci nawet najpokorniejsi i najsłabsi.

A Jezus, przypisując całemu swemu braterstwu związek z Bogiem, ponad który nie może istnieć nic wyższego ani bardziej wzniosłego, oraz natchnienie boskie jako własne – bo jakież natchnienie może być bardziej boskie niż to Ducha Świętego, ducha prawdy? – stawia siebie w tej samej kategorii co inni ludzie i umieszcza ich na równi ze sobą: jako swoich równych, swoich przyjaciół, swoich braci.

I jakkolwiek usilnie aroganccy teologowie mogą pracować nad tym, by oddzielić go od rodzaju ludzkiego, należy pamiętać, że takie stanowisko które łagodny Zbawiciel przyjmuje jednakowo dla siebie i dla wszystkich noszących imię człowieka.

* Joshua – hebrajskie imię, które nosił za życia, a którego „Jezus” jest jedynie greckim tłumaczeniem; „Zbawiciel” zaś – odpowiednikiem angielskim.

On jest pierworodnym owocem, najwcześniejszym rozwojem, starszym bratem – i w najwyższym stopniu ludzkim, choć zarazem najprawdziwiej boskim.

Jako pierwszy rozwiązał problem Boga objawionego w ciele: człowieka stającego się duchowo synem Boga, lecz nie ostatni. Tak, umiłowani, jedynie nie ostatni!

Moce, które on posiadał, wszyscy mogą rozwinąć. To, co on widział, wszyscy możemy ujrzeć. Dzieła, których dokonywał, wszyscy możemy osiągnąć – dzięki tym samym natchnionym wpływom, przez tę samą duchową siłę działającą w nas.

Choć bardziej zaawansowany, a życie duchowe było w nim pełniej i doskonalej rozwinięte, pozostaje – jak powiedzieliśmy – starszym bratem. Wszyscy ludzie noszą w sobie zarodek tego samego pięknego i chwalebnego duchowego wzrostu.

Promienny i błogosławiony dzień szybko świta nad naszym szarym, po omacku błądzącym zmierzchem – dzień, w którym spełnią się jego własne boskie słowa:

„Kto wierzy we mnie, czyli w moją wiarę, będzie także dokonywał dzieł, które ja czynię; i większe od tych uczynię, bo idę do Ojca mego, czyli opuszczam świat i umieram”.

I tak się dzieje, że pewne zdumiewające przejawy duchowego i proroczego wglądu oraz uzdrawiającej mocy, które obecnie zaczynają budzić i wyrywać ludzkość z jej zmysłowego odrętwienia, przypisywane są temu samemu boskiemu wpływowi, który posiadał i poruszał proroka oraz lekarza z Nazaretu.

Przejawy te podsuwają umysłom tych, którzy wierzą przynajmniej w człowieczeństwo Jezusa, naturalne wyjaśnienie jego rozmaitych „cudownych dzieł”. Tym samym zmierzają do zniszczenia wiary w jego nadprzyrodzony i ponadludzki charakter oraz w jego szczególne i wyłączne natchnienie.

Skoro bowiem dziś nie wydaje się już niestosowne, by określenia takie jak „duchowy wgląd”, jasnowidzenie, wpływ magnetyczny oraz duchowe moce uzdrawiania odnosić do niezwykłych darów przejawianych przez naszego czczonego przyjaciela i umiłowanego brata z Nazaretu.

Jesteśmy jednak w pełni świadomi, że nie ma zadania tak delikatnego jak omawianie – z jakiegokolwiek punktu widzenia – pozycji, charakteru i misji istoty takiej jak Jezus, którego imię i historia są wszystkim znane niczym domowe słowa, lecz którego szczególny duch, natura i cechy pozostają częściowo, z tych samych właśnie przyczyn, niezrozumiane i niedocenione przez tych, którzy uważają się za jego szczególnych przyjaciół i wielbicieli.

Są to ci, którzy nazywając siebie jego imieniem i chlubiąc się tym, że są jego szczególnymi wyznawcami, całkowicie błędnie pojmują jego charakter, fałszywie interpretują jego religię i z goryczą potępiają oraz prześladują tych, którzy patrzą na niego inaczej niż oni sami.

My jednak protestujemy przeciw aroganckiemu założeniu tych, którzy w ten sposób roszczą sobie wyłączny przywilej mówienia o Jezusie oraz interpretowania jego życia i misji.

Oświadczamy nasze równe prawo do interpretowania i oceniania charakteru oraz celów tego cudownego jasnowidza, tego najczulszego i najbardziej ludzkiego z ludzi. Domagamy się prawa, by obserwować go własnymi oczami, współodczuwać z nim, wyjaśniać go i podziwiać na swój własny sposób.

Jakakolwiek byłaby różnorodność poglądów dotyczących metafizycznej natury łagodnego Zbawiciela, fakt jego niezwykłych mocy duchowych – nie tylko jako Proroka i Jasnowidza, lecz także jako Lekarza i uzdrowiciela chorób – trudno podać w wątpliwość, jeśli jakąkolwiek wagę przywiązywać mamy do świadectw jego życia, które przekazały nam najdawniejsze wieki Kościoła chrześcijańskiego.

Jego duchowy wgląd, czyli jasnowidzenie, był naprawdę zdumiewający. Jego wewnętrzny wzrok był zawsze otwarty, a oczy jego ducha odblokowane na ukryte tajemnice nieba i ziemi, natury i człowieka.

Przenikając poza teraźniejszość, poprzez mętne i mgliste zasłony zakrywające przyszłość, rozpoznawał sekrety nadchodzących epok.

Jego magnetyczna moc i wpływ w leczeniu chorób wydają się równie zdumiewające. Bez wątpienia nadały one jego zwyczajnemu tytułowi „Zbawiciel” – czyli znaczeniu imienia Jezus – który nosił za życia, większy sens, ponieważ znaczną część swego czasu zdawał się poświęcać wybawianiu ludzi od bólu i cierpienia oraz „uzdrawianiu wszelkiej choroby i wszelkiej niemocy wśród ludu”.

Tak więc był „potężnym lekarzem” – największym, jakiego dotąd znał świat, ponieważ jego serce było w jego dziele.

To właśnie stanowiło w znacznej mierze jego misję. Gdy bowiem Jan posyła swoich uczniów, aby zapytali o urząd jego cudownie obdarzonego kuzyna, Jezus odpowiada:

„Oznajmijcie Janowi, coście widzieli i słyszeli: ślepi widzą, chromi chodzą, trędowaci są oczyszczani, głusi słyszą, umarli – czyli ci, którzy są oddani śmierci – zostają wskrzeszeni”.

Tak pełna czułości i człowieczeństwa była jego dusza, tak żarliwy był w każdym dobrym słowie i czynie, że otworzył swoje współczujące serce nawet na wyrzutka, opuszczonego i przestępcę, i starał się – przez łagodność oraz pełne miłości współczucie – przywrócić ich cnocie i pokojowi.

O, gdybyż jego wyznawcy, na całym świecie, okazali choćby cząstkę, dziesięcinę, tysiączną część tej łagodnej litości i miłosierdzia wobec nieszczęśliwych, grzesznych i winnych, które cechowały Tego, którego nazywają swoim Mistrzem!

Mieliby wówczas większą moc przemieniania i ocalania występnych oraz opuszczonych, większą moc zbawienia świata niż wszystkie modlitwy, jakie kiedykolwiek wypowiedziano, i wszystkie kazania, jakie kiedykolwiek wygłoszono.

Ci, którzy posiadają cudowną moc duchowego wglądu, czyli jasnowidzenia – tak niezwykle rozwiniętą u Jezusa – albo którzy obserwowali jej działanie u innych, zauważą, że dawała mu ona postrzeganie świata duchowego i jego mieszkańców niemal równe rzeczywistej obecności.

Tak więc błogosławiony Jezus czuł się zawsze otoczony wpływami czystego świata. Żył w niebie, choć pozostawał jeszcze na ziemi. Zdaje się, że utrzymywał nieustanną łączność z duchami zmarłych, a aniołowie, czyli posłańcy z wyższych i jaśniejszych sfer, „przychodzili i usługiwali mu”.

Oprócz tych wzniosłych mocy przejawiał niezwykły wpływ magnetyczny, czyli psychiczny – nie tylko nad jednostkami, lecz także nad tłumami. Liczne przykłady tego opisali jego biografowie.

Przy bardzo skąpych informacjach, jakie posiadamy o pierwszych trzydziestu latach jego życia, nie sposób powiedzieć, czy te niezwykłe dary rozwinęły się naturalnie, czy też za pomocą sztucznych środków oraz szczególnego wychowania i ćwiczenia w długim okresie przygotowawczej nauki, spędzonym – jak przypuszcza wielu pisarzy – głównie pośród czystej, ascetycznej i uczonej sekty esseńczyków.

Od nich niewątpliwie zaczerpnął wiele cudownej i mistycznej wiedzy oraz przyjął wpływ, który pobudził i ożywił jego wrodzone duchowe skłonności.* Jan Chrzciciel był członkiem tej sekty, a Jezus, przez obrzęd zanurzenia, został przez samego Jana wtajemniczony w jej czystą wiarę i duchowe misteria.

Szczególne ascetyczne życie Jezusa, podobnie jak jego celibat, dowodziło jego wierności mistycznym i duchowym naukom, które – według tradycji – miał otrzymać.

Sztuki, które ostatnio znane są pod nazwą „mesmeryzmu” lub „psychologii”, były znane w Egipcie; prawdopodobnie znała je również ta święta i wzniosła sekta, której kolebkę stanowił mistycyzm, tak jak Indie ze swoją wiedzą teologiczną były zapewne znane dzięki licznym pielgrzymom.

Celsus, podobnie jak Talmud żydowski – księga współczesnych żydowskich rabinów, zawierająca opowieści, przypowieści i „tradycje”, do których odwołuje się Jezus – przypuszczają, że prorok z Nazaretu zdobył wiele ze swej duchowej mądrości w Egipcie, poprzez zgłębianie jego świętych misteriów.

Celsus,* powołując się na autorytet pewnego Żyda, oświadcza między innymi, że Jezus „udał się do Egiptu, aby służyć tam za zapłatę; że tam nabył pewne sztuki magiczne i że dzięki nim, gdy powrócił, ogłosił się istotą boską”. Strauss tłumaczy to jako: „przechwalał się, że jest Bogiem”.

Wiemy z przekazów ewangelicznych, że rodzice zabrali go we wczesnym wieku do Egiptu. Talmud zaś oświadcza, że członek uczonego żydowskiego Sanhedrynu towarzyszył mu tam jako nauczyciel.

Granice niniejszego szkicu nie pozwalają nam jednak wchodzić teraz w dalsze rozważanie tego zagadnienia.†

Czytając dzieje i tradycje czasów naszego Zbawiciela oraz tych wcześniejszych, uderza nas silna, niekwestionowana wiara w duchowe istnienia i obcowanie z nimi, a także w ponadzmysłowe i duchowe rzeczywistości.

Wiara ta była szczególnie widoczna wśród narodów Wschodu, gdy zestawi się ją z materialną filozofią i całkowitym brakiem wiary w cokolwiek ponad ten świat i jego posiadłości, tak charakterystycznym dla naszych czasów.

Wierzyli oni, wraz ze swymi starożytnymi pisarzami, że „natchnienie Wszechmocnego daje ludziom rozum”.

Wszyscy ludzie byli poruszani przez obecne Bóstwo. Aniołowie,‡ czyli zmarłe duchy z niebiańskich sfer, zstępowali i wstępowali z poselstwami miłości i mądrości, wywierając na umysły ludzi w snach nocy i w wizjach dnia, przekazując im niebiańskie i prorocze prawdy oraz szepcząc o chwałach świata niewidzialnego.

Tak więc przy narodzinach Jana, kuzyna Jezusa, zwanego Chrzcicielem, Zachariasz – kapłan i ojciec – widzi ducha „stojącego po prawej stronie ołtarza kadzenia”, od którego otrzymuje przesłanie:

„Nie bój się, Zachariaszu, albowiem modlitwa twoja została wysłuchana, a żona twoja, Elżbieta, urodzi ci syna i nazwiesz imię jego Jan”,

czyli: „Łaska Boża”, co stanowi aluzję do wcześniejszej bezpłodności jego matki.

Ten duchowy posłaniec przedstawia się jako Gabriel – dosłownie: „moc od Boga”.

Ten sam duch ukazany jest także jako ten, który odwiedza matkę Jezusa z podobnym przesłaniem, choć jego ostatnia część, dotycząca „tronu Dawida” i „panowania nad domem Izraela”, zupełnie nie odnosi się do łagodnego Zbawiciela i nigdy się nie wypełniła.

A oto jego posłanie do Maryi:

„Nie bój się, Maryjo, albowiem znalazłaś łaskę u Boga; a oto poczniesz i porodzisz syna, i nazwiesz imię jego Zbawiciel. Będzie on wielki i będzie nazwany synem Najwyższego. A Jehowa da mu tron Dawida, jego przodka; i będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a królestwu jego nie będzie końca”.

W związku z powyższym mamy również relacje, że zarówno Maryja, jak i Zachariasz, poruszeni przez świętego albo „niebiańskiego ducha”, stali się – mówiąc dzisiejszym językiem – „mediami mówiącymi”; wypowiadali słowa, do których prawdopodobnie pobudzał ich jakiś duchowy posłaniec z wyższych sfer.

Zanim Joshua, czyli Zbawiciel, się narodził, Józef, mąż Maryi, również otrzymał duchowe przesłanie. Po jego narodzinach zaś odebrał we śnie trzy duchowe napomnienia zapisane w przekazach: po pierwsze, aby nie wracali do Heroda; po drugie, aby udali się do Egiptu; i po trzecie, po śmierci Heroda, w formie przesłania od ducha, aby powrócili do ziemi Izraela.

Mamy również kilka relacji o szczególnych kontaktach Jezusa z aniołami, czyli duchowymi posłańcami – poza ogólnymi oświadczeniami tego rodzaju występującymi w różnych częściach ksiąg ewangelicznych.

Po „kuszeniu” ci sami niebiańscy goście przedstawieni są jako ci, którzy przychodzili do niego i mu usługiwali.

Zarówno Mateusz, jak i Marek podają opis rozmowy, którą odbył z Mojżeszem i Eliaszem, a także niezwykłego pojawienia się duchowego „oświecenia” albo „odzienia”, które otoczyło Zbawiciela i obmyło jego twarz oraz postać.

Mateusz oznajmia, że jego twarz jaśniała jak słońce, a jego szaty były białe jak światło. Marek zaś mówi:

„Przemienił się przed nimi; a szaty jego stały się lśniące, niezwykle białe jak śnieg, tak iż żaden folusznik na ziemi nie zdołałby ich tak wybielić”.

Sam Jezus, nawiązując do swego związku i komunikacji ze sferami niebiańskimi, mówi w chwili, gdy zostaje pojmany i oczekuje procesu:

„Czy sądzisz, że nie mógłbym teraz prosić mego Ojca, a natychmiast dałby mi więcej niż dwanaście legionów aniołów albo duchów?”

Podane są również uderzające przykłady jego mocy jasnowidzenia, czyli duchowego widzenia – zdolności postrzegania przedmiotów znajdujących się poza zasięgiem naturalnego wzroku, pozornie bez użycia organów widzenia.

Rozwinięta do najwyższego stopnia, jest to wewnętrzna albo duchowa wizja: otwarcie oczu duszy, które pozwala ludziom oglądać duchowe istnienia niewidzialne dla zewnętrznych zmysłów – tak jak będą je widzieć, gdy uwolnieni od materialnego ciała i jego obecnych narządów znajdą się w wyższych sferach.*

Pierwszym przykładem mocy jasnowidzenia Jezusa, podanym przez jego biografów, jest powołanie Natanaela. Gdy ten, zaskoczony rozpoznaniem go przez Zbawiciela, zapytał:

„Skąd mnie znasz?”

Jezus odpowiedział mu:

„Zanim Filip cię zawołał, gdy byłeś pod figowcem, widziałem cię”.

Natanael zaś odpowiedział mu:

„Nauczycielu, ty jesteś Synem Bożym, ty jesteś Królem Izraela”.

Jezus odrzekł mu:

„Ponieważ powiedziałem ci: widziałem cię pod figowcem, wierzysz? Ujrzysz większe rzeczy niż te”.

Aby ocenić zdumienie Filipa, musimy wziąć pod uwagę nie tylko odległość, w jakiej znajdował się on w oznaczonym czasie od Jezusa, lecz także fakt gęstej, namiotowej osłony rozłożystego figowca, z ukryciem jego wielkich, ciemnych liści.

Podobnie w historii kobiety z Samarii, gdy Jezus siedział przy studni Jakuba w Sychar, podczas chwilowej nieobecności swoich przyjaciół, mamy wzmiankę o jego cudownej mocy odczytywania myśli i pamięci.

Kobieta bowiem, po tym jak opowiedział jej pewne fakty z jej życia, „poszła swoją drogą do miasta i rzekła ludziom”:

„Chodźcie, zobaczcie człowieka, który powiedział mi wszystko, co uczyniłam”.

W innym miejscu zapisano również, „że Jezus znał ich myśli”. Zapewniono nas także, „że znał wszystkich ludzi i nie potrzebował, aby ktokolwiek świadczył o człowieku, albowiem wiedział, co było w człowieku”.

Historia jego życia dostarcza bardzo licznych przykładów jego mocy „psychologii” – by użyć współczesnego i technicznego wyrażenia – albo współczującego i duchowego wpływu na umysły innych, jak również jego mocy uzdrawiania.

Pod pojęciem sympatycznego, czyli psychologicznego oddziaływania, zazwyczaj klasyfikuje się tak zwany cud przemiany wody w wino. Przypuszcza się bowiem, że Jezus nie uczynił faktycznie wody winem, lecz że przez swój psychologiczny wpływ na umysły otaczających go osób woda wydała się ich smakowi mniej czystym i prostym napojem.

W ten sposób, podstawiając wodę zamiast ich napoju po tym, jak „dobrze już sobie podpili”, ocalił ich od występku nietrzeźwości.

Wiele jego uzdrowień zdaje się należeć do tej samej klasy sympatycznego, czyli psychologicznego oddziaływania. Albo dzięki wpływowi jego szczególnego rozwoju duchowego, albo dzięki potężnemu działaniu wzniosłej i zdecydowanej woli, albo też dzięki obu tym czynnikom połączonym, zyskiwał władzę nad umysłami chorych, niedołężnych i obłąkanych.

Wzbudzało to stan psychicznej sympatii albo wiary w niego, dzięki któremu uzyskiwali oni uwolnienie od dolegliwości, które ich opanowały i zniewoliły.*

Nawet słowo często używane w ewangelicznych opisach uzdrowień dokonywanych przez Jezusa wskazuje na rozkazujące użycie woli.

Tak więc w odniesieniu do człowieka, „który miał ducha nieczystego”, zapisano, że Jezus zgromił go, mówiąc:

„Milcz i wyjdź z niego”.

A oni wszyscy zdumieli się i mówili między sobą:

„Cóż to za słowo? Albowiem z władzą i mocą rozkazuje duchom nieczystym, a wychodzą”.

W relacji o uzdrowieniu matki żony Szymona powiedziano, że stanął nad nią i zgromił gorączkę.

Działanie umysłu Jezusa przy dokonywaniu tych uzdrowień – według zasady dobrze znanej lekarzom i ludziom nauki – w ciekawy sposób ukazuje historia dwóch obłąkanych Gadareńczyków.

Wyobrażali oni sobie, że są opętani przez demony, a utożsamiając się z tymi wyimaginowanymi wrogami, obawiali się, iż jeśli zostaną wypędzeni z obecnego miejsca pobytu, nie znajdą żadnego schronienia.

A ponieważ „w pewnej odległości pasło się wielkie stado świń”, demony błagały go, mówiąc:

„Jeśli nas wypędzasz, pozwól nam odejść w to stado świń”.

Jezus zaś, rozumiejąc moc wyobraźni w takich przypadkach i chcąc wspomóc uzdrowienie, rzekł do nich:

„Idźcie”.

A szaleńcy, wciąż utożsamiając się z diabelskimi duchami, które zaczęły biec, bez wątpienia rzucili się gwałtownie za nimi i zapędzili je do jeziora, napisano bowiem, że:

„całe stado świń rzuciło się gwałtownie po urwistym zboczu do morza i zginęło w wodach”.**

Jedni przypisują nakarmienie pięciu tysięcy temu samemu „psychologicznemu” wpływowi. Inni jednak – a naszym zdaniem słuszniej – odnoszą je do dobroczynnego przykładu Jezusa, który rozdzielił własny niewielki zapas pożywienia i w ten sposób skłonił tych, którzy mieli je przy sobie pod dostatkiem – czy to jako towar, czy jako pokarm – aby podzielili się z tymi, którzy byli bez niego, aż potrzeby wszystkich zostały zaspokojone.

Ta sama duchowa władza i moc woli objawiły się w uzdrowieniu człowieka z uschłą ręką, któremu Jezus rozkazał autorytatywnym tonem:

„Wyciągnij rękę”.

Że ta moc woli była również związana ze znajomością sztuki leczenia oraz z pewnym potężnym wpływem magnetycznym, wynika z innych relacji.

W opisie uzdrowienia niewidomego dowiadujemy się, że:

„splunął na ziemię i uczynił błoto ze śliny, i pomazał oczy niewidomego błotem, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam”.

Tutaj niewątpliwie zastosowano środek fizyczny, ze świadomością naukowego rezultatu – i być może nie po raz pierwszy ani drugi, ani nawet trzeci.

O człowieku, który cierpiał na wodną puchlinę, zapisano, że:

„wziął go, uzdrowił i odprawił”…. „pozwolił mu odejść” – uzdrowionemu.

* Pewna szczególna zdolność umysłu – taka jak ostrożność, lęk, namiętność, nieśmiałość, rozpacz, melancholia – często opanowuje albo psychologizuje człowieka i zniewala jego naturę, czyniąc go psychicznie lub moralnie obłąkanym: tchórzem albo szaleńcem.

** Zob. John’s Archeology, s. 195. Pozwalając tym obłąkanym zapędzić świnie do jeziora, Jezus był oskarżany przez niektórych krytyków o przestępcze niszczenie cudzej własności, a także o okrucieństwo wobec zwierząt. Czym jednak jest życie kilku świń w porównaniu z uwolnieniem istoty ludzkiej od straszliwej klątwy obłędu? Jezus z pewnością nie należał do tych, którzy stawiają własność albo instytucje przed ludźmi. Nie uważał też, by były one równie ważne jak dobro najpokorniejszego dziecka Ojca Niebieskiego.

Że istniała w nim szczególna moc magnetyczna, wynikająca z doskonałości jego organizmu oraz czystości życia, wynika z historii kobiety, która dotknęła brzegu jego szaty.

„A Jezus rzekł: Kto mnie dotknął?
Gdy wszyscy zaprzeczali, Piotr i ci, którzy z nim byli, powiedzieli: Panie, tłumy cisną się do ciebie i napierają na ciebie, a ty mówisz: Kto mnie dotknął?
A Jezus rzekł: Ktoś mnie dotknął, albowiem spostrzegłem, że moc wyszła ode mnie”.

Zwroty takie jak: „dotknął go”, „włożył na nich ręce” i podobne, wskazują na pewne działanie magnetyczne.

Mieliśmy nadzieję znaleźć tu miejsce na omówienie historii Łazarza, lecz ograniczenia objętościowe nie pozwalają nam zatrzymać się dłużej – jak bardzo byśmy tego pragnęli – nad życiem i dziejami, osobliwymi mocami oraz cechami tej cudownej istoty.

Był cudowny przez swoje dary i cnoty, przez świętość, mądrość i oddanie prawdzie. Lecz nade wszystko był cudowny przez ową pełną i czułą sympatię, łagodną i gorliwą ludzkość, która skłaniała go, aby „chodził, czyniąc dobro” – aby szukał i zbawiał zgubionych.

Dlatego przyprowadzano do niego wszystkich chorych ludzi, dotkniętych rozmaitymi chorobami i udrękami; tych, którzy byli opętani przez diabły, obłąkanych i sparaliżowanych – „a on uzdrawiał wszelką chorobę i wszelką niemoc wśród ludu”.

Bardziej niż to wszystko był jednak dobry, miłosierny i łagodny – nie tylko wobec pokornych i ubogich, lecz nawet wobec grzesznych, występnych i opuszczonych.

Przez swoją miłość i czułość zbawiał, przemieniał i błogosławił.

Takie było życie Jezusa, „Zbawiciela”. A w oddaniu tym wielkim zasadom – ojcowskiej relacji i ojcowskiego charakteru Boga oraz wolności, równości i braterstwa człowieka, które tak gorliwie głosił i tak pięknie ucieleśniał – zmarł w końcu jako chwalebny męczennik, zamordowany przez wrogów tych wielkich prawd właśnie za to swoje poświęcenie.

źródło: Joshua the Seer, Commonly Known as Jesus of Nazareth by Mystic; „The Shekinah”. Edited by S.B.Brittan. Vol.I-III New York, 1853.